2012-12-17

A książki wędrują do...

Kochani, od trzech dni szczęśliwie jestem w Polsce! Zdążyłam już nacieszyć oczy nowymi nabytkami książkowymi, które grzecznie zbierały się w czasie mojej nieobecności w moim dawnym pokoju. Pięknie wygląda ten zbiór, przyznam Wam nieskromnie, ale o tym kiedy indziej:) 
Celem dzisiejszego posta jest bowiem przekazanie Wam wyników losowań, które właśnie przeprowadziłam. W pierwszym losowaniu wzięli udział Ci, którzy wyrazili chęć przygarnięcia książki "Przepraszam za wszystko" Jay Rayner, w drugim Ci, którzy chętnie widzieliby u siebie "Babunię" Frederique Deghelt. Wyniki tych losowań są następujące: książka "Przepraszam na wszystko" zostanie wysłana do Oleńki, a "Babunia" do Książkozaura! Obie dziewczyny proszę o adresy na e-mail: lady_fenix@onet.eu. Będzie mi bardzo miło wysłać Wam te małe upominki:)




Przy okazji dziękuję Wam za wszystkie miłe słowa i życzenia z okazji drugich urodzin bloga:D

2012-12-07

Bożonarodzeniowo, czyli "O ziemiańskim świętowaniu" Tomasza Adama Pruszaka.

Wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN książka / album "O ziemiańskim świętowaniu" znalazła się na mojej półce już jakiś czas temu. Z wiadomych jednak powodów nie mogłam jej czytać w środku lata, czy wczesną jesienią! Wszak ta publikacja to książka zimowa (no, wiosna też wchodzi w grę, przecież autor nie opisuje w niej jedynie tradycji bożonarodzeniowych, ale również i te wielkanocne)! Takim oto sposobem zaczęłam podczytywać "O ziemiańskim świętowaniu" w połowie listopada, gdy dni stają się długie, ciemne i zimne a człowiek (w tym wypadku ja) spędzający coraz więcej czasu w ciepłym i przytulnym mieszkaniu zaczyna coraz częściej i z coraz większym rozrzewnieniem myśleć o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. Zabrzmi to bardzo banalnie, ale dla mnie akurat te konkretne święta są najpiękniejszym, najbardziej oczekiwanym i najbardziej ukochanym czasem w roku i chyba dlatego lektura tej akurat książki sprawiła mi tyle satysfakcji:)

"O ziemiańskim świętowaniu" to już kolejna piękna publikacja Wydawnictwa PWN, która znalazła się w moim posiadaniu. Tak jak i poprzednie, o których zdarzyło mi się tutaj pisać, tak i ta stanie się, mam nadzieję, jedną z tych wartościowych książek, które w mojej rodzinie przekazywać będzie się z pokolenia na pokolenie. Tego typu książki się bowiem zachowuje i z tego typu książek czerpie się wiedzę tak potrzebną do tego by budować własną tożsamość. Nie wiem jak jest u Was, ale ja sama zostałam pozbawiona czworga swoich dziadków w dość wczesnym okresie swojego życia. Nie zdążyłam ich zapytać o tak wiele rzeczy, między innymi o przeszłość swojej rodziny, ale również i o to jak tak naprawdę wyglądało ich życie w Polsce przedwojennej czy tej już powojennej, brakuje mi wiedzy o ówczesnych tradycjach, obchodach świąt różnorakich, zwyczajach. Tym bardziej mnie to mierzi im bardziej zdaję sobie sprawę jak jest to dla mnie ważne. Chyba głównie z tego powodu publikacje, które ostatnio znalazły się na rynku za sprawą PWN, stanowią dla mnie tak cenną część moich książkowych zbiorów. "O ziemiańskim świętowaniu" jest dla mnie dodatkowo szczególna z powodu tematu jaki porusza, a którym, jak wskazuje sam tytuł książki, jest świętowanie ziemiańskie. A skąd pochodzę ja, jak nie z ziem?! Jak się okazuje, niektóre z opisywanych tutaj zwyczajów, przetrwały próbę czasu i pamiętam je z okresu swojego dzieciństwa, niektóre natomiast na dobre zadomowiły się w polskiej tradycji.




Książka Tomasza Adama Pruszaka to dla mnie niemalże kompendium wiedzy na temat tradycji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Dlaczego? Głównie dlatego, że ilość wiadomości i źródeł przytoczonych na jej łamach jest imponująca. Widać, że autor szukał, czytał, przeglądał i wybierał z dziesiątek opracowań, książek, publikacji prasowych i encyklopedii to, co później pozwoliło mu w sposób wyczerpujący i satysfakcjonujący opisać polskie zwyczaje świąteczne (sama bibliografia liczy pięć stron, przy czy zaznaczyć trzeba, że wymieniane w niej tytuły spisane są, w porównaniu z resztą książki, bardzo drobnym drukiem). 

"O ziemiańskim świętowaniu" to książka, która skupia się na ramach czasowych obejmujących koniec XIX i początek XX wieku, czyli tak naprawdę okres, w którym polskość niejako powoli budowała się od początku. Znajdujemy w niej zatem fragmenty nawiązujące do tego jak tradycje związane z obchodzeniem przez Polaków świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy ulegały zmianom i wpływom np. zaborców. W taki właśnie sposób w polskiej tradycji bożonarodzeniowej znalazła się choinka, której strojenie, jako to wywodzące się z tradycji niemieckiej, przez wiele rodzin ziemiańskich było latami bojkotowane i uznawane za wymysł i coś bardzo 'niepolskiego'. 
"O ziemiańskim świętowaniu" to jednak książka nie tylko o tzw. symbolach świątecznych, które znamy i które kojarzą nam się z Bożym Narodzeniem dzisiaj. Ta książka to również opisy przygotowań świątecznych, podróży przedświątecznych czy polowań wigilijnych, które były tradycją i które wiązały się z powiedzeniem "Jak w Wigilię tak cały rok" co w odniesieniu do polowań znaczy:  jeśli myśliwy upoluje coś w dzień wigilijny to w ciągu nadchodzącego roku również nie będzie wracał z polowań z pustymi rękami. Nie wiem jak u Was, ale u mnie, odkąd pamiętam takie powiedzenie w domu funkcjonowało i do tej pory biorę sobie do serca to, jak ktoś się w dzień wigilijny zachowuje, jako przepowiednię na nadchodzący rok. Autor wnikliwie opisuje również sam wieczór wigilijny z jego przygotowaniami, etapami, potrawami podawanymi w trakcie jego trwania i różniącymi się od siebie w różnych częściach Polski, tradycje związane z uczęszczaniem rodzin na pasterkę, a także z pozostałymi dwoma dniami świątecznymi i czasem poświątecznym z ich wizytami kolędników i księży 'po kolędzie'. Wszystko to wzbogacone bogato zdjęciami, obrazami czy rycinami i tylko szkoda, że przypisy do podawanych informacji znajdują się na końcu książki, bo jednak ich odnajdywanie sprawia trochę kłopotu, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że gdyby miały się znajdować pod tekstem w książce, ten z kolei musiałby być o połowę krótszy:P

Oczywiście "O ziemiańskim świętowaniu" to książka, która z pewnością w równie ciekawy sposób opisuje również tradycje związane z obchodami Wielkanocy, ale tą część zostawiam sobie na wiosnę:)
Polecam!


T. A. Pruszak, O ziemiańskim świętowaniu, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011, s.376.

2012-12-03

Oddam książki w chętne ręce.

Jakiś czas temu odkryłam, że w tak zwanych zawirowaniach dnia codziennego przegapiłam czas, w którym mój blog skończył dwa lata! Jako, że z tej okazji miałam ochotę zorganizować symboliczne przekazanie jednej ze swoich książek w ręce chętnej osoby poczułam się trochę zawiedziona sobą i swoją gapiowatością. Nie ma jednak tego złego...:)

W związku z tym, że nadchodzą Święta a ja mam na tzw. zbyciu kilka książek, trzy z nich postanowiłam oddać Wam. Może akurat któraś z nich przypadnie Wam do gustu i wyrazicie chęć jej posiadania. Książki są trzy. Dwie z nich, zamieszczone na poniższym zdjęciu, zostaną rozlosowane spośród tych, którzy chęć ich posiadania wyrażą pod tym postem. Proszę zgłaszajcie się po konkretny tytuł i jeśli nie jesteście właścicielami bloga zostawcie mi adres e-mail pod jakim będę Was mogła 'zastać' w razie potrzeby:P 




Trzecia książka również ma powędrować w chętne ręce, ale na innych warunkach. Książkę tą zakupiłam na allegro i niestety dotarła ona do mnie w stanie jaki widać na zdjęciu. Mnie osobiście taki jej wygląd nie przeszkadza, ale wiem, że nie każdy ma ochotę na posiadanie na swojej półce książki, która jednak została przez poprzedniego właściciela nieco 'poraniona'. Jeśli jednak takowa osoba się znajdzie z chęcią prześlę jej "Na południe od Broad". Jedynym warunkiem jej otrzymania jest wysłanie mi maila wyrażającego taką chęć na adres: lady_fenix@onet.eu. Kto pierwszy ten lepszy:)
AKTUALIZACJA: pierwszy e-mail w sprawie książki "Na południe od Broad" przyszedł do mnie od Katarzyny Mastalerczyk (godz. 14:01). Gratulacje Kasiu:)




Na Wasze zgłoszenia czekam równo dwa tygodnie, czyli do 17 grudnia 2012 roku. Powodzenia!
Ps. Miło mi będzie jeśli wiadomość o losowaniu przekażecie dalej:P

2012-12-02

"Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" - Małgorzata Gutowska - Adamczyk.

W przeciwieństwie do dwóch poprzednich części "Cukierni pod Amorem" za tą nie mogłam się jakoś zabrać. Jak dla mnie przerwa pomiędzy wydaniem drugiej i trzeciej "Cukierni..." okazała się za długa i zanim na mojej półce znalazła się ostatnia powieść z serii, ja już na dobre zdążyłam zapomnieć wydarzenia opisane w dwóch poprzednich. Z tego właśnie powodu nie spieszyłam się z lekturą "Cukierni pod Amorem. Hryciowie". Czas, który spędzała na półce nie mógł jej już zaszkodzić. Stała sobie zatem ta powieść i czekała do momentu, gdy przyszła jej z pomocą moja mama, która domagała się bym ją przeczytała przed przyjazdem do Polski, bo sama zabierze się za czytanie "Cukiernii..." dopiero wtedy, gdy będzie mieć wszystkie części przed sobą i na żadną nie przyjdzie jej czekać. Rozumiem ją bardzo dobrze. Książkom tej serii nie służy bowiem czytanie w dużych odstępach czasowych. Zbyt dużo jest tu wydarzeń, zbyt dużo postaci, zbyt dużo splecionych wątków. Małgorzata Gutowska - Adamczyk pisze dobrze, ale pamiętam, że już przy czytaniu pierwszej części miałam problemy z tzw. wczytaniem się w książkę, ilość faktów i osób trochę mnie początkowo przytłaczała i zajęło mi trochę czasu nim poczułam się z tą książką na tyle dobrze, że czytanie zaczęło sprawiać mi dużą przyjemność. Podobnie było z dwoma pozostałymi częściami. Jakoś nie umiem 'zapaść' się w te książki od pierwszego zdania, zawsze zajmuje mi to co najmniej rozdział...




Wracając jednak do "Cukierni pod Amorem. Hryciowie". Gdybym z trzech kolejnych powieści opowiadających dzieje wybranych mieszkańców Gutowa i Zajezierzyc miała wybrać tą najgorszą, to bez wątpienia wybrałabym tą trzecią, ostatnią. 
Na taką moją opinię o tej powieści składa się kilka faktów. Po pierwsze, nie przekonała mnie do siebie historia Giny Weylen, która podczas II Wojny Światowej miała między innymi poznać rumuńskiego króla, 'współpracować' z polskim wywiadem, śpiewać dla Hitlera czy ukrywać się w Watykanie pod przebraniem siostry zakonnej. Za dużo tego wszystkiego jak dla mnie, za pokazowe to wszystko, zwłaszcza, że początkowo zanosi się na to, że Gina rzeczywiście zdoła pomagać jakoś polskiemu wywiadowi, a później wychodzi na to, że to nią wszyscy się muszą zajmować, bo ona sama staje się celem nazistowskich władz (z Goebbelsem na czele). Nie kupiłam tej historii. 
Po drugie, stwierdziłam, że moje zainteresowanie II Wojną Światową i Holocaustem przy okazji lektury tego typu książek wychodzi mi na złe. Chyba jestem pod względem tego tematu  zbyt rozpieszczona (jeśli to w ogóle możliwe i jeśli ktoś zrozumie o co mi chodzi:P) i zbyt wybredna i dlatego też ze zdziwieniem zauważyłam, że te części "Cukierni...", których akcja toczy się np. w wojennej Warszawie jakoś mnie nie ciekawią i trochę drażnią?! 
Po trzecie, brakowało mi w tej części tego, co tak bardzo spodobało mi się w dwóch poprzednich, czyli częstego, trochę nieuporządkowanego przeskakiwania akcji z miejsca na miejsce, z roku na rok. Z wiadomych powodów, w tej części mieliśmy tylko dwie możliwości, albo teraźniejszość czyli rok 1995, albo czasy wojny i pomimo, iż rozumiem taki rozwój wypadków i tym samym powieści, to jednak poczułam w związku w tym jakiś brak.
W przeciwieństwie do poprzednich 'cukierniowych' części tym razem wolałam te fragmenty powieści, które dotyczyły wydarzeń z 1995 roku. Nie mogłam się doczekać momentu, w którym okaże się w końcu, kto był tajemniczą zmumifikowaną kobietą znalezioną w podziemiach Gutowa z pierścieniem na palcu. Co jeszcze mi się podobało to opisana historia miłości Adama Toroszyna i Celiny Cieślak. Czytałam o nich z ciekawością i nieskrywaną przyjemnością i tylko zabrakło mi zwieńczającego tą miłość spotkania po latach:) 
Poza tym nie można o tej książce, zresztą tak jak i o dwóch poprzednich powiedzieć, że nie wciąga, nie interesuje czy nie uprzyjemnia czasu, bo tak jest. Dodatkowo wszystkie trzy doskonale ze sobą współgrają, nie ma tutaj zgrzytów związanych czy to z niekonsekwentnym prowadzeniem bohaterów czy akcji i gdyby nie to niefortunne wydawanie tych powieści w tak dużych odstępach czasu wydaje mi się, że ich lektura sprawiłaby mi więcej przyjemności, a tak: pierwsza książka mnie porwała, druga podobała mi się bardzo a trzecia tylko mi się podoba...

Mam nadzieję, że nikt przy zdrowych zmysłach nie potraktuje tego posta jako 'recenzji'. Jak widać jest to bowiem zlepek moich bardzo subiektywnych opinii na temat tej książki i nigdy do niczego więcej nie będzie on aspirować. O pisarstwie Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk pisałam więcej w dwóch poprzednich 'cukierniowych' postach i dlatego tym razem się o to nie pokuszę. Z obietnicy danej mamie się wywiązałam i mam nadzieję, że spędzi ona miłą zimę w towarzystwie "Cukierni pod Amorem":)


M. Gutowska - Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Hryciowie, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s.495.

2012-11-23

"Hope springs".

Spędziłam wieczór z przeuroczym filmem. "Hope springs" to mądry i niesamowicie ciepły obraz, w którym humor przeplata się ze łzami. Orzeźwia i z pewnością również budzi z małżeńskiego otępienia jeśli takowe w związku istnieje. Wbrew pozorom nie jest to prosta komedia obyczajowa, ale raczej komedio-dramat, na który z pewnością warto zwrócić uwagę. 
Meryl Streep i Tommy Lee Jones grają w nim parę małżonków, którzy po ponad trzydziestu latach bycia razem stali się sobie niemal obcy. To, co kiedyś niewątpliwie było wielką miłością pełną pasji i namiętności zastąpione zostało rutyną i obojętnością w stosunku do siebie. Terapia małżeńska, na którą udaje się Kay z Arnoldem, wydaje się być ich ostatnią deską ratunku. 
Zaskoczył mnie ten film tym jak bardzo jest stonowany, przemyślany, głęboki i jednocześnie jak niesamowicie zabawny. Dodatkowo, mistrzowska jak zawsze Meryl Streep i Tommy Lee Jones, filmowe uosobienie zrzędy. 
Jednym zdaniem: taki 'mały' film a cieszy:)



2012-11-18

Edie.

Mam słabość do lat 60'tych. Mam też słabość do tego filmu, który je obrazowo opisuje: te kolory, ta muzyka, ta moda, ta sztuka i to niebezpieczeństwo czyhające na tych pogubionych i poranionych. Poza tym pociąga mnie postać Edie Sedgwick zagrana przez Siennę Miller. Wracam do niego co jakiś czas, inaczej nie umiem.





"Factory Girl"

2012-11-17

Małe oskarżenie i "Na zielone pastwiska" Anne B. Ragde.

Zakładam, że kto miał czytać to już przeczytał tą trzecią, ostatnią część norweskiej sagi rodzinnej i dlatego odważę się swój post zacząć od słów: winię Disney'a i Hollywood. Winię ich za to, że gdy oglądam filmy czy czytam książki poruszające trudne tematy oraz opisujące czy pokazujące skomplikowane sytuacje i relacje międzyludzkie, to ja i tak, podświadomie, czekam na ten wielki Hollywoodzki "happy end". I pomimo, że wiem, iż prawdziwe życie nie jest tak proste, że ludzie tak łatwo się nie zmieniają oraz że przeżyte ciężkie chwile zostają gdzieś głęboko w człowieku, to jednak gdy książka kończy się w inny sposób niż tego oczekiwałam, czuję jakiś zawód pomieszany z podziwem do autora, który umiał tak głęboko poznać naturę człowieka, że nie ulega pokusie 'naprawiania świata' na siłę. Zadziwia mnie też to, że ta moja przemożna wiara w dobre zakończenie nie maleje ani razem z kolejnymi przeczytanymi powieściami, które utarły mi w tej kwestii nosa, ani z osobiście przeżytymi sytuacjami, z których kilka stanowi doskonały przykład na to, że nie zawsze koniec czegoś musi być pozytywny i że życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Tak sobie myślę zatem, że chyba jestem chorobliwą optymistką, i tylko nie wiem czy to dobrze, czy źle?




Tak jak i w dwóch pierwszych częściach tak i w tej Anne B. Ragde zaskakuje swoich czytelników tym, jaki kierunek obierają zdarzenia w Neshov. Po raz kolejny autorka zagrała na moich uczuciach i pewności siebie przejawiającej się moim przekonaniem, że wiem  co się stanie i wiem w jaki sposób historie poszczególnych bohaterów się potoczą. I choć "Na pastwiska zielone" czytałam wiedząc już mniej więcej jaki jest jej koniec (wcześniej trochę nieopacznie przeczytałam recenzję na jednym z blogów, która coś niecoś o tym mówiła) to i tak lektura tej książki sprawiła mi tyle samo przyjemności i satysfakcji, co lektura jej  dwóch poprzedniczek.

Po dramatycznych wydarzeniach, opisanych w powieści "Raki pustelniki" rodzina Neshov powoli dochodzi do siebie. Torunn, postawiona niejako 'pod murem' próbuje odnaleźć się w nowej, trudnej dla siebie sytuacji. Jakby na to nie patrzeć, kobieta emocjonalnie zostaje zostawiona sama sobie, co w połączeniu z niesamowitymi wręcz wyrzutami sumienia, powoduje, iż Torunn w pewnym momencie znajduje na skraju załamania nerwowego. Oczywiście walka o utrzymanie gospodarstwa trwa, choć prawdą jest, iż Torunn w dalszym ciągu nie jest pewna, czy chce by tak właśnie miało wyglądać jej życie, czy wystarczy jej sił by codziennie mierzyć się z problemami, których skala nie maleje, tylko z dnia na dzień rośnie?
Tymczasem Mardigo postanawia zmodernizować swój zakład pogrzebowy w Trondheim, co wiąże się nierozerwalnie z wprowadzeniem pewnym zmian w gospodarstwie Neshov. Mężczyzna wydaje się nie widzieć tego, jak bardzo jego bratanica jest rozbita wewnętrznie i jak bardzo potrzebuje pomocy i upewnienia jej w tym, że jest potrzebna nie tylko  upadającemu gospodarstwu, ale również tej rodzinie, która przecież zaczyna się powoli odnajdować dla siebie.
Jeszcze gorzej pod tym względem ma się sytuacja z Erlendem, tym wujem, z którym wydawało się, że Torunn ma najlepsze relacje. Pochłonięty pozytywnymi zmianami w swoim życiu Erlend niemal nie kontaktuje się ze swoją siostrzenicą, która wydaje mu się zbyt przygnębiona i nie taka, jaką chciałby słyszeć czy widzieć. Nie pasuje po prostu do jego pięknego, idealnego świata. Nie zmienia to jednak faktu, że Erlend i Krumme nie rezygnują z planów przebudowy silosów z Nevshed na letnią bazę wypoczynkową dla siebie, swoich dzieci i ich matek. 

To właśnie Erlend, w sumie niespodziewanie dla mnie samej, stał się postacią, która irytowała mnie, podczas czytania tej powieści, najbardziej. Przewrażliwiony i skupiony na sobie facet, który niemal znika z życia Torunn, gdy ta najbardziej go potrzebuje, tylko dlatego, że nie wpisuje się ona w jego radosny nastrój, to zdecydowanie nie jest to, czego od niego oczekiwałam. W sumie, mogę powiedzieć, że prawie cały czas podczas lektury tej książki towarzyszyło mi uczucie rozczarowania tym, jak postępują bohaterowie "Na pastwiska zielone". Nie znaczy to jednak, że rozczarowała mnie sama książka. Trudno mi było po prostu zaakceptować fakt, że ta rodzina nie była w stanie jednak sobie pomóc i nie zaprzepaścić danej im od losu szansy, ale czy nie takie jest prawdziwe życie?
Sama autorka skradła moje serce tą trylogią i wiem, że będę śledzić jej kolejne poczynania literackie. Teraz natomiast szukam sposobu na to by oglądnąć norweski serial zrealizowany na podstawie tych trzech książek:)


A. B. Ragde, Na pastwiska zielone, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2012, s.253.

2012-11-08

Howard Jacobson "Kwestia Finklera".

Rewelacyjna. To słowo przychodzi mi na myśl jako pierwsze, gdy myślę o tej książce. 
Niby wybrałam ją świadomie, nawet bardzo, bo zanim została zakupiona zastanawiałam się nad tym dobre kilka tygodni, niby wiedziałam również co jest jej tematem, a jednak Howard Jacobson zdołał mnie zaskoczyć, in plus:) 

Pomimo swojego nią zachwytu od razu zaznaczam, że nie jest to książka dla każdego, ani ze względu na temat, który oscyluje gdzieś pomiędzy problemem tożsamości we współczesnym świecie a tytułową "kwestią Finklera", czyli tzw. kwestią żydowską, ani ze względu na sposób w jaki została napisana. Ja sama czytając tą książkę stworzyłam na własne potrzeby pewien podział, zauważyłam bowiem, że jest to jedna z tych powieści, w których (w przeciwieństwie do większości) nie sama fabuła jest najważniejsza, ale to 'coś' poza nią, czyli te filozoficzno - socjologiczne rozważania na temat miejsca Żydów we współczesnym świecie, na temat stosunku innych nacji do tej jednej, obecnej w każdej innej, na temat przynależności i wykluczenia z danej społeczności. A wszystko to podane w bardzo, naprawdę bardzo przystępny sposób. Fabuła "Kwestii Finklera" jest bowiem na tyle rozbudowana i ciekawa, że te przemycane rozmyślania na bądź co bądź skomplikowany temat nie nużą a pociągają. 




"Kwestia Finklera" to, mówiąc oględnie, opowieść o męskiej przyjaźni, która zostaje wystawiona, nie tyle na próby, co na zmiany. 

Julian Treslove jest prawie pięćdziesięcioletnim mężczyzną marzącym o miłości do kobiety, która wzorem tych z włoskich oper, odejdzie z tego świata w jego ramionach. Na tym właśnie zdarzeniu opiera się piękno jego wyimaginowanego życia, w prawdziwym bowiem nie stać go na zawiązanie prawdziwej, długoletniej relacji z kobietą. Tutaj kobiety opuszczają go po kilku miesiącach, z czym on się zgadza i co jest mu na rękę. Oprócz tego Julian jest zakompleksionym, skłonnym do popadania w różnego rodzaju obsesje gojem, który w pewnym momencie swojego życia postanawia zostać prawdziwym Żydem.
Sam Finkler, owdowiały długoletni przyjaciel, jest dla Juliana tożsamy z żydowskością (stąd właśnie tajemnicę bycia Żydem Julian określa mianem "kwestii Finklera"). Sam aka. Samuel Finkler jest człowiekiem inteligentnym, bogatym, spełnionym zawodowo, które to cechy stereotypowo widziane są jako właściwe dla Żydów. Czego jednak Julian początkowo nie widzi, a później nie potrafi pojąć i zrozumieć to fakt, iż w swoim żydostwie Sam Finkler jest jednak trochę antysemitą. Ten telewizyjny filozof, autor poczytnych przewodników jest jednym z najprężniej działających członków klubu SKONsternowanych Żydów, dla którego właściwa jest krytyka izraelskiej polityki w regionie oraz pewne zrozumienie dla niektórych antysemickich postaw i zachowań. 
Trzeci z przyjaciół to Libor Sevcik, stary czeski Żyd, były nauczyciel Juliana i Sama. Libor jest mężczyzną, który tak jak Samuel, stosunkowo niedawno stracił swoją żonę. I na tym wydarzeniu, wydaje się, jego świat się zatrzymał. Starzec niechętnie zatem wdaje się w dyskusję ze swoimi młodszymi kompanami, z których jeden oślepiony jest wizją swojej przyszłej żydowskości, a drugi próbuje ją w sobie zwalczać. Libor nie ma siły na to by się tłumaczyć ze swojego żydostwa, by się ustosunkowywać do każdej wypowiedzi czy każdego sądu jednego z przyjaciół. Jest mężczyzną na tyle dojrzałym, inteligentnym, ale i zmęczonym życiem, że nie widzi większego sensu w walce ani z antysemityzmem, ani z mitologizacją żydostwa. 

Fabuła książki Jacobsona opiera się głównie na rozmowach pomiędzy tą trójką, czy to wieczorem przy kolacji, czy to w barze podczas śniadania. Oczywiście, pomimo iż Julian, Libor i Sam tworzą tzw. trzon tej powieści, to pojawiają się w niej również kobiety, dla których ci zapętleni w swoich myślach mężczyźni stanowią lub stanowili ważny element życia. Są to jednak postacie drugoplanowe co wiąże się z tym, że problematyczna "kwestia Finklera" może być odbierana jako kwestia męska.

Zarówno na okładce jak i w niektórych opisach książki, "Kwestia Finklera" określana jest jako powieść zabawna i refleksyjna w jednym. I tutaj mam problem, bo ja sama tej dowcipnej strony książki Jacobsona nie zauważyłam. Może ma tutaj znaczenie fakt, iż ani nie jestem znawcą i częstym odbiorcą humoru brytyjskiego, ani tym bardziej żydowskiego. Dla mnie zatem powieść ta ma charakter refleksyjny, a często stosowane uproszczenia, omyłki i  opisywane stereotypy, na których podstawie wykreowany jest obraz Żyda i na których opiera się wiedza Juliana o tej społeczności, nie bawią mnie, a stanowią elementy powieści nad którymi przechodzę do tzw. porządku dziennego.
Wydaje mi się, że dla znawców tematu, powieść ta może okazać się zbyt płytka czy banalna, ale takiemu laikowi jakim jestem ja otwiera ona oczy na "kwestię żydowską" i to jak trudno  we współczesnym świecie, członkom tej diasporycznej społeczności, określić swoją żydowską tożsamość. Ciekawa.


H. Jacobson, Kwestia Finklera, Świat Książki, Warszawa 2011, s.462.

2012-11-04

Io sono l'amore.

Piękna muzyka. Piękne zdjęcia. Ciekawa historia, której rozwój trudno do końca przewidzieć i która kończy się nie kończąc. Urwana zostawia pole dla wyobraźni widza. Lubię takie kino, w którym nie tylko fabuła jest ważna, w którym zwraca się uwagę na fakt, iż widza trzeba uwodzić. 



"Jestem miłością".

2012-10-29

"Nigdy nie wiadomo, kiedy się kogoś najbliższego widzi po raz ostatni." - "Maria i Magdalena" Magdaleny Samozwaniec.

Przeczytałam "Marię i Magdalenę" i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że ta książka jest równie, jeśli nie bardziej, bogata w informacje dotyczące życia naszych rodaków w czasach dwudziestolecia międzywojennego (i nawet tych wcześniejszych) co najnowsze publikacje Wydawnictwa PWN, które wyszły spod ręki państwa Łozińskich. Oczywiście książka Magdaleny Samozwaniec to inna estetyka, inny smak, inny styl opowieści niż ten prezentowany nam przez współczesnych autorów, bądź co bądź albumów, ale informacji w niej bez liku. Dodatkowo, a może jednak GŁÓWNIE "Magda i Magdalena" to piękny portret rodzinny stworzony przez autorkę. Portret, w którym na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się siostra Magdaleny Samozwaniec, Maria Pawlikowska - Jasnorzewska (zwana przez domowników Lilką),  zresztą stąd taki a nie inny tytuł książki, drugi plan stanowią natomiast: ukochany i podziwiany ojciec Wojciech Kossak, wzór mężczyzny dla obu sióstr oraz kochana, acz mało spolegliwa wobec swoich córek matka, Maria z Kisielnickich Kossakowa zwana Mamidłem. O swoim starszym bracie Jerzym Magdalena Samozwaniec nie wspomina prawie wcale.




Początkowo trochę zdziwił mnie sposób w jaki autorka postanowiła "Marię i Magdalenę" napisać, później jednak przyzwyczaiłam się do niego, i choć fanką tego typu zabiegów nie jestem to jednak rozumiem co autorka chciała przez to osiągnąć. O co chodzi? O to, że narracja w książce Samozwaniec nie jest prowadzona jak to jest zwykle przyjęte w tego typu  publikacjach w pierwszej osobie liczby pojedynczej, ale w osobie trzeciej. W ten oto sposób Madzia stworzyła książkę, którą momentami czyta się bardziej jak powieść niż jak wspomnienia. 
Już we wstępie Magdalena Samozwaniec zwraca się do dwóch małych dziewczynek z pytaniem na czym dokładnie skupić się w tej książce i od czego zacząć. Lilka i Madzia radzą jej między innymi:

"(...) Opisz atmosferę ówczesnego Krakowa, napisz o tym, w jaki dziwny sposób ewakuowano wówczas dziewczynki z tak zwanych dobrych domów. Dzisiejsze harcerki, czytając owe opisy, będą pękać ze śmiechu. Pisz o przedziwnej higienie początków tego wieku, o snobizmie, który wówczas panował, i przesadnej dewocji, do której dzieci zmuszano. Nie bój się, pisz, i tak redaktor, który zaopiekuje się twoimi wspomnieniami, wykreśli Ci z tego połowę."

oraz:

"(...) O sobie staraj się pisać wesoło, ale raczej krytycznie, tak, jakbyś opisywała swoją najlepszą przyjaciółkę. Wówczas czytelnik daruje Ci może zbytni entuzjazm wobec Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Wojciecha. Jedni powiedzą: szowinizm rodzinny, drudzy - oto jej dwie największe miłości!"

I do tych porad małych dziewczynek dorosła Magdalena Samozwaniec się stosuje. Tym samym "Maria i Magdalena" obfituje w niezliczoną ilość ciekawostek dotyczących życia ludzi na przełomie wieków i w dwudziestoleciu międzywojennym. Czytamy zatem między innymi o tym jak Madzia i Lilka Kossak szokowały społeczeństwo krakowskie jeżdżąc po Krakowie na rowerach, jaka była reakcja Mamidła gdy pewnego dnia podążająca za modą Lilka pojawiła się w domu w sukni, która odsłaniała jej kostki oraz jaki rodzaj higieny stosowały ówczesne panny, a co za tym idzie, co to było Eau de Pologne?

Poza tym zdziwienie budzą 'katusze' jakie przeżywała matka dziewcząt w czasach tzw. Wielkiej Wojny, gdy musiały się wyprowadzić z Kossakówki i zamieszkać w hoteliku w Ołomuńcu, w którym pokoje nie były codziennie sprzątane (!!), codzienne menu było jednakowe a pogoda nieciekawa. Sama autorka komentując listy Mamidła, w których ta opisuje te 'szokujące' wydarzenia nie próbuje kryć swojego krytycyzmu wobec nich. Tak jak poradziły jej dwie małe dziewczynki Magdalena Samozwaniec pisze o swojej rodzinie z humorem, ale zdarza się jej również być wobec niej krytyczną. Rzadko bo rzadko, ale cóż począć:P Zwłaszcza w stosunku do Tatki,  który z pewnością jest mężczyzną życia obu swoich córek, Madzia jest bezkrytyczna. Nie dziwię się szczerze mówiąc. Kochający, rozpieszczający córki i żonę, wpatrzony i podziwiający ich dokonania, bezkrytyczny niemal, biegnący z pomocą gdy potrzeba Wojciech Kossak był idealnym ojcem dla tych dwóch kobiet o artystycznych duszach, które potrzebowały mężczyzny, który będzie je popierał w ich działaniach. 
Drugą osobą tak bardzo kochaną przez Magdalenę Samozwaniec jest Maria Pawlikowska - Jasnorzewska. Siostra, z którą nie raz i nie dwa drze Magda przysłowiowe koty, z którą nieustannie rywalizuje na każdym niemal polu (zwłaszcza artystycznym) jest tak naprawdę jej wielką miłością. Wychowywane razem, Maria i Magdalena są w stanie zrobić dla siebie dosłownie wszystko a ich miłość i przywiązanie dla kolejnych mężów obu kobiet stanowią nie lada wyzwanie i konkurencję. Wiadomo bowiem, że jeśli któraś z Kossakówien ma wybrać między mężem a siostrą, z zamkniętymi oczami zawsze wybierze siostrę. Pięknie Madzia opisuje swoją siostrę i choć czasem zwraca uwagę na jakieś jej wady to zawsze znajduje dla nich usprawiedliwienie, zawsze postawi swoją siostrę nad samą sobą i prędzej skrytykuje siebie niż ją... I tylko szkoda, że siostry nie miały możliwości spotkać się po zakończeniu II Wojny Światowej choć jeszcze ten jeden jedyny raz.

Swoją książką Magdalena Samozwaniec po raz kolejny zafundowała mi niezłą ucztę i cieszę się, że na mojej półce czekają już kolejne pozycje nawiązujące swoją treścią do rodziny Kossaków! Mnaim:P


M. Samozwaniec, Maria i Magdalena, Świat Książki, Warszawa 2010, s.547.

2012-10-25

Gorzko.

Po zobaczeniu trailera tego filmu spodziewałam się słodko - gorzkiej opowieści o młodym małżeństwie w kryzysie. Dostałam gorzki w wydźwięku obraz, opowiadający o młodych ludziach (dokładniej, dzisiejszych młodych małżonkach), dla których to co znajduje się za tzw. płotem jest warte więcej od tego co już posiadają. Jak śpiewała kiedyś K. Klich: "Znów się zepsułeś i wiem co zrobię, zamienię Ciebie na lepszy model". Co jednak, gdy zamiennik okazuje się wcale nie lepszy od pierwowzoru i wracamy do punktu wyjścia? I co, gdy odkrywamy, że życie jest po prostu życiem i każda bajka kiedyś musi się skończyć?
Ciekawy film. Nie najlepszy z tych jakie ostatnio widziałam, ale ciekawy i z pewnością warty zobaczenia.




"Take this waltz".

2012-10-23

"Przesłuchanie" - Ryszard Bugajski.

Przyznaję, że zaskoczyło mnie to, jak bardzo spodobała mi się ta krótka książka Ryszarda Bugajskiego. 
"Przesłuchanie", na podstawie której to powieści powstał w 1982 roku film - legenda, określany przez władze mianem "najbardziej antykomunistycznego filmu w historii PRL-u" to niezwykle realistyczny i poruszający 'dowód w sprawie' jaką z pewnością jest brutalna rzeczywistość Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, gdzie jak w "Procesie" Kawki można zostać aresztowanym bez podania powodu, można być zmuszanym do tego by zeznawać nie wiedząc jaki jest cel tych zeznań, można zostać zagonionym przez swoich 'katów' w 'kozi róg', z którego wyjściem jest albo przyznanie się do wyimaginowanej winy albo śmierć.




Jest rok 1951. Antonina Dziwisz (Tonia) jest młodą aktorką, która jeździ z zespołem artystycznym po kraju i swoją sztuką "niesie kaganek oświaty" ludziom żyjącym na wsiach i w PGR-ach. Jej życie toczy się w drodze, razem z mężem Kostkiem i grupą innych członków zespołu tworzą na tamten czas rodzinę. Kobieta wydaje się być nic nie znaczącą, zwłaszcza dla ówczesnych władz, postacią. I tutaj nagle okazuje się, że władza myśli o niej całkiem inaczej. Gdy w trakcie jednego z przedstawień Tonia schodzi ze sceny do garderoby, zastaje tam dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Nie wzbudzają oni jej podejrzeń i kobieta najpierw wypija z nimi po kieliszku wódki a następnie udaje się do "Kameralnej" (z tekstu domyślam się, że to restauracja / pub / dancing). Tam tańczą, piją i zanim Tonia ma szansę zorientować się co się dzieje, siedzi razem z nimi w czarnym samochodzie, który nie wiezie ich jednak w stronę jej mieszkania... Kobieta trafia do więzienia. Początkowo przekonana o tym, że zaszła jakaś pomyłka, próbuje tą abstrakcyjną sytuację wyśmiać, jednak wraz z mijaniem kolejnych godzin i dni Tonia przekonuje się, że jej pobyt w więzieniu jest jak najbardziej celowy, a zeznania, których się od niej oczekuje mają podążać w jednym, bardzo określonym kierunku.  Władza ludowa "ma zawsze rację" i dlatego też przedstawiciele SB chcą przy użyciu niemal wszystkich dostępnych im 'środków' zmusić Antoninę do złożenia zeznań obciążających jej kolegę z zespołu, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz imperialistycznego zachodu. Kobieta jest jednak nieugięta...

"Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego to książka 'błyskawiczna', czyli z tych co to, gdy zaczniemy je czytać to za tzw. jednym podejściem jesteśmy w stanie ją całą pochłonąć. Napisana bardzo prostym językiem jest tym bardziej przejmująca, szokująca i realna, zwłaszcza dla nas 'młodych', którzy życia w czasach komunizmu tylko liznęli, dla których tego typu aresztowania i znęcanie się nad tzw. więźniami politycznymi kojarzą się tylko z wydarzeniami na Białorusi, w Korei Północnej czy innych nie Europejskich czy nie kapitalistycznych państwach. Dla nas właśnie, to, co spotkało Tonię jest niewyobrażalne, metody, które zastosowano by zmusić ją do mówienia są niezrozumiałe, sytuacja abstrakcyjna do tego stopnia, iż wydaje się być niemożliwą. Samo państwo, w którym wypaczona 'sprawiedliwość' jest wymierzana takim a nie innym osobom i w taki a nie inny sposób, wydaje się nie mieć racji bytu. Historia naszego kraju jest jednak taka a nie inna i czy tego chcemy czy nie, również z takimi 'demonami z przeszłości' przychodzi nam się czasami zmierzyć. Wracając jednak do samej książki, warto zaznaczyć, że jest ona również świetnym studium osoby znajdującej się nagle w skrajnych warunkach, która pomimo wszystko postanawia jednak się nie poddać oraz zawalczyć o siebie i swoją niezależność. 
Uważam, że zdecydowanie jest to jedna z tych publikacji, które nie tylko warto, ale które powinno się przeczytać. Ja już poluję na kontynuację "Przesłuchania", czyli "Pieprz i sól", która to książka skupia się na historii córki Antoniny Dziwisz, Małgorzaty. Nabrałam również ochoty na oglądnięcie sfilmowanego "Przesłuchania" z genialną podobno rolą Krystyny Jandy. 
Polecam.


R. Bugajski, Przesłuchanie, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2001, s.164.

2012-10-20

Bardzo średnio. "Babunia" Frederique Deghelt.

Mój zakup tej książki to całkowity przypadek, impuls w połączeniu z potrzebą posiadania pięciu książek przy których wysyłka z pewnej internetowej księgarni była za darmo (kto zgadnie jakiej?:P). Długo wahałam się czy akurat tą książkę wybrać, ale uległam pozytywnym opiniom na jej temat i tym oto sposobem wylądowała ona na mojej półce.
Na tylnej okładce książki czytamy: "Urocza opowieść o poznawaniu się, związkach przeszłości z dniem dzisiejszym, o miłości i radości, jaką niesie czytanie książek." Czy naprawdę "Babunia" taka jest? Hmm, debatowałabym.




Jade, młoda dziennikarka aspirująca do bycia pisarką, dowiaduje się, że jej ukochana babunia Jeanne, która od śmierci swojego męża mieszkała sama, ma teraz zostać mieszkanką domu opieki. Taką decyzję powzięły jej trzy córki i z taką decyzją ciotek, zawiadomiona o tym fakcie przez swojego ojca, Jade nie może się zgodzić. W tajemnicy udaje się do babci i zabiera ją ze sobą do Paryża by ta zamieszkała z nią w jej mieszkaniu. To dopiero wtedy Jade zaczyna odkrywać to jaką osobą naprawdę była i jaką osobą jest jej babcia. Osiemdziesięcioletnia kobieta za wsi, do tej pory uważana przez wnuczkę za osobę nie tylko niewykształconą ale i średnio inteligentną, odkrywa przed Jade swoją drugą twarz w momencie gdy okazuje się, że Jeanne jest samorodną znawczynią literatury, która przez całe życie swoje uwielbienie dla książek musiała ukrywać. To wyznanie staje się początkiem 'nowej ery' w życiu obu kobiet...

Czytając "Babunię" od samego początku miałam wrażenie, że autorka miała aspiracje by ze swojej książki zrobić coś więcej niż to czym w rzeczywistości jest. Zdecydowanie wyczuwam w tej powieści ochotę autorki by książka była odbierana nie tylko jako lekka lektura, ale również jako książka ambitna, skłaniająca do refleksji. Niestety sama ochota nie wystarczy i dla mnie ta książka to jednak głównie tzw. czytadło, choć znajdziemy tutaj nutkę sentymentalizmu. 
Narracja w książce prowadzona jest przez trzy osoby, narratora, babcię oraz Jade. Jak dla mnie w tym zabiegu polega cały problem powieści. Do rozstroju nerwowego doprowadzało mnie bowiem, gdy tytułowa babunia rozmyślając na jakiś temat tłumaczyła sobie (w domyśle czytelnikowi) to co myśli. Nie znoszę tego typu zabiegów bo automatycznie książka traci dla mnie na wiarygodności. Nikt przecież, kto jest przy zdrowych zmysłach, tak się nie zachowuje, nie myśli czegoś a za chwilę nie szuka dla tej myśli wytłumaczenia, nie opowiada jej! 
Ponadto wydawca obiecuje nam na okładce niespodziankę za niespodzianką, odkrywanie poruszających tajemnic z przeszłości oraz zaskakujące zakończenie. Z tej trójki tylko słowa dotyczące zaskakującej puenty książki są prawdą. Niespodzianek nie znalazłam, a ta jedna, którą był fakt, iż Jeanne jednak w swoim życiu sporo książek przeczytała nie powala na kolana (może gdyby rzeczywiście w jakiś ciekawy, oryginalny sposób wytłumaczyć fakt, że babunia otwarcie czytać nie mogła? A tak, nic). Również poruszająca tajemnica z przeszłości nie była moim zdaniem specjalnie intrygująca. Co mogę autorce oddać to zakończenie, które rzeczywiście pozwala spojrzeć na tą powieść w innym świetle. Faktem jest również, że "Babunia" napisana jest sprawnie, czyta się ją szybko i jest w niej jakiś potencjał. Szkoda, że nie zrealizowany:(


F. Deghelt, Babunia, Świat Książki, Warszawa 2011, s.271.

2012-10-19

"Róża".

Zbierałam siły do oglądnięcia tego filmu miesiącami. Dziś się na to zdobyłam. Teraz nie opuszcza mnie jedna myśl: dzięki Bogu przyszło mi żyć w takich a nie innych czasach.




2012-10-18

"Shame".

Lubię takie filmy. Przemyślane, niespieszne, dojrzałe kino. "Shame" to świetne studium życia mężczyzny uzależnionego od seksu oraz poruszający obraz ludzi nie potrafiących radzić sobie z własnym życiem, demonami z przeszłości i samotnością. Warto zobaczyć.



2012-10-16

Olga Tokarczuk, "Prawiek i inne czasy".

Do teraz nie znałam twórczości Olgi Tokarczuk. Dużo o niej słyszałam i ciekawość na jej temat mnie zżerała, ale przyznaję, że miałam również obawy, bo jak gdzieś wyczytałam jest to jedna z tych autorek, których styl pisania albo się pokocha, albo znienawidzi. Po przeczytaniu "Prawieku i innych czasów" z wielką przyjemnością głoszę Wam, że zaliczam się do grupy pierwszej. Tokarczuk niewątpliwie mnie do siebie przekonała, a jej styl, tak prosty, lekki, momentami wręcz potoczny z pewnością potrafi od siebie uzależnić, zwłaszcza, gdy sama powieść do najłatwiejszych nie należy. Już po raz kolejny okazuje się, że w ambitnych książkach, takich których celem jest zmuszenie czytelnika do refleksji, przystopowania i zastanowienia się nad światem, prostota języka sprawdza się najlepiej. Tokarczuk to wie!




Gdzieś wyczytałam, że tytułowy Prawiek (czyli wieś, w której toczy się akcja) jest metaforą świata, ale ja od samego początku odebrałam go jako metaforę Polski, przecinanej przez rzeki, gdzie "niebezpieczeństwem zachodniej granicy jest popadnięcie w pychę", a wschodniej "głupota, która bierze się z chęci mędrkowania". Możliwe, że nie mam racji, ale takie rozumienie Prawieku nasunęło mi się na myśl już przy czytaniu pierwszego mini-rozdziału i nie opuściło mnie do samego końca. No cóż, najwyżej się mylę... A nawet jeśli tak, to nie uważam by takie rozumienie Prawieku zaszkodziło w jakikolwiek sposób mojemu odbiorowi tej powieści.
Warto podkreślić, że Prawiek jest zamkniętą częścią świata (otoczoną niewidzialną dla jego mieszkańców granicą) z której niewielu udaje się tak naprawdę wyrwać, a do której wielka polityka i historia wkradają się niepostrzeżenie wywierając niemały wpływ na życie jego mieszkańców, ale jednak nie niszcząc głównego nurtu ich życia, które mimo zmian toczy się ciągle jednym rytmem wyznaczanym przez samą społeczność Prawieku. W ogóle mam wrażenie, że Prawiek z tą swoją hermetycznością i skupieniem na sobie doskonale charakteryzuje prawdopodobnie każdą mniejszą polską miejscowość i jeśli mam być szczera to właśnie tak wyobrażam sobie przeszłość wsi z której sama pochodzę.

"Prawiek i inne czasy" składa się w moim mniemaniu z trzech głównych 'warstw', jeśli można tak to nazwać. Pierwszą z pewnością jest 'warstwa ludzka', a to znaczy, że powieść Tokarczuk to po pierwsze saga, czyli akurat w tym przypadku, oszczędnie, acz poruszająco spisane dzieje dwóch rodów: Niebieskich i Boskich. Losy tych rodzin splatają się ze sobą za sprawą małżeństwa ukochanej córki Genowefy i Michała Niebieskich - Misi z jedynym synem starego Boskiego - Pawłem.
Po drugie, "Prawiek i inne czasy" to tzw. powieść - rzeka. W swojej książce Tokarczuk opisuje bowiem nie tylko wiejskie życie dwóch rodzin, ale również skupia się na życiu innych mieszkańców tej małej społeczności jaką jest Prawiek, opisuje ich zawiłe losy, które wpływają na siebie nawzajem, nie stroni również od wydarzeń historycznych, które często w bardzo widoczny sposób kształtują życie mieszkańców Prawieku.
Po trzecie i chyba po ostatnie, korci mnie by napisać, że jest to również powieść w jakimś sensie filozoficzna, symboliczna, fantastyczna i magiczna w jednym. Tokarczuk pisze trochę o Bogu, trochę o magii działającej we wszechświecie, trochę o prymitywnych, pierwotnych instynktach uśpionych, ale jednak istniejących w człowieku, trochę o zbawiennej lub niszczącej sile natury.

Autorka z pewną pobłażliwością pisze o tym co się dzieje ze światem. Nie przywiązuje zbytniej uwagi do tego by w jak najbardziej obrazowy sposób przedstawić nam choćby okrucieństwa wojenne, raczej przechodzi nad nimi do porządku dziennego skupiając się na samych ludziach, którzy są jej punktami zaczepnymi oraz których działania i próby podążania ku lepszemu życiu i lepszej przyszłości stanowią chyba główny sens tej powieści. O tak, walka o to 'coś' lepszego, o to by nadać sens swojemu życiu są w tej powieści bardzo widoczne!

"Prawiek i inne czasy" czyta się doskonale. Szybko, z zainteresowaniem, lekko. Wiem, że będę do niej jeszcze wracać, głównie dlatego, iż wydaje mi się, że dla tak ambitnej książki, tak wielowarstwowej powieści jeden raz to za mało by w pełni ją zrozumieć. 
Cieszę się, że autorka mnie do siebie przekonała. Nabrałam jeszcze większej ochoty na "Biegunów":)


O. Tokarczuk, Prawiek i inne czasy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s.302.

2012-10-10

Jest! Niczym powrót do domu. "McDusia" Małgorzaty Musierowicz.

Połknęłam ze smakiem, ogromną przyjemnością i jak zwykle, z ochotą na dokładkę. Chyba tak mogę nazwać to co zaszło między mną a "McDusią", bo ja już Jeżycjady nie czytam od dłuższego czasu, ja kolejne książki wchodzące w skład serii połykam i nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze, bym z powodu tej swojej łapczywości miała po nich jakąś zgagę. Jestem bowiem w stosunku do tworów literackich Małgorzaty Musierowicz niemal bezkrytyczna, a każdy mój książkowy powrót na Jeżyce to tym samym powrót do mojego domu rodzinnego, do czasów wczesnej młodości, do swojego innego, już na zawsze zmienionego, życia. I nie ma znaczenia, że nie mam już 13 lat, że akcja "McDusi" też toczy się już w całkiem innym świecie niż ten opisywany, dajmy na to, w "Kwiecie kalafiora". Ważne, że autorka nadal umie w swoich kolejnych książkach odtworzyć atmosferę, którą znajdowałam w częściach najwcześniejszych, że nadal perypetie młodych, dorastających bohaterów cieszą mnie, rozczulają, wywołują ciepło w sercu i pozwalają na niektóre sprawy z mojego własnego życia spojrzeć z innej, Borejkowej perspektywy. Taka trochę magia i czar.




"McDusię" kupiłam dopiero w ostatnią sobotę, podczas swojego bardzo krótkiego pobytu w Polsce, i dlatego też wcześniej o oczy obiła mi się recenzja tej książki, która pojawiła się na jednym z blogów. Ponieważ z założenia nie czytam opinii o książkach, których lekturę mam w najbliższych planach (nie chcę sobie zaburzać swojego własnego odbioru danej powieści) to z mojego bardzo pobieżnego jej prześledzenia w pamięci utkwiło mi zdanie nawiązujące w kontekście "McDusi" do telenoweli. Przyznam, że zagnieździły się te słowa w mojej głowie do tego stopnia, że zaczynając czytać "McDusię" szukałam w niej tych telenowelowych elementów, które by mnie denerwowały, drażniły i które pomogły by mi się uporać z tym porównaniem, jak dla mnie pejoratywnym (choć recenzji nie czytałam i jeszcze raz to podkreślam, to są tylko moje własne odczucia co do zastosowanych słów:)). 

Zaczęło się od przyjazdu Magdusi Ogorzałek do Poznania. Dziewczyna miała się zająć uporządkowaniem mieszkania swojego zmarłego pradziadka, profesora Dmuchawca, a ponieważ Borejkowie nigdy nie zostawiliby córki Kreski samej sobie, Magdusia (z powodu swojego uwielbienia dla tłustego jedzenia zwana przez Idę McDusią lub McDonaldusią) zamieszkała razem z nimi przy Roosevelta. I wtedy to właśnie w jej otoczeniu pojawiają się dwaj bardzo młodzi mężczyźni, Ignacy Grzegorz Stryba i Józef Pałys, z których jeden jest bezgranicznie oczarowany młodą panną, a drugi wydaje się jej nawet nie lubić, aczkolwiek ona zwraca na niego swoją uwagę. W tym właśnie początkowym momencie książki pomyślałam, że może ta część naprawdę jest trochę jak telenowela, bo jedna kobieta i dwóch mężczyzn może niczego dobrego ani nowego nie wróżyć:P Autorka poradziła sobie jednak z tym niezwykłym trójkątem w sposób bardzo mnie zadowalający, a sama historia osnuta wokół tej trójki młodych ludzi została wzbogacona o piękne i wzruszające wspomnienie o profesorze Dmuchawcu, przy którym nie raz i nie dwa 'oczy zaszły mi mgłą' oraz o postać Trolli bez której Józinek nie byłby takim Józinkiem jakim jest. Oczywiście, jak to u Małgorzaty Musierowicz, nie jednym wątkiem książka stoi. Pojawia się zatem drugi motyw w "McDusi", a jest nim ślub Laury i Adama zaplanowany na 27 grudnia. Panna Młoda i Pan Młody zakochani na amen, przygotowania w toku a jednak zdarzają się 'mniejsze zachmurzenia' i 'większe burze' pomiędzy poszczególnymi uczestnikami tych nadchodzących uroczystości, nie wszystko ma również ochotę iść zgodnie z planem. Nudno zatem nie jest. 
Jest za to ciepło, serdecznie i refleksyjnie, jak to w Jeżycjadzie. Warto zaznaczyć, że z całej serii jest to chyba część najbardziej obfitująca w tą, wspomnianą przeze mnie, refleksyjność, rozważania nad przemijaniem, zmianami, upływającym czasem... Można przy niej pomyśleć. Telenoweli brak, a jeśli nawet jest, to za taką jej formę jestem gotowa 'się pokroić' i jak to ktoś kiedyś powiedział, Jeżycjadę będę czytać wciąż i wciąż od nowa 'do końca świata i o jeden dzień dłużej'! "McDusia" to moim zdaniem jedna z topowych części Jeżycjady:)))

I teraz pozostaje mi jedynie czekać i modlić się, by kolejna część serii zatytułowana "Wnuczka do orzechów" pojawiła się na księgarnianych półkach szybciej niż "McDusia"...


M. Musierowicz, McDusia, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.292.

2012-10-02

Tomáš Zmeškal i jego "List miłosny pismem klinowym".

Czuję coraz większą sympatię i szacunek do czeskich pisarzy i czeskiej literatury. "List miłosny pismem klinowym" jest już kolejną w mojej 'karierze' książką napisaną przez Czecha i przyznaję, że 'apetyt rośnie w miarę jedzenia':) Marzy mi się teraz przeczytać coś Bohumila Hrabala (jakieś sugestie?). Może powinnam również w końcu sięgnąć po 'coś' Mariusza Szczygła, który Czechem nie jest ale o nich pisze, podobno świetnie?




"List miłosny pismem klinowym", debiutancka powieść Tomáša Zmeškala skupia się, ogólnie rzecz biorąc, na historii małżeństwa Josefa i Kwiety Czernych. Takie podsumowywanie tej książki jest jednak dla niej krzywdzące, bo autor stworzył tutaj świetnie skonstruowaną, wielowątkową powieść obyczajowo - psychologiczną, której każdy kolejny element doskonale wpasowuje się do tej poruszającej układanki jaką los zgotował małżeństwu Czernych. "List miłosny pismem klinowym" to moim zdaniem głównie powieść o tym jak Historia, pisana przez duże H, potrafi wkraść się w czyjeś całkiem zwyczajne życie i je zniszczyć, pozbawić magii, która scalała rodziny, pozbawić szansy na dalszy rozwój i rozkwit uczuć, które niegdyś łączyły ze sobą ich członków. Właśnie to mnie w tej książce poruszyło najbardziej, ten stopień zniszczeń emocjonalnych, z którymi zwykli ludzie nie potrafili sobie poradzić, które wypaliły wszystko co wartościowe w małżeństwie. Dodatkowo, ponieważ książka ta opiera się na wydarzeniach, które począwszy od II Wojny Światowej, poprzez rok 1968, 1981, aż po współczesność kreowały dzisiejsze Czechy można ją również w dużym stopniu zaliczyć do nurtu literatury rozliczeniowej. Co jak co, ale rozważań nad przeszłością i teraźniejszością Czech w tej książce nie brakuje.

Główni bohaterowie książki, Kwieta i Josef poznali się przed II Wojną Światową na wykładach profesora Hroznego, który znany był z tego, iż odczytał napisane pismem klinowym teksty hetyckie. Josef, który urodził się w roku przetłumaczenia tekstów uważał taki bieg zdarzeń za znak i dlatego sam również marzył o odkryciu i rozszyfrowaniu nieznanego języka. Chciał w ten sposób zaimponować swojej ukochanej Kwiecie. Niestety nadchodzi rok 1948, Josef zostaje aresztowany za działalność na szkodę swego państwa i osadzony w więzieniu na 13 lat, które to lata jednak ostatecznie zostają zniwelowane do 10-ciu. Młoda żona i kilkumiesięczna córka zostają same. Kwieta, kochająca swojego męża całym sercem szuka jakiegokolwiek sposobu na to by mu pomóc. W końcu matka przypomina jej o Hynku, przyjacielu Josefa, który dawniej ubiegał się o rękę Kwiety, a teraz jest prawnikiem i liczącą się osobistością. Kobieta postanawia się do niego zwrócić o pomoc nie podejrzewając nawet, że to on, ten 'przyjaciel' właśnie, stoi za aresztowaniem jej ukochanego. Hynek okazuje się człowiekiem oddanym  'sprawie' swojego kraju oraz ogarniętym chęcią zemsty na dwójce ludzi, która w jego mniemaniu go zdradziła...
Josef wraca na łono swojej rodziny po 10 latach pobytu w więzieniu. Niestety, krótko po powrocie mężczyzna odkrywa trudną prawdę o relacji jaka łączyła jego żonę i Hyneka. W jednej chwili wszystko się zmienia. Śledząc dalsze losy małżeństwa odkrywamy, że to co się stało wpłynęło nie tylko na ich życie, ale również na życie ich jedynej córki Alicji i w konsekwencji wnuka Krzysztofa.

Książka "List miłosny pismem klinowym" napisana jest prostym językiem, co moim zdaniem doskonale współgra ze skomplikowaną fabułą, która składa się z retrospekcji, wtrąceń w postaci pozornie nie powiązanych ze sprawą bohaterów i ich przeżyć, snów czy opowieści. W takiej sytuacji język pozbawiony niepotrzebnych ozdobników sprawdza się najlepiej, bo pozwala czytelnikowi skupić się na akcji, która w wypadku tej powieści bardzo skłania do refleksji. 
Przyznaję, że mnie samą ta książka poruszyła bardzo. Nie potrafię przejść obojętnie i bez jakiegoś bólu w sercu, gdy czytam o czymś, co było tak piękne i czyste jak miłość Kwiety i Josefa, a co z powodu nie tylko zawirowań historycznych, ale również złych intencji innych, uległo zniszczeniu. Chyba najdramatyczniejsze w tej powieści jest jednak to, że uczucie ich łączące nigdy nie wygasło, zostało natomiast przytłumione, przysypane całym tym złem, niesprawiedliwością i podłością, która ich spotkała i z którą nie mogli sobie poradzić.  Piękna i smutna jest to książka. Polecam:)


T. Zmeškal, List miłosny pismem klinowym, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s.397.

2012-10-01

"W ciemności".

Najpierw były książki. Dwie. Obie niesamowicie wciągające, doskonale się uzupełniające, obie bardzo dobre. I chyba dlatego nie mogłam się zabrać za oglądanie filmu. Podświadomie czułam, że nie będzie on tak dobry jak te książki i nie byłam pewna, czy w takim razie w ogóle go oglądać. Wygrała jednak ciekawość, zwłaszcza gry Roberta Więckiewicza.

Na jednym z blogów ktoś mądrze napisał, że jest różnica pomiędzy dobrym filmem, a poruszającą historią. I ten film jest moim zdaniem właśnie przykładem poruszającej historii, która broni się doskonale bez filmu. Jak dla mnie "W ciemności" wypada blado przy spisanych wspomnieniach Krystyny i Ignacego Chigerów. Od książek nie mogłam się oderwać, film natomiast trochę mnie nudził, denerwowały mnie jego niedociągnięcia, zmiany fabuły i tylko do Więckiewicza nic nie mam, bo był po prostu świetny! Podejrzewam, że gdybym wcześniej nie czytała książek zrobiłby na mnie większe wrażenie, a tak swoje bijące serce i łzy zostawiłam książkom, a film po prostu oglądnęłam i już. I tylko zastanawiałam się za co został nominowany do Oscara? Doszłam do wniosku, że chyba za tą poruszającą historię właśnie, bo na pewno nie za to, że jest tak dobry. W Polsce kręci się moim zdaniem lepsze filmy, dużo lepsze.
Zdecydowanie bardziej polecam książki: "Dziewczynka w zielonym sweterku" i "Świat w mroku".




2012-09-28

Ciarki.

Dla mnie Marcin Dorocińskie jest już aktorem genialnym! Ostatnio każdy, dosłownie każdy film z jego udziałem wchodzący do kin jest filmem, który chcę zobaczyć i który okazuje się być świetnym! Niedługo "Obława", której już sam zwiastun wywołuje ciarki na moich plecach. I tylko żal, że nie będę go widzieć w kinie...


2012-09-26

2012-09-25

Rozczarowanie ogromne. "Lato przed zmierzchem" Doris Lessing.

'Nie dla psa kiełbasa', nie dla mnie twórczość Doris Lessing. Przynajmniej na takim stanowisku stoję po przeczytaniu książki "Lato przed zmierzchem", choć nie do końca jestem pewna czy to co zaszło między mną a tą powieścią można nazwać moim jej 'przeczytaniem'. Po wnikliwym bowiem zagłębianiu się w pierwsze 60 stron tej książki, po pozostałych przeleciałam niczym struś pędziwiatr, zatrzymując się na co poniektórych akapitach, tylko i wyłącznie po to, by zorientować się o co w danym momencie powieści 'się rozchodzi'. Swojego postępowania w stosunku do niej nie żałuję, bo prawdopodobnie gdybym się na takie zachowanie nie zdecydowała zanudziłabym się na śmierć, a przy okazji znienawidziłabym samą autorkę, a tak pozostał we mnie szacunek, nadzieja, że może inne powieści, które wyszły spod jej ręki są lepsze oraz w miarę dobra ocena samej książki, która to ocena polega na  wierze w to, że po prostu nie każdemu pisarstwo każdego będzie odpowiadać:)

'Smaka' na prozę Doris Lessing narobiłam sobie czytając co poniektóre blogi, których właścicielki są jej fankami. Poza tym ta niemal stuletnia już autorka jest laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury i nie wyobrażałam sobie w takim wypadku nie dać jej i sobie szansy na zawiązanie jakiejś głębszej czytelniczo - pisarskiej relacji. Jak na razie nie wyszło. Po raz kolejny udowodniłam sobie, że moje przeczucia co do niektórych autorów i ich książek nie są mi dane na darmo i że może jednak powinnam się ich słuchać! W stosunku do twórczości Lessing, pomimo tylu dobrych opinii, które przeczytałam, miałam jakieś wewnętrzne uprzedzenia. Fakt, że urodziła się w Afryce i często sięga w swoich książkach do tamtego rejonu jakoś mnie odpychał (nie przepadam ani za filmami ani za książkami, które poruszają temat Afryki), dodatkowo podczytując o czym dane książki są nie natrafiłam na żadną, której temat naprawdę by mnie zaciekawił i chyba tylko ze względu na Nobla i te liczne pochlebne recenzje sięgnęłam po jej książkę. Może dokonałam złego wyboru i na pierwszy ogień powinna iść inna powieść, ale cóż, 'mleko się wylało' a ja zostałam z rozczarowaniem, tym większym, że oczekiwałam od niej naprawdę bardzo wiele...





Kate Brown, główną bohaterkę powieści, z pewnością można nazwać kobietą uzależnioną od rodziny, domu i tego swojego bycia tzw. kurą domową. Pomimo, iż w głębi siebie czuje ona niezadowolenie z tego, iż jej życie sprowadza się jedynie do sprzątania, gotowania, dbania o dzieci i męża, to gdy staje przed szansą by ten  łańcuch jednolitych zdarzeń przerwać, wydaje jej się, że świat się wali i że nie poradzi sobie w nowej sytuacji. 'Postawiona pod murem' przez swojego męża przyjmuje jednak propozycję kilkutygodniowej pracy jako tłumaczka w dużej międzynarodowej organizacji. Niechętna na początku Kate odkrywa, że praca, którą jej powierzono i która zostaje przedłużona o kolejne tygodnie, jest nie tylko miejscem, w którym z powodzeniem może powielać schemat organizatorski, który wypracowała u siebie w domu, ale również jest doskonałym pretekstem do obserwacji kobiet i ich zachowań w świecie, który nadal rządzony jest przez mężczyzn. Pierwszy raz w swoim życiu Kate zaczyna zajmować się tylko sobą, sama dokonuje wyborów, które koniec końców pozwalają jej odkryć kim naprawdę jest, co może w życiu straciła, kim była i kim przez ponad 20 lat małżeństwa się stała. 

Ponieważ książkę czytałam bardzo pobieżnie nie będę udawać i zagłębiać się głębiej w tą powieść, jej cel i jej przesłanie. Jestem jednak w stanie, całkiem subiektywnie opisać co mnie się w tej powieści nie podobało. Przede wszystkim jest to styl w jakim książka została przez autorkę poprowadzona i napisana. Bardzo drobiazgowo opisane, powtarzające się niemal regularnie, te same rozważania głównej bohaterki, które moim zdaniem niczego innego w czytelniku nie powodują prócz znudzenia. Ilość niewypowiedzianych, ale dogłębnie 'tłumaczonych' czytelnikowi myśli bohaterki mnie przytłaczała. Jakiś czas temu, gdy czytając chyba biografię Singera wyczytałam, że nie cierpiał on powieści, w których pojedyncze uczucia, znane przecież wszystkim ludziom są przez pisarzy rozkładane na czynniki pierwsze i tłumaczone wciąż i wciąż. Po tej książce wydaje mi się, że Lessing tak własnie pisze, a ja akurat w tej kwestii zgadzam się z Singerem. Oczywiście, ktoś może mi zarzucić, że po prostu nie jestem stworzona do czytania literatury, która w większym stopniu składa się z opisów i monologów niż dialogów, ale od razu uprzedzam, że właśnie tak nie jest! Najlepszy przykład? Ostatnio wspominane przeze mnie "Chochoły", którymi delektowałam się z niesamowitą przyjemnością, a których ponad 400 stron składa się głównie z opisów:P

Moją przygodę z Doris Lessing uważam za zakończoną. Przynajmniej na razie:)


D. Lessing, Lato przed zmierzchem, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s.331.