2014-11-23

Tym razem inaczej. Tadeusza Konwickiego "Nowy Świat i okolice".

Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że czasami wydaje mi się, że o niektórych książkach nie powinnam pisać posta. Nie dlatego, iż były tak złe, że przysłowiowych słów szkoda, ale z powodu zupełnie odwrotnego! Rzadko, ale jednak, zdarza mi się nie napisać posta o jakiejś genialnej moim zdaniem książce, lub o książce, która zrobiła na mnie na tyle piorunujące wrażenie, że nie potrafię ubrać w słowa swoich na jej temat odczuć. Tak było z "Piaskową Górą" Joanny Bator czy książką "Beksińscy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej. O obu tych książkach napisano już bowiem tak wiele i tak dobrze, że stwierdziłam, że milcząc na blogu na ich temat na pewno im nie zaszkodzę, a pisząc o nich tylko po to by pisać, popełnię głupotę. Nie powstały więc posty na ich temat i raczej nie powstaną, choć obie książki noszę sobie w sercu i długo stamtąd nie znikną.

Teraz również nie powstanie post o książce Tadeusz Konwickiego, przynajmniej nie taki, jakie zwykłam pisać. 




Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się czytać książek Konwickiego. Z każdej strony słyszałam lub czytałam o tym, jak wielkim jest myślicielem, literatem i filmowcem. Jak mądrym człowiekiem. Do tej pory nie było nam jednak ze sobą "po drodze". Do teraz. Gdy przeczytałam bowiem pierwszy rozdział jego już trzydziestoletniej książki (powstała w roku moich urodzin!) "Nowy Świat i okolice" wiedziałam, że odtąd będziemy już iść razem. Konwicki i ja, ja i Konwicki. Wszystko mi się w jego pisaniu podoba, wszystko mnie pociąga i urzeka. Dodatkowo, uwielbiam nurzać się w czyichś inteligentnych i mądrych wywodach, a Konwicki wszystkim tym mnie obdarza i na to właśnie pozwala. Wiem, że przeczytam i zbiorę na swojej półce każdą z jego książek. Wiem, że będę do nich wracać. I wiem, że od teraz to jest MÓJ autor! 
Właśnie dlatego o jego książce nie napiszę recenzującego posta. Zbyt dużo we mnie emocji, zbyt wielka fascynacja, bym brała się za tak karkołomną rzecz jak recenzja jego książki. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.

Żeby nie wyjść na osobę gołosłowną zostawiam Was z kilkoma cytatami z jego książki "Nowy Świat i okolice":)

 "Warszawski Nowy Świat to mój wszechświat i mała kometa z niedługim ogonem w tym moim własnym wszechświecie." /s.9/

"Ale nuda jest w ogóle zmorą mego życia. Jestem cały jednym ogromnym gruczołem nudy. Nuda ukształtowała mój charakter, moje przyzwyczajenia i pewnie moją umysłowość. Jestem ogromną raną nudy. Jestem epileptyczną falą nudy, która leci nie wiadomo dokąd." /s.16/

"Nie ma literatury bez czytelnika. Jaki czytelnik, taka literatura. Za poziom naszych wierszy i powieści odpowiada czytelnik." /s.28/

"Widziałem wiele strasznych rzeczy w życiu, widziałem dużo nieszczęść i śmierci. Ale pierwszy raz obok mnie umarł człowiek i inni ludzie z powrotem ściągnęli go na ziemię." /s.37/

"Starość to negatyw dzieciństwa." /s.96/

"Są pewne wstydy, które reżyserują człowieka przez całe życie." /s.105/

"Wolność wypisana na murach więzień i nad bramami łagrów. Wolność w refrenach wierszy. Wolność na półdupkach nudystów. Jedni już wymiotują z przejedzenia wolnością, inni do śmierci nie zobaczą jej wątłej zorzy." /s.149/


T. Konwicki, Nowy Świat i okolice, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011.

2014-11-18

"Londyn NW" Zadie Smith.

Ta książka to moje drugie spotkanie z twórczością Zadie Smith. Cieszy mnie bardzo, że tak jak to było za pierwszym razem, gdy czytałam jej zbiór esejów "Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe", autorka była w stanie mnie swoją książką zaciekawić i z powiedzeniem wprowadzić w świat całkowicie mi obcy. Tym razem jest to świat czwórki mieszkańców północno - zachodniego Londynu.




Leah, Natalie, Nathan i Felix, których splątane losy przedstawia nam autorka, to czwórka czarnoskórych mieszkańców Londynu. Wszyscy chodzili razem do tej samej klasy w liceum, a teraz również wszyscy próbują ułożyć sobie życie. Jak się okazuje, nie jest to jednak proste, gdy się nadal żyje lub wywodzi z tej części Londynu. Gorszej? Mniej uprzywilejowanej? Emigranckiej? Czarnej? Każdy z bohaterów tej książki próbuje radzić sobie ze swoją przeszłością i wizją przyszłości na własny sposób. Jedni walczą niemal pazurami o to, by się z tej części Londynu wydostać, by udowodnić coś sobie i innym, by zyskać nowe, lepsze życie. Drudzy wydają się tracić nadzieję w to, że jakakolwiek walka o lepszą przyszłość ma jeszcze sens.

I tak, Leah, której przecież udało się wyrwać, przeżywa kryzys egzystencjalny. Nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie kim tak naprawdę jest, po co robi to co robi, jak chce by wyglądała jej przyszłość. Nie czuje się komfortowo ze swoim nowym życiem, na które przecież tak ciężko pracowała, ale które, koniec końców, przyniosło jej wiele rozczarowań, pytań i wątpliwości.

Natalie, jej przyjaciółka z czasów szkolnych, to lwica, zdeterminowana by osiągnąć to, co sobie zaplanowała. Zmiana imienia z Keishy na Natalie to tylko jeden z kroków, który miał za zadanie przybliżyć ją do zamierzonego celu. Nie ma rzeczy, której nie zrobi, by zdobyć to czego pragnie, a "cel uświęca środki". Cel, który w końcu osiągnęła, ale który nagle okazał się nie tym, czego chciała.

W powieści mamy również dwójkę bohaterów męskich, Felixa, trochę nieudacznika życiowego, ale z wielkimi planami na przyszłość i Nathana, byłego łamacza niewieścich serc, teraz kloszarda i narkomana. Mam jednak nieodparte wrażenie, że obaj panowie pojawili się w tej książce tylko po to, by stanowić jakieś ciekawe tło i dopełnienie historii o kobietach, o których pisałam wcześniej. Pomimo, że Felixowi Zadie Smith poświęciła pokaźnych rozmiarów rozdział, to jakoś rozmył mi się on później, gdy zderzyłam się z historią Natalie, która co jakiś czas wracała do historii Leah. Nathan z drugiej strony, to zdecydowanie przecinek w tej powieści (jak dla mnie trochę na siłę tutaj wstawiony). Poznajemy go w nieciekawej chwili i gdy tylko zaczynamy się czegoś o nim dowiadywać, jego czas mija, idziemy dalej.

"Londyn NW" ma jak widać swoje plusy i minusy. Lubię tę książkę za to, że problem tożsamości emigrantów i ludzi z tzw. niższych sfer, aspirujących do czegoś więcej, jest tutaj wyczerpująco przedstawiony. Problemy jakie stwarza, nie tyle sama walka o lepszą przyszłość, ale ciągłe poczucie odrzucenia, inności a także obowiązek udowadniania sobie i innym, że się nam należy bycie tam gdzie jesteśmy lub chcemy być to element, na którym autorka skupiła się chyba najbardziej. Rozerwanie wewnętrzne bohaterów, którzy przecież by osiągnąć coś więcej, muszą się w jakimś sensie wyrzec swojej przeszłości, zdecydowanie pobudza myślenie. 

Podsumowując: książka ciekawa, szybka, momentami refleksyjna, ale raczej nie zapada w pamięć.


Z. Smith, Londyn NW, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s.393.

2014-10-20

"Stulecie" Herbjørg Wassmo.

Dobra książka. Dobre czytadło. Tylko tyle, albo aż tyle, bo jak wiadomo, książki określane mianem czytadeł potrafią być tak złe jak to tylko możliwe, a o te naprawdę dobre wcale nie jest tak prosto. Ta na szczęście taka jest: ciekawa, wciągająca i bardzo łatwa w czytaniu. Do tego opisane w niej historie mają podłoże biograficzne, bo Herbjørg Wassmo w "Stuleciu" pisze o losach swojej matki, babki i prababki. 




Prababką autorki jest Sara Susanne, kobieta której przyszło wyjść za mąż z obowiązku, powinności względem rodziny. I pomimo, że z czasem pokochała swojego męża to jej życie tak naprawdę nabrało smaku gdy poznała pewnego, dużo od niej starszego, pastora.
Jej córka, Elida wyszła za mąż wbrew woli swojej matki, z miłości. Dla chorego męża poświęciła więcej niż się spodziewała i tak jak matka marzyła skrycie o innym życiu.
Z całej tej trójki to jednak Hjørdis nie zaznała w małżeńskim życiu szczęścia. Jej wybranek okazał się bowiem zgoła innym człowiekiem, niż ten, którego wydawało jej się, że zna i którego wybiera sobie na męża.

"Stulecie" to opowieść o tych trzech, z jednej strony silnych, ale jednak nadal słabych kobietach. Żyjąc na północy Norwegii wszystkie po kolei zmagały się ze swoim losem, życiem jakie przyszło im wieść. Czasami się wobec niego buntowały, próbowały szukać dla siebie i swoich marzeń ratunku, rzadko jednak udawało im się coś ma tym zyskać. Okazywało się bowiem, że nie tak łatwo jest uciec z północy, odciąć się od tego kim tak naprawdę się jest. "Stulecie" to te trzy kobiety i ich mężowie, liczne dzieci, niespełnione nadzieje i tęsknoty,  samotność, walka o lepsze jutro, trud codziennej pracy. Życie.

I gdyby nie mała dziewczynka chowająca się w stodole przed Nim, gdyby nie jej ołówek i zeszyt, w którym zapisuje swoje myśli, "Stulecie" nie wyróżniałoby się niczym specyficznym od innych jej podobnych powieści. A tak zwykłe, aczkolwiek trudne życie bohaterek przeplata się z dramatem ich małej potomkini. 

Daleka jestem od twierdzenia, że ta książka jest wybitna czy monumentalna (a takie i inne przymiotniki ją opisujące krążą po sieci), ale z pewnością nie można jej nie przyznać tego, że jest bardzo klimatyczna, zimno północy wylewa się na czytelnika z każdej kartki i porywająca. Losy tych trzech kobiet są doprawdy fascynujące, a to, że tak dobrze spisane (wiem, wiem, że duża ich część to fikcja, ale jednak podłoże biograficzne jest) sprawia, że można w "Stuleciu", na tę chwilę czy dwie, przepaść. Dobra.


H. Wassmo, Stulecie, Smak Słowa, 2014, s.520.

2014-09-28

Ida.

Przepiękne zdjęcia! Przejmująca historia. Czerń, biel i szarości. Tyle wystarczy, by taki film jak "Ida" robił niezapomniane wrażenie. Dodatkowo genialna jak zawsze Agata Kulesza, świeżutka Agata Trzebuchowska i Dawid Ogrodnik, który na moich oczach wyrasta na cholernie mądrego w swoich wyborach aktora. Świetnie! No świetnie! 




"Ida".

2014-09-17

Karl Ove Knausgård "Moja walka. Tom 1. Powieść".

Przyznaję, nie miałam w planach lektury książki Karla Ove Knausgårda. Nie przemawiało do mnie jedno ze zdań ją reklamujących, a mianowicie: "Autobiograficzna powieść, w której rzeczywistość przeraża bardziej niż najmroczniejsze skandynawskie kryminały." No bo kurcze, różne rzeczy można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że pociągają mnie kryminały, wręcz odwrotnie, stronię od nich jak tylko mogę (choć przyznaję, że ostatnio siedzi mi w głowie jakieś diabelstwo i mówi, żeby się skusić i poczytać to czy tamto :P). Zamiaru zatem nie miałam, ale jak wiadomo przypadki rządzą moim czytelniczym życiem, jak dotąd bardzo szczęśliwie zresztą i to właśnie taki przypadek sprawił, że książka ta trafiła w moje ręce. Jak już trafiła nie musiała długo czekać na swoją kolej, ciekawość bowiem wzięła górę i "Moja walka. Tom 1. Powieść" poszła w ruch.




"Moja walka. Tom 1. Powieść" to tak naprawdę opis przygotowań do pogrzebu ojca. Jak się okazuje ojciec był postacią w życiu Karla Ove, która jak żadna inna wywarła ogromny wpływ na to jakim stał się człowiekiem. 'Cichy tyran', tak bym go nazwała, który samym tylko wzrokiem potrafił wbijać swojego syna w ziemię, jednym słowem potrafił go ściągać w dół i powoli niszczyć. To właśnie jego śmierć, której autor "Mojej walki" pragną od lat, staje się przyczynkiem do jego 'wypraw w przeszłość', wspominków, które grają jakby główną rolę w tej książce. 

Już po pierwszych zdaniach, pierwszych przeczytanych przeze mnie stronach okazało się, że ta książka to coś wyjątkowego na rynku wydawniczym. Rzeczywiście trudno jej podobne znaleźć, a jeśli już to są to wypadki nieliczne. "Moja walka" to bowiem powieść, w której życie i literatura tworzą jedną całość, trudną do oddzielenia. Czytelnik śledzi w niej losy Karla, tak bardzo zwykłe mimo wszystko, a ma wrażenie jakby to był jakiś wyższy poziom życia. Dlaczego? Dlatego, że autor w taki a nie inny sposób do swojego życia podchodzi, w taki a nie inny sposób je opisuje, podsumowuje, przeżywa. Banalność staje się czymś niezwykłym właśnie dlatego, że autor od tej banalności swojego życia nie ucieka! Tyle. Knausgård nie oszczędza w swojej książce ani siebie, ani ojca, który, nie da się ukryć, jest główną, oprócz autora, postacią tego tomu, ani reszty swojej rodziny. Nie zataja, nie przemilcza trudnych dla siebie momentów, sytuacji z którymi przyszło mu się zmierzyć. Nie ukrywa swoich słabości, wspomnień, które jak to one, raz są dobre, raz złe. Wszystko z siebie wyrzuca czytelnikowi pod nos, ale w taki sposób, że to wszystko się broni! Bo to naprawdę jest literatura na wysokim poziomie. A skoro jest to ten właśnie poziom to nie należy się spodziewać książki szybkiej ani prostej. Były momenty, że od "Mojej walki" nie mogłam się oderwać, ale były również takie, gdy jej lektura sprawiała mi trudność. Dlaczego? Długie narracje, niekończące się opisy bardzo zwykłych sytuacji czasami mogą nużyć. Nie raz i nie dwa zastanawiałam się co w tym co teraz czytam jest tak wyjątkowego, że poświęcona została temu już kolejna strona?! Potem okazywało się, że może nic, ale dokądś mnie to prowadzi, tak jak dokądś prowadziło to Karla Ove. 

"Moja walka. Tom 1. Powieść" to z pewnością nie jest książka dla każdego, ale jak widać znalazła już sobie ogromne grono fanów, dla których porównywanie jej do dzieła Prousta nie jest niczym nie na miejscu. Ja mam do niej stosunek bardziej ambiwalentny, bo zarówno mnie ona do siebie pociąga jak i odpycha, nie potrafię jej jednak odebrać tego, jak jest niepowtarzalna i zaskakująca. Warta uwagi!


K. O. Knausgård, Moja walka. Tom 1. Powieść, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s.352.

2014-08-22

Życie nieznośne. "Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej.

Czytając "Miłość z kamienia" jedno chodziło mi po głowie: nie mogłabym tak żyć. Z drugiej jednak strony, po lekturze tej książki wiem jedno, nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć co i jak może nas i innych dotknąć, do jakiego stopnia jesteśmy w stanie poświęcić swoje życie dla drugiej osoby. Chyba dopiero gdy TO się dzieje zaczynamy sobie zdawać sprawę, gdzie może nas zaprowadzić...




Wydaje mi się, że o tej książce napisano i powiedziano już tyle, że moim zadaniem jest oszczędzić Wam kolejnej dawki tych samych frazesów. Zarówno liczne grono recenzentów, blogerów, jak i sama autorka wiele o "Miłości z kamienia" powiedzieli, dlatego ja skupię się w tym poście tylko na swoim jej odbiorze. Ułatwię sprawę sobie i Wam :)

"Miłość z kamienia" to książka, która powinna być przepisywana przyjaciółkom przez przyjaciółki, gdy te zaczynają biadolić nad tym jak to ciężko z tym swoim mężem czy chłopakiem mają w życiu. Przy tym co opowiedziała Grażyna Jagielska trudy życia codziennego to pikuś niewart większej uwagi, a już na pewno nie nerwów. Taka mała, skuteczna i poruszająca odtrutka na głupoty. Nagle okazuje się bowiem, że życie małżeńskie może być bardzo trudne, samotne, wyniszczające, pozbawiające woli do jakiegokolwiek działania. Okazuje się, że życie małżeńskie może takim życiem być tylko z nazwy, że tak naprawdę może to być wegetacja jednej ze stron, podczas gdy ta druga rozkwita żyjąc innym życiem, innym światem. I nie o rodzinie patologicznej autorka pisze, przynajmniej nie w szeroko rozumianym znaczeniu tego słowa, ale o takiej, w której mąż kocha żonę a ona jego, oboje pracują i wychowują dzieci, jest jak być powinno. Czyżby?

Grażyna Jagielska w bardzo przejmujący sposób opisała to jak jej szare, codzienne życie stopniowo przemieniało się w koszmar. Jak praca Wojciecha Jagielskiego, jej męża, coraz głębiej wchodziła w ich związek, rodzinę, jak zabierała dla siebie coraz więcej czasu i zaangażowania w zamian zostawiając przytłaczający strach, ból, samotność i przymus czekania na najgorsze. Zawsze na najgorsze, bo ono przecież kiedyś nadejdzie, musi nadejść. W końcu zostawiła również chorobę.

"Miłość z kamienia" bardzo mnie poruszyła, ale też otworzyła mi oczy na wiele spraw, na to jak musimy być uważni na drugiego człowieka w związku, jak w pogoni za realizacją swoich potrzeb nie możemy zamykać oczu na potrzeby drugiej osoby, które to, jak w przypadku Grażyny, mogą być potrzebami podstawowymi! 
To również książka, która niezwykle dobitnie tłumaczy szaremu człowiekowi czym tak naprawdę jest wojna, i dla tych, którzy aktywnie w niej uczestniczą, i dla tych, których zadaniem jest jej obserwacja i dla tych, dla których mimo woli staje się ona drugim tłem życia. Nie ma w niej nic ludzkiego, nic co przynosi nadzieję, nic co pozwala normalnie funkcjonować. W jakikolwiek sposób nie mamy z nią do czynienia, wojna nas niszczy.

Warta uwagi.


G. Jagielska, Miłość z kamienia, Wydawnictwo Znak, 2013, s.208.

2014-08-14

"Różnimisie" Agaty Królak.

Mam słabość do pięknie wydanych książek dla dzieci. Pomimo, że mój synek ma dopiero (choć dla mnie JUŻ) 11 miesięcy, ja z zapamiętaniem i niesłychaną wprost przyjemnością kupuję i zbieram różnego rodzaju książki i książeczki, które przydadzą nam się teraz lub w niedalekiej przyszłości. Jak wiadomo te wydawane z myślą o dzieciach dzielą się na dwie podstawowe grupy: te do czytania i te do oglądania i opowiadania. 




"Różnimisie" zalicza się do grupy drugiej i jak wskazuje, cudny moim zdaniem, tytuł tej książeczki, jej zadaniem jest przedstawienie najmłodszym różnic jakie mogą istnieć pomiędzy kolejnymi misiami :)
Ktoś może pomyśleć, ot, kolejna książeczka o przeciwieństwach. I ma rację, to jest kolejna książeczka o przeciwieństwach, ale w odróżnieniu od wielu innych, ta nie jest tak w tym oczywista i dodatkowo jest po prostu przepięknie wydana. Przepięknie! 
Rodzic zasiada zatem ze swoim dzieciątkiem i tym wydawnictwem w ręce i dzięki bardzo oszczędnym obrazkom w nim zawartym rozpoczyna opowieść o tym jak to misie bywają od siebie różne: jeden jest silny, inny słaby; jeden chory, drugi zdrowy; jeden gruby drugi chudy; jeden stary, inny zaś młody itd. Nawet takie maluchy (a może zwłaszcza) jak mój synek docenią rysunki Agaty Królak, w których główną rolę grają kolory czarny i biały, a misie rysowane są jakby kredą na tablicy lub kredkami na kartce z bloku. Same przeciwieństwa przedstawione w sposób bardzo przemawiający do wyobraźni, nie przekombinowane i proste w odbiorze dla dzieci. Dodatkowo Wydawnictwo Dwie Siostry wydało książeczkę "Różnimisie" w świetnym rozmiarze, nie za dużym i nie za małym (19 cm x 18 cm), na grubym papierze (tekturze?) i z dbałością o każdy detal. Zaznaczam również, że ta książeczka jest dość solidna objętościowo i misiów poznajemy tutaj kilkunastu, co mnie akurat pozytywnie zaskoczyło, bo przeważnie tego typu wydawnictwa serwują nam jedynie kilka obrazków i zanim się mama obejrzy, książeczka się już skończyła :P
Jestem tą książeczką zachwycona i żałuję, że nie ma innych, jej podobnych. Polecam!


brudny

chudy


A. Królak, Różnimisie, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2012, s.26.

2014-07-29

Anna Gavalda "Billie".

Mam wielki problem, bo tak jak jestem bezkrytyczną niemal fanką twórczości Anny Gavaldy, tak "Billie" nie przypadła mi do gustu i z przykrością stwierdzam, że najprawdopodobniej byłaby to ostatnia książka autorki, którą poleciłabym innym. No nie porwało mnie i tyle :( Ani przedstawiona historia nie powaliła mnie na łopatki, ani to w jaki sposób została spisana. Szkoda, bardzo szkoda, bo autorka przyzwyczaiła mnie do tego, że jej książki pożeram z ogromną przyjemnością, a "Pocieszenie" i "Po prostu razem" znajdują się w mojej grupie książek ulubionych.




"Billie" to książka o przyjaźni. Dość niezwykłej, niebanalnej, trudnej. Tytułowa bohaterka to dziewczyna przywykła do niełatwego życia. Jej rodzinę tak naprawdę ciężko nazwać rodziną. Patologia jest zatem codziennością Billie i dlatego nie jest to osoba, która od życia oczekuje wiele. Świadoma swojego pochodzenia i biedy dziewczyna jest natomiast nieśmiała, ale również głośna, butna i niepokorna. Gdy uczniom w gimnazjum zadane zostaje przygotowanie scenki ze sztuki Alfreda de Musseta "Nie igra się z miłością" Billie jako partner dostaje się Franck. Wspólna praca nad inscenizacją zbliża do siebie tą dwójkę. Franck staje się dla Billie odtrutką na świat w którym żyje. Chłopak nie ocenia i nie poucza, ale próbuje zrozumieć i pomóc nie oczekując od niej nic więcej, jak tylko jej samej. Jej przyjaźni. Bo Franck też ma swoje problemy, z którymi trudno mu sobie poradzić i właśnie ta zbuntowana, nie zawsze obliczalna Billie jest jego ostoją w momentach dla niego trudnych.

"Billie" to zgrabnie napisana książka, zresztą nie ma innej opcji w przypadku tej autorki, ale niestety, tym razem mam do niej kilka zastrzeżeń. Choć historia przyjaźni tej dwójki jest dość zajmująca, to już sposób w jaki sposób została opowiedziana nieco mnie drażnił. Narratorką jest bowiem sama Billie i to jej oczami widzimy Francka i z jej ust słyszymy słowa opisujące relację ich łączącą. I chyba z tym mam największy problem. Nie potrafię uwierzyć autorce w to, że Billie tak właśnie mówi, tak myśli. Dlaczego? Z jednej strony przedstawiona przez Gavaldę dziewczyna jest synonimem zbuntowania (klnie, mówi co jej ślina na język przyniesie) a z drugiej to zahukane dziewczę, które opowiada "gwiazdeczce" na niebie swoją historię, zachowując się przy tym jak małe dziecko trochę. Niby wiem, że ludzie są różni i zdecydowanie bardziej skomplikowani i wielowymiarowi niż by się to mogło niektórym wydawać, ale jakoś nie potrafię się przekonać do postaci Billie, którą 'zaserwowała' mi autorka. Nie i już. W ogóle mam problem z autorami książek, którzy w ten sposób 'wcielają się' w postaci ze swoich powieści i próbują je na siłę 'ubrudzić' i unowocześnić używając zwrotów czy słów, których sami na co dzień nie używają, a które miałyby im to zagwarantować. Dla mnie efekt jest niemal zawsze odwrotny i taka postać traci na wiarygodności. Chyba dlatego wolałabym aby ta książka była pisana z perspektywy Francka lub osoby trzeciej. Wydaje mi się, że "Billie" wyszłoby to na dobre.

No cóż, nawet nasi ulubieńcy muszą nam kiedyś podpaść. Mnie Anna Gavalda podpadła tą właśnie książką, co jednak w żaden sposób nie przekreśla mojego uwielbienia dla jej "Po prostu razem" czy "Pocieszenia" i chyba na to właśnie pocieszenie sięgnę po jedną z tych dwóch w bardzo niedługim czasie :)


A. Gavalda, Billie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s.222

2014-07-17

O tym jak rozczarowanie przerodziło się w zachwyt, czyli "Sońka" Ignacego Karpowicza!

Niektórzy z Was na pewno wiedzą jakim rozczarowaniem była dla mnie powieść Ignacego Karpowicza "Balladyny i romanse". Przygotowana byłam na wiele dobrego, a spotkał mnie zawód tak duży, że w pewnym momencie dałam sobie spokój i po przeczytaniu większej części tej książki postanowiłam jej nie kończyć. Nie widziałam sensu, tak jak przez dłuższy czas po jej lekturze nie widziałam sensu w tym by autorowi dać jeszcze jedną szansę na to, by skradł moje czytelnicze serce. Gdy na rynku pojawiła się "Sońka" zaczęłam się zastanawiać czy ta książka nie jest tą przed którą powinnam ulec? Nie zanosiło się jednak na to, by miało to szybko nastąpić. Na szczęście, jak już kiedyś pisałam, niektóre książki przychodzą do nas same, nawet gdy nam się wydaje, że to nie czas na nie. I dzięki Bogu!




"Jestem Sonia Biała, jestem Sonia Kulawa, jestem ostatnia jak moja suka Borbus Dwunasta, jak mój kot Jozik Pasterz Myszy, ostatnia z rodu jestem, moja krew została wymazana ze świata w czasie wojny, później już tylko schła. Jestem z Królowego Stojła, gdzie dumni królowie popasywali, jestem z domu Trochimczyk, jestem matką, której zabito dziecko, jestem siostrą, której zabito braci, jestem córką, której zabito ojca, jestem żoną, której zabito męża, jestem kochanką, której zabito kochanka, sąsiadką bez sąsiadów, rozpaczą bez strun głosowych, skargą bez spowiednika, spowiedzią bez rozgrzeszenia." [s.89]


"Sońka" to moje odkrycie! Nie spodziewałam się, że doczekam się takiej literatury od Karpowicza, który przecież już zawsze miał mi się kojarzyć z tymi nieszczęsnymi "Balladynami i romansami". Tamta powieść sprawiła, że byłam pewna, że ten autor nigdy 'moim' się nie stanie, ta, że stało się odwrotnie. "Sońka" uzmysłowiła mi, że Ignacy Karpowicz to też 'mój' pisarz, za którego innymi powieściami już się rozglądam, w duchu modląc się, by były choć w części takie jak jego ostatnia książka...

Po "Ludzkiej rzeczy" Pawła Potoroczyna i "Gugułach" Wioletty Grzegorzewskiej, "Sońka" to kolejna powieść, którą chyba mogę zaliczyć do tzw. nurtu chłopskiego w polskiej literaturze. Dzięki niej odkryłam, że od jakiegoś czasu jestem fanką tegoż i 'wchodzę' w tego typu książki jak 'nóż w masło', gładko i z niesamowitą wprost przyjemnością. Wszystko mi się w tych książkach podoba, wszystko ze sobą gra, wszystko idealnie do siebie pasuje i się uzupełnia. Tak jakby Ci autorzy znaleźli klucz do tego jak pisać o trudzie istnienia. "Sońka" to kolejna lektura, która uświadomiła mi, że wieś, tamtejsi mieszkańcy i tamte prawdy są idealnym tłem do rozważań na temat życiowych, niełatwych wyborów, przegapionych szans, trudnych decyzji, które mają wpływ na całe przyszłe życie jednostki. Wieś niesie z sobą również brak konieczności uwznioślania niektórych spraw, niepotrzebnego komplikowania sytuacji, wszystko tu bowiem jest proste, najczęściej białe albo czarne i prosto trzeba też mówić o życiu, bez ogródek, bez przesady. Wszak wszystko co nas spotyka to "ludzka rzecz" i "nic co ludzkie nie jest nam obce".

"Nie chcę pamiętać, co wygadywano, były to tak niestworzone historie, że nawet wojna przy nich bledła. Bledła, bo ludzie na wsiach żyją życiem, a wojna jest śmiercią. Bo ludzie na wsiach żyją nieodległą przyszłością, a wojna to zawsze teraźniejszość albo przeszłość." [s.73]

"Niewypowiedziane słowa nie przestają być słowami, a niewysrane gówno gównem. Taka jest natura wszechrzeczy." [s.21]

"Nie ważyło wiele, tylko że to, co ważne, nie waży wiele, zupełnie jak to, co nieważne - dlatego tak łatwo pomylić jedno z drugim, poplątać i się zgubić." [s.28]

"Nawet nie mogłabym ugniatać nogami kapusty, bo jak się nie waży, to długo można deptać poszatkowane liście, jak się nie wierzy, długo i próżno można klepać Wieruju wo jedinoho Boha Otca, jak się nie jest, trudno być." [s.39]

Wracając jednak do "Sońki". Tytułowa bohaterka powieści Karpowicza to stara kobieta czekająca z utęsknieniem na koniec czyli swoją śmierć, bo tak naprawdę to co miało ją w życiu spotkać już ją spotkało, szczęście, którego miała zaznać dawno już minęło i tak to, ostatnie kilkadziesiąt lat Sonia bardziej czeka niż żyje. Gdy pewnego dnia na jej drodze staje Igor, kobieta wie, że znalazł się on tu po to, by stać się jej powiernikiem, słuchaczem, któremu jakby w spadku zostawi historię swojego życia, tym samym uwalniając się od jej ciężaru. Sońka wie, że wreszcie, razem z Igorem, idzie do niej upragniona śmierć. Kobieta opowiada zatem o młodości, ojcu, który w żaden sposób nie stronił od swojej jedynej córki, braciach, kopiach tegoż, wojnie i Joachimie, niemieckim żołnierzu, esesmanie, największej miłości., kwintesencji męskości i troski. Opowiada o ciąży, kłamstwie, mężu i śmierci a Igor, młody reżyser teatralny na bieżąco układa z tych wspomnień sztukę teatralną, która ma mu przynieść sukces. Dla niego spotkanie z Sonią to czas na to by zdjąć maskę, choć na chwilę zerwać ze swoim kreowanym wizerunkiem człowieka sukcesu, bez obciążającej go, wiejskiej przeszłości. To czas by z powrotem stać się Ignacym, ale by również czerpać garściami od tej kobiety, która niczego od niego nie chcąc daje tak wiele...

"Bez Joachima świat przypominał te wasze dzisiejsze torebki foliowe: licho wykonany, jednorazowy i uporczywy - taki, że nijak się opędzić." [s.37]

"Napis z patosem: "Jestem z tobą". Kto to komu mówił? Igor Ignacemu? Ignacy Sonii? Sonia Miszy? Teatr życiu? Życie sztuce? Pretensja poprawności?" [s.126]

Jestem zauroczona tą książką, tą prozą tak czystą i poetycką zarazem, tak prostą, oszczędną i obrazową w tym samym czasie. Ignacy Karpowicz, który pisze TAKIE książki słusznie zasługuje na to, by znajdować się w ścisłej czołówce współczesnych pisarzy polskich. "Sońka" jest piękna! Czytajcie!


"Opowiadała swoje zwyczajne życie z miejsca, gdzie ludzie za krótko żyli, bo wplątała ich w szprychy historia, a ona zawsze jest przeciwko ludziom. Historia jest zawsze przeciwko ludziom, a najbardziej - kobietom." [s.109]


I. Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, 2014, s.208.

2014-07-02

Filmowy zachwyt.

Już dawno tak bardzo nie spodobał mi się żaden film, już dawno nie czułam takiej przyjemności w trakcie jego oglądania, już dawno nie myślałam sobie tak intensywnie w trakcie filmu o tym, że życie jest piękne. Jak pokazuje ten film, mimo wszystko. Cudny! Wystarczy powiedzieć tylko tyle. I jeszcze to, że nie mogę przestać myśleć o jego podobieństwie do mojej ukochanej "Amelii". To już wiecie jaki to klimat opowieści :)


"Chce się żyć".

2014-07-01

"I jak tu nie biegać!" Beaty Sadowskiej, czyli "proście a będzie Wam dane" :)

Jak ja potrzebowałam tej książki!!! Potrzebowałam, choć nie miałam o tym pojęcia i od momentu jej pojawienia się na rynku musiał minąć jakiś czas bym zdała sobie sprawę, że "I jak tu nie biegać!" to pozycja jakby szyta na miarę dla mnie!




Nigdy nie chciałam biegać, zawsze gdy próbował mnie do tego namówić mój mąż, który biega od kilku lat, powtarzałam mu, że to nie dla mnie, że chyba sobie ze mnie żartuje i że bieganie to ostatni rodzaj sportu jaki będę w życiu uprawiać. W pamięci miałam to jaką męką zawsze były dla mnie biegi na lekcjach wychowania fizycznego w podstawówce i liceum i dlatego wiedziałam, że dobrowolnie za bieganie nie zabiorę się na pewno. Jazda na rowerze, a i owszem, ale bieganie, nigdy! I tak sobie żyłam z tym moim postanowieniem do momentu urodzenia dziecka. Synek pojawił się na świecie, a ja patrząc na siebie przez ostatnie miesiące stwierdziłam, że muszę wziąć się za siebie, że muszę zacząć się ruszać i musi to być coś co nie będzie ode mnie wymagać dużego nakładu czasu. Zaczęło za mną 'chodzić' to bieganie, zwłaszcza, że wiem ile satysfakcji przynosi ono mojemu mężowi i jak wpływa na jego sylwetkę. Nadal potrzebowałam jednak tzw. kopa i wtedy przypomniałam sobie, że przecież niedawno Beata Sadowska napisała książkę "I jak tu nie biegać!". Z lekkim niepokojem (no bo co może być ciekawego w książce o bieganiu?) kupiłam e-booka i zaczęłam czytać.

Już w trakcie lektury pierwszego rozdziału okazało się, że Beata Sadowska doskonale wie dla kogo i po co tą książkę pisze. Jak sama w niej przyznaje, nie lubi osób, które na siłę chcą z biegania zrobić sport elitarny, który mogą uprawiać nieliczni, wybrani, takich, które zamiast podbudowywać i zachęcać przyszłego biegacza, już na początku chcą ten jego naiwny, dziewiczy zapał do tego sportu ugasić i sprawić, by dali sobie z nim spokój, bo skoro ma być trudno i nie zawsze 'z górki' to po co w ogóle zaczynać? Stosując się do swoich słów, autorka napisała książkę, która aż bucha entuzjazmem i miłością do biegania, która sprawia, że z każdym kolejnym rozdziałem niezdecydowany do tej pory czytelnik powtarza sobie: "no kurcze, to jest sport dla mnie! Muszę chociaż spróbować!" :) "I jak tu nie biegać!" to bowiem nie tylko poradnik jak się do biegania przygotować, jaką dietę przy uprawianiu tego sportu najlepiej stosować czy jak dobierać buty (najlepiej w sklepie dla biegaczy przy pomocy wykwalifikowanego pod tym kątem sprzedawcy). To książka o pasji, która staje się nieodłączną częścią życia, która przynosi mnóstwo satysfakcji, która sprawia, że ranki stają się piękniejsze, a życie jakimś cudem łatwiejsze. To wspomnienia przebiegniętych maratonów, spotkanych tam osób, niezwykłych miejsc, w których przyszło autorce biegać. To opowieści o tym jak czasami baaaaaaardzo nie chce się biegać, ale też o tym jak po dłuższej przerwie nie można się już doczekać, by znów założyć buty biegowe. Moim zdaniem to książka, która każdego jest w stanie zachęcić do biegania, a jeśli nie, to chociaż do myślenia a bieganiu. I chwała Beacie za to, bo właśnie czegoś takiego szukałam!

Ps. Podczas ostatniego pobytu w Polsce wybrałam się do profesjonalnego sklepu dla biegaczy, gdzie polecono mi najpierw przebiegnąć się po bieżni, a później na podstawie nagranego w trakcie mojego biegu filmu, dobrano mi odpowiednie dla mnie obuwie. Buty zatem już mam, teraz muszę jeszcze poczekać, aż kontuzja kolana, której nabawiłam się wykonując innego rodzaju ćwiczenia się zaleczy i..... idę pobiegać! :D


B. Sadowska, I jak tu nie biegać!, Wydawnictwo Otwarte, 2014, s.320.

2014-06-28

"Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" Joanna Jurgała - Jureczka.

Można by powiedzieć, że o Kossakach napisano już wszystko, a jednak ciągle pojawiają się autorzy, którzy chcą nam udowodnić, że jednak nie, że ta rodzina to niekończące się źródło anegdot, historii i nieznanych wcześniej faktów. Oczywiście najtrudniej o takie 'nowości' u rodziny Wojciecha Kossaka, która nie tylko wiele razy została sportretowana przez Magdalenę Samozwaniec, ale o której również powstało wiele innych publikacji, bo co tu dużo mówić, barwnych postaci w tej części rodu Kossaków nigdy nie brakowało. O bracie bliźniaku Wojciecha, Tadeuszu, już tak głośno nie było, nie jest i prawdopodobnie nigdy nie będzie, bo choć jego córka, Zofia Kossak, była postacią niesłychanie ciekawą, to reszta tej rodziny, z samym Tadeuszem na czele, w porównaniu z barwnymi Kossakami z Krakowa, wypada dość blado niestety. Ale, ale, no właśnie, Zofia Kossak. Czyż to nie ona jest tą najbardziej cenioną z córek braci Kossaków? Czyż to nie ona obdarzona była największym talentem wśród Kossakowych panien? Czy to nie ona udowodniła swoimi działaniami w trakcie II Wojny Światowej, że pod wieloma względami przewyższa swoje bardziej znane (z innych zgoła powodów) córki Wojciecha i tym samym zasługuje na to, by jej osobie poświęcić jednak więcej uwagi? Wiele osób, wśród nich zapewne autorka tej książki, twierdzi, że tak i chyba właśnie dlatego powstała ta książka.




Zofia Kossak (później kolejno Kossak - Szczucka i Kossak - Szatkowska) to jedyna córka (miała czterech braci) Tadeusza i Anny Kisielnickiej - Kossakowej. W przeciwieństwie do swoich kuzynek, które jednak dość łatwo rozgryźć, Zofia jest postacią bardzo niejednoznaczną i przez to ciekawą. Wychowana w zgoła innych warunkach niż Maria i Magdalena, była dla nich uosobieniem głośnej wieśniary, zbyt poważnej by móc z nią utrzymywać ciepłe stosunki. Ta nie była im oczywiście dłużna, bo uważała obie siostry Kossakówny za rozpieszczone i marnujące swoje talenty. Jak wynika z książki Jurgały - Jureczki rzeczywiście Zofia Kossak była 'twardą babą', ale miała i drugą, delikatną stronę, tą która sprawiała, że nie potrafiła obojętnie przejść wobec cierpienia ludzkiego. Wszystko to sprowadza się głównie do faktu jej niezwykłej wręcz działalności na rzecz Żydów w trakcie II Wojny Światowej. To ona przecież, żarliwa katoliczka uważająca Żydów za zagrożenie dla polskiej polityki i gospodarki, gdy w trakcie wojny działa im się krzywda nieporównywalna do innych, stanęła na baczność, zakasała rękawy i razem z innymi, których co rusz zachęcała, a nawet przymuszała do pomocy zajęła się ofiarami Holocaustu. Pomysłodawczyni Żegoty sama wydobywała ludzi z getta, szukała im miejsc ukrycia po drugiej stronie, ludzi, którzy przechowają i nie zdradzą. Po wojnie okazało się, że zarówno postawa Zofii w czasie jej trwania jak i przedwojenna, przesiąknięta patriotyzmem twórczość literacka działają na jej niekorzyść. Uprzedzona o istniejącym niebezpieczeństwie przez osobę 'życzliwą' wyjechała z mężem do Wielkiej Brytanii, gdzie jednak do końca swojego tam pobytu nie mogła się tak naprawdę odnaleźć. Tęsknota za ojczyzną, wspomnienia i mylne pojęcie o samej Polsce tamtych czasów sprawiły, że po latach wróciła na łono swojej ojczyzny.

Książka Joanny Jurgały - Jureczki to biografia, aczkolwiek dość nietypowa, bo posiadająca małe, bo małe, ale jednak, fragmenty fabularyzowane. Autorka podeszła do swojej pracy nad biografią Zofii Kossak bardzo rzetelnie i dlatego wierzę, że osoby, które Zofię Kossak kojarzą jedynie 'z nazwiska', a które chcą się o tej nieprzeciętnej kobiecie dowiedzieć czegoś więcej, będą z tej książki bardzo zadowolone. Ja mam do niej trochę mniej entuzjastyczny stosunek, a to dlatego, że wcześniej czytałam cudowną książkę Anny Szatkowskiej (córki Zofii Kossak) pt. "Był dom...", którą Joanna Jurgała - Jureczka nie raz i nie dwa się wspierała przy pisaniu tej biografii. Chyba właśnie dlatego momentami czułam jakby książka "Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" była książką bardzo wtórną, bo powtarzającą to, co już kiedyś zostało przez kogoś opisane. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że nie ma fizycznej możliwości by autorka biografii nie korzystała z różnych źródeł przy jej tworzeniu i dlatego w żaden sposób tej książki nie neguję, zwłaszcza, że i ja znalazłam w niej fragmenty, które przykuwały moją uwagę (głównie chodzi mi tutaj o te opisujące dzieciństwo Zofii Kossak oraz okres jej przymusowej emigracji).


J. Jurgała - Jureczka, Zofia Kossak. Opowieść biograficzna, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s.327.

2014-06-18

"Sto dni bez słońca" Wita Szostaka.

Odkąd za sprawą "Chochołów" poznałam się i polubiłam z twórczością Wita Szostaka, każdą jego kolejną książkę traktuję jak ucztę literacką, która mnie czeka i na którą ja doczekać się nie mogę. Po tym jak autor skończył pisać swoją trylogię krakowską bałam się, że na kolejną jego powieść przyjdzie mi czekać dłuższy czas. Z tym większą radością i zaskoczeniem odkryłam, że Wit Szostak jest pisarzem bardziej płodnym niż się tego spodziewałam i że nowa książka już, już prawie jest do kupienia. Oczywiście to było jakiś czas temu i od tamtej pory powieść "Sto dni bez słońca" nie tylko zdążyła do mnie do Danii dotrzeć, ale ja już zdążyłam ją z nieskrywaną przyjemnością przeczytać.




Powinnam się już przyzwyczaić do tego, że za każdym razem gdy sięgam po nową powieść Szostaka czeka mnie zaskoczenie wynikające głównie z faktu, że każda kolejna jego książka to całkiem nowy sposób pisania i całkiem nowy świat literacki. Powinnam, a jednak zawsze daję się zaskoczyć. I tym razem nie było inaczej. Gdy tylko zaczęłam swoją lekturę "Stu dni bez słońca" od razu złapałam się na myśleniu, że to nie 'mój' Szostak tę powieść napisał, taka jest inna od poprzedniczek, taki ten jej powieściowy świat i główny bohater wykreowani nie po 'szostakowsku'... A jednak, a jednak powoli ta książka we mnie rosła, powoli się do niej przekonywałam i powoli odnajdywałam w niej to, co w pisarstwie tego autora cenię sobie najbardziej. Właśnie dzięki tej powieści odkryłam w końcu co to tak naprawdę jest! Wit Szostak jest dla mnie mistrzem w kreowaniu świata literackiego! Jeszcze nie zdarzyło mi się czytać jego książki, której świat nie porwałby mnie na tyle, by trudno było mi się z niego wydostać. Ze "Sto dni bez słońca" nie było inaczej.

Najnowsza powieść autora "Dumanowskiego" to tragikomiczna satyra na środowisko uczelniane. Główny bohater "Stu dni bez słońca" to postać niezwykła! Już dawno nie spotkałam w literaturze kogoś, kto budził by we mnie takie uczucia: współczucie, wzburzenie, niedowierzanie, litość i śmiech, a wszystko to wywołane tylko i wyłącznie głupotą, ślepotą, przekonaniem o swojej wielkości i wyjątkowości i pewnie jeszcze kilkoma innymi cechami Lesława Srebronia. 

Bohater, a zarazem autor "Stu dni bez słońca" (Wit Szostak jemu oddaje pole do popisu w tej powieści) to wykładowca akademicki, który w ramach wymiany uniwersyteckiej trafia na Finnegany, gdzie ma spędzić pół roku, dając wykłady na tamtejszej uczelni. Nie przeszkadza mu w tym ani brak wystarczającej znajomości języka, ani fakt, że wykłady, które prowadzi dotyczą twórczości Filipa Włócznika (wielkiego polskiego fantasty, ulubieńca Srebronia), o którym jego finnegańscy studenci nie mieli prawa słyszeć i którego dzieł nie będą mieli prawa poznać, gdyż nie zostały przetłumaczone na język angielski, ani żaden inny. Gdy się jest tak wprawnym pedagogiem, gdy się tak umie rozszyfrować swoich studentów, gdy się potrafi przelewać swoją wiedzę na innych z taką werwą i pasją coś tak błahego jak wymienione wyżej problemy nie stoi w żadnym wypadku na przeszkodzie w prowadzeniu wykładów. Lesław Srebroń to jednak nie tylko wykładowca, to również bystry umysł, który w mig potrafi rozszyfrować intencje każdego napotkanego na swojej drodze człowieka, czy to kolegi z pracy, czy kobiety, która odnajmuje mi pokój. To również autor powieści "Sto dni bez słońca", która powstaje podczas jego pobytu na Finneganach i którą skrzętnie omawia i objaśnia w trakcie jej powstawania. Koniec końców, Lesław Srebroń to wielki umysł, który przy pomocy innych wielkich umysłów ma szansę opracować i wcielić w życie projekt ocalenia cywilizacji Zachodu, która przecież chyli się ku upadkowi... 

Doczytaliście do tego momentu? To teraz wszystko to co napisałam powyżej weźcie sobie w wielki cudzysłów, a otrzymacie prawdziwy portret bohatera tej powieści. Jak czytamy na okładce książki, Wit Szostak opowiada nam w niej fragment życia współczesnego Don Kichota, człowieka, który żyje w świecie złudzeń, z którego nie potrafi zrezygnować, w którym z własnej wygody i strachu woli zostać, w którym jego prawda jest tą obowiązującą i jedyną. Srebroń jest postacią, która czytelnika doprowadzi do 'szewskiej pasji', ale przy tym sprawi, że lektura "Stu dni bez słońca" będzie lekturą pasjonującą, bo jakże inną od innych. Oczywiście powieść Szostaka to nie tylko historia tego jednego, godnego politowania wykładowcy, choć nie da się ukryć, że to na nim mamy skupić swoją uwagę i to jego postać ma nam niejako otworzyć oczy na inne zjawiska.

Najnowsza powieść Wita Szostaka znowu mnie nie zawiodła, choć przyznaję, że początkowo trochę się o to bałam. "Sto dni bez słońca" napisane są tak inteligentnie i złośliwie, a przy tym lekko i z humorem, że nie sposób przy jej lekturze dobrze się nie bawić. I nie zazdrościć autorowi, że w każdej konwencji pisarskiej jaką obiera odnajduje się tak doskonale! Polecam, zresztą jak wszystkie książki tego autora! :)


W. Szostak, Sto dni bez słońca, Wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2014, s.458.

2014-05-26

"Towarzyszka Panienka" i "Rodzina" Moniki Jaruzelskiej.

Nie miałam w planach czytać "Towarzyszki Panienki", tym bardziej nie myślałam nawet, że sięgnę po "Rodzinę". Stało się jednak tak, że pierwsza z tych książek trafiła w moje ręce, a po jej lekturze po prostu nie potrafiłam przejść obojętnie obok drugiej. Chciałam przeczytać "Rodzinę", pomimo że "Towarzyszka Panienka" na kolana mnie nie powaliła, a wręcz uważam ją za bardzo przeciętną. Dobrze, że nowsza z książek Moniki Jaruzelskiej okazała się lepsza od poprzedniczki.





Dlaczego nie piszę o tych książkach w osobnych postach? Bo wydaje mi się, że musiałabym w każdym z nich napisać to samo. Pomimo bowiem, że zatytułowane inaczej, tak naprawdę w obu książkach autorka porusza się po takich samych tematach, nie ma między nimi większych różnic, a jedynie "Rodzina" stanowi dla mnie uzupełnienie dość chaotycznej "Towarzyszki Panienki". 

"Towarzyszka Panienka" tym różni się od swojej poprzedniczki, że jest książką bardziej tematycznie zróżnicowaną. W odróżnieniu od "Rodziny", w której to, jak sam tytuł wskazuje, Monika Jaruzelska skupia się na swojej rodzinie i zależnościach ją łączących, "Towarzyszka Panienka" to zbiór dość wyrywkowych, krótkich wspomnień autorki z dzieciństwa, młodości i życia dorosłego. Autorka z wielką swobodą odnosi się w swoich książkach nie tylko do tematów bezpośrednio ją dotyczących, ale również tych, z którymi jej rodzina łączy się nierozerwalnie, aczkolwiek wpływały one z większą siłą na losy społeczeństwa polskiego niż na ich własne życie (mam tutaj na myśli między innymi stan wojenny czy pacyfikację kopalni Wujek). Chociaż może się mylę? Wydaje mi się, że dla wielu te właśnie fragmenty, w których autorka odnosi się do działalności politycznej swojego ojca, są tymi na które będą polować oczekując tłumaczeń, wyjaśnień, przeprosin czy choćby głębszej analizy tego, jakim człowiekiem był wtedy gen. Jaruzelski, co nim kierowało, jak w tym wszystkim tłumaczył swoje decyzje rodzinie. Niestety, wszyscy Ci ludzie się zawiodą, bo Monika okazuje się być w tej kwestii mistrzem dyplomacji (nie powiem, że mnie to trochę nie raziło) i niby dany temat porusza, ale zaraz tłumaczy, że ona i matka tak naprawdę o tym co dzieje się z ojcem, jakie i dlaczego takie są jego polityczne wybory nie wiedziały praktycznie nic (autorka pisze między innymi o tym, że o wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziała się z telewizji). Dla mnie osobiście jest to dość dziwne, ale gdy przeczytamy dwie książki, w których Monika Jaruzelska próbuje udowodnić jak różnymi osobami wszyscy członkowie jej rodziny byli i są i jak dziwną tak naprawdę komórkę społeczną razem tworzyli można uznać jej słowa za prawdę lub prawie prawdę. 

Pomimo iż bogatsza pod względem treści wydaje się być "Towarzyszka Panienka" to na większą uwagę zdecydowanie bardziej zasługuje moim zdaniem "Rodzina". Pierwsza z książek jest moim zdaniem taką o wszystkim i o niczym, trochę o babci tej czy tamtej, o rodzicach, o szkole, miłościach, podróżach, Castro czy tym podobnych rzeczach i osobach a wszystko opisane bardzo pobieżnie, moim zdaniem średnio starannie. "Rodzina" jest natomiast książką bardziej skondensowaną. Po pierwsze mamy tutaj krótką charakterystykę poszczególnych członków tejże rodziny, po drugie książka wzbogacona jest jakby kartkami z dziennika autorki, która w trakcie pisania tej książki zmagała się również z wizją rychłej śmierci ojca i jego pobytem w szpitalu, po trzecie, to co mnie osobiście najbardziej przypadło do gustu, w "Rodzinie" znajdują się rozmowy (niezbyt rozległe) zarówno z ojcem jak i matką autorki. Z tego co mówiła w wywiadach, Monika chciała by te rozmowy pokazały między innymi różnice jakie od zawsze istniały pomiędzy Jaruzelskimi, ale by była to też sposobność na to by coś sobie z rodzicami wyjaśnić, by zrozumieć nawzajem swoją samotność w tym wszystkim czym jest ich rodzina. Czy się jej to powiodło? Nie jestem pewna. Udało jej się natomiast pokazać swojego ojca w innym świetle niż to medialne: schorowany, stary, martwiący się o przyszłość córki ojciec rzeczywiście bardziej rozczula niż złości.

Obie książki napisane są bardzo lekko, z humorem i dystansem, który czasami mnie trochę mierził, ale traktuję go jako swego rodzaju system obronny przed tym, by tak naprawdę z niektórymi sytuacjami z przeszłości  zmierzyć się po raz kolejny. 

Nie potrafię tych książek ani polecać, ani odradzać, ale i tak mam wrażenie, że teraz gdy gen. Jaruzelski zmarł zyskają one 'drugie życie'.


M. Jaruzelska, Towarzyszka Panienka, Czerwone i Czarne, 2013, s.240.
M. Jaruzelska, Rodzina, Czerwone i Czarne, Warszawa 2014, s.288.

2014-04-29

"Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej".

"Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej" to jedna z tych książek, obok której każdy ich wielbiciel nie przejdzie obojętnie. Książka o książkach i ich właścicielach?! Toż to rarytas nad rarytasy! Wiedziona zatem takim przekonaniem poszukiwałam tejże dłuższy czas, ale ku swojemu rozczarowaniu nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Niestety "Książki i ludzie" została wydana w latach 90'tych i niełatwo na nią trafić. Tym bardziej ucieszyło mnie, gdy trafiła ona do mnie w momencie, gdy już straciłam nadzieję na to, że będzie mi dane ją przeczytać :)




Jak już wskazuje sam tytuł i okładka książki, "Książki i ludzie" to zbiór rozmów przeprowadzonych przez jej autorkę z różnymi osobami z kręgu kultury i sztuki, które znane są z tego, że z książkami pracują i/lub są ich zbieraczami i czytaczami. Mamy tutaj zatem wywiady z pisarzami, tłumaczami czy innymi osobami dla których książki stanowią ważny element życia codziennego. Szczęśliwie dla czytających, rozmówcy wybrani przez autorkę, to osoby, które książkę traktują bardzo poważnie i mają do niej niezwykle ciepły stosunek, choć nie wszyscy są bibliofilami, a niektórzy wręcz od zbierania wolą ich rozdawanie. Barbara Łopieńska rozmawia ze swoimi bohaterami o roli książek w ich życiu, o książkach ulubionych i tych, których 'nie zmogli', o sposobach na ich układanie lub upychanie po kątach, o życiu z nimi lub w ich cieniu. Ile osób z którymi autorka rozmawiała, tyle książkowych historii. Wszystkie, bez wyjątku, niezwykle przyjemne. "Książki i ludzie" to również taki fajny zbiór bardzo ciekawych uwag i myśli dotyczących konkretnych tytułów czy choćby samego czytania. Mnie zapadły w serce między innymi słowa na temat "Mistrza i Małgorzaty", mojej ukochanej książki, o której nigdy nie odważę się napisać posta, a o której Magdalena Tulli   powiedziała tak:

"To "Mistrz i Małgorzata". Otwiera się w niej wielka przestrzeń. Wszystko jest możliwe. Czytałam "Mistrza i Małgorzata" bardzo dużo razy, zawsze kiedy zachciewało mi się wolności i lekkości" /s. 107/

Zgadzam się również z innymi jej odczuciami na temat książek i tego czego w nich szuka, na przykład z tym:

"Tego jednego czy dwóch obrazów, które trafiają w sedno. Pokazują jakąś właściwość świata. W tym co czytam też szukam teraz dobrego skrótu. Jednego zdania, które zrywa zasłonę i pokazuje coś łakomego na temat świata. To jest teraz dla mnie łakome." /s. 103/

Książka Barbary Łopieńskiej jest tym bardziej ciekawa, iż powstała około 20 lat temu i znaczna część jej bohaterów niestety już nie żyje. Z tym większym zaangażowaniem czyta się o ich książkowych 'przypadłościach'.


B. N. Łopieńska, Książki i ludzie: rozmowy Barbary N. Łopieńskiej", Wydawnictwo Twój Styl, 1998, s. 259.

2014-03-28

Agnieszka Osiecka "Dzienniki 1945 - 1950".

Oj, czytałam tą książkę i czytałam i skończyć nie mogłam. Dlaczego? Już piszę. 
"Dzienniki 1945 - 1950" to książka niesamowicie trudna do oceny, bo z jednej strony są to zapiski bardzo inteligentnej dziewczynki, ale z drugiej są to właśnie zapiski 13-letniej dziewczynki! Z tego też właśnie powodu czyta się tą książkę trudno. Tak jak czytelnik ma ochotę po raz kolejny natknąć się w niej na moment, w którym Osiecka zaskoczy go swoją dojrzałością myślenia, tak męczy przekopywanie się przez dziesiątki stron, na których autorka opisuje kolejne mecze siatkówki, kolejne zgrupowania drużyny pływackiej, kolejne lekcje czy dziewczęce rozważania na temat chłopców typu "tego kocham, a tego lubię, a ten mnie kocha, a ja jeszcze nie wiem co z nim zrobić". Tak bardzo zatem jak czekałam na tą książkę, tak bardzo ćwiczyła ona później moją wytrwałość w postanowieniu jej przeczytania. Nie było łatwo. 




"Dzienniki 1945 - 1950" to tak naprawdę głównie zapiski z lat 1949 - 1950, kiedy to Agnieszka Osiecka bardzo solidnie prowadziła kolejne dzienniki. Wszystkie one pisane były pod przybranym imieniem i nazwiskiem: Bożena Ostoja. Z roku 1945 w książce znajdują się tylko trzy krótkie wpisy, do powstania których przyczynił się głównie fakt, iż Agnieszka otrzymała w prezencie bożonarodzeniowym pamiętnik. Dziennik z 1945 roku to zatem jeden wpis z 27 grudnia, jeden z 28 i jeden z 1 i 2 stycznia. Później następuje trzyletnia przerwa i wracamy do czytania w roku 1949 kiedy Agnieszka ma 'już' 13 lat i zaczyna prowadzić bardzo staranne, regularne zapiski ze swojego codziennego życia. Czytelnik otrzymuje zatem ponad 400 stron dzienników obejmujących swoim zakresem półtora roku z życia 13-letniej dziewczynki. Co to oznacza? Po pierwsze, że Agnieszka była bardzo sumienną osóbką, która z niezwykłą wprost starannością relacjonowała w swoich dziennikach to co na co dzień ją spotykało, po drugie, oznacza to, że czytelnik z łatwością może polec w walce z tymi zapiskami, które niestety w większości są bardzo do siebie podobne. Łatwo sobie przecież wyobrazić, że życie trzynastoletniej dziewczynki nie obfitowało w niezwykłe sytuacje, ciekawe znajomości czy trudne wybory. Ot, szkoła, przyjaciółki, chłopcy i zajęcia pozaszkolne. Muszę to niestety napisać: nudno. No kurcze nudziło mi się, gdy po raz kolejny przerabiałam wyniki Agnieszki w pływaniu czy bieganiu, gdy po raz kolejny czytałam co brali na takiej a takiej lekcji, czy gdy po raz kolejny głównym bohaterem dziennika stawał się Jerzy, którego Agnieszka raz nie lubi, raz jest jej on obojętny a raz go kocha. I ratowało mnie tylko to, że powtarzałam sobie ciągle w głowie: to jest pamiętnik 13-latki!

Żebyście jednak sobie nie pomyśleli, że przy czytaniu "Dzienników" było mi tylko źle, muszę do tego garnka dziegciu dodać jednak łyżkę miodu :) Kilka razy bowiem mnie ta książka zaskoczyła, albo lepiej powiedzieć, że zaskoczyła mnie sama Agnieszka. 13-letnia Osiecka była naprawdę bardzo inteligentną dziewczyną i przyznaję, że nie raz i nie dwa, za jej sprawą, pomyślałam o sobie 13-letniej jako o infantylnym dziecku! Nigdy wcześniej tak o sobie nie myślałam, raczej byłam dziewczynką mądrą i grzeczną, ale czytając wywody i przemyślenia Agnieszki nie mogłam oprzeć się takiemu właśnie zastanawianiu się nad sobą z przeszłości. Ile jest bowiem 13-latek, które z takim zaparciem rozmyślają nad samą sobą i swoimi poglądami na życie i jego przymioty?


"Sama nie wiem, dlaczego ja jeszcze nie mam żadnych zapatrywań ani charakteru (nawet politycznych). Jeśli chodzi o wiarę, to w ogóle nie wiem, czy wierzę, czy nie, a o ile tak, to w jaki sposób i do jakiego stopnia? Gdzie się kończą klerykalne bzdury, a zaczyna wiara i prawdziwa religia? Czy możliwa jest moralność bez wiary w karę śmierci? Czy istnieje sumienie bez mistycznego płaszczyka?" /s.226/  

Agnieszka ma również bardzo celne spostrzeżenia na wiele tematów ją dotyczących. W swoich dziennikach jest bardzo szczera, krytycznie patrzy na swoich rodziców, zwłaszcza matkę, która wzbudza w niej litość, nie stroni od oceniania swoich koleżanek i potencjalnych kandydatów na chłopaka, szczerze pisze o swoich przyjaciółkach, którym nie raz dostaje się za to, że są ciągle zbyt dziecinne i zainteresowane głupotami. 
Co bardzo podobało mi się w "Dziennikach" to fakt, że można w nich zauważyć zalążki przyszłej poetki i autorki najpiękniejszych polskich tekstów. Młodziutka Osiecka ma dar pisania i to widać, na przykład po jej opisach przyrody czy zachowań pogody, które są piękne po prostu i tylko szkoda, że to są właśnie te momenty w książce, których trzeba się doszukiwać, bo niestety giną one pod ciężarem słów opisujących monotonne życie codzienne.

Cieszę się, że mam tą książkę na półce, aczkolwiek nie mogę się doczekać momentu gdy przyjdzie mi wreszcie czytać dzienniki Agnieszki Osieckiej dorosłej. Niestety ta ich część mnie trochę rozczarowała (chyba oczekiwałam od wydawcy jakiegoś okrojenia tych dziecięcych dzienników) i trochę żyję w strachu, że zanim doczekam się zapisków Osieckiej dorosłej to zdążę się już do nich zniechęcić, bo skoro półtora roku dzienników młodej nastolatki zajęło ponad 400 stron to ile będę jeszcze musiała podobnych stronic przeczytać, zanim zrobi się naprawdę ciekawie? Trochę wątpię w sens wydawania tych pamiętników młodej Agnieszki, choć wiem, że w zamyśle miało to chyba pokazać czytelnikom proces kształtowania się poetki... No nic, powiedziałam A to pewnie dociągnę do Z :P


A. Osiecka, Dzienniki 1945 - 1950, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s.494.

2014-03-22

Mało mi! "Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej.

"Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej to jedna z tych książek, które mogłabym czytać w nieskończoność. Książka ta określana jest mianem zbioru opowiadań, choć przyznaję, że nie do końca mnie takie o niej myślenie przekonuje. Pomimo, że rozdziały nie są, poza osobami bohaterów, ze sobą powiązane i czasami pomiędzy jednym a drugim obrazem z życia Wiolki (głównej bohaterki tej ksiażki) mija kilka miesięcy czy lat, czyta się ją jednak jak jedną, nierozerwalną całość. Dla mnie zatem bardziej niż zbiorem opowiadań jest ta książka powieścią. Poruszającą powieścią - opowieścią o dojrzewaniu pewnej dziewczyny ze wsi Hektary. Warto zaznaczyć, że stąd właśnie wziął się tytuł książki Wioletty Grzegorzewskiej, guguły bowiem to cierpkie, niedojrzałe owoce (szczerze mówiąc do momentu zetknięcia się z tą książką nie miałam o tym pojęcia).




Gdy poznajemy Wiolkę, ta ma kilka lat i właśnie poznaje swojego ojca, który dotąd siedział w więzieniu za uchylanie się od służby wojskowej. Są lata 70-te, głęboki PRL. Życie Wiolki toczy się gdzieś pomiędzy domem, szkołą a kościołem, pomiędzy wiejskimi zabobonami a wiarą katolicką, pomiędzy ciemnotą i brakiem podstawowej wiedzy na temat procesu zwanego dojrzewaniem a brutalną, szybką nauką młodej dorosłości: Wiolka nie wie co się z nią dzieje, gdy zaczyna krwawić, ale gdy idzie do lekarza z powodu anemii ten bez większych ceregieli każe jej wziąć swój członek do ręki. Tak właśnie dziewczyna uczy się dorosłości. "Guguły" to jednak nie tylko opowieść o tej najbardziej widocznej, fizycznej wręcz przemianie, która wiąże się z dorastaniem. Grzegorzewska pisze również o tym dojrzewaniu związanym z odkrywaniem czym jest strata, rozczarowanie, kłamstwo czy wstyd, czy też z jakim poświęceniem lub wyrzeczeniami wiąże się zgodne lub nie współistnienie z innymi ludźmi. Wszystko to opisane w tak sugestywny, bezpośredni i obrazowy sposób, że nie sposób się w "Gugułach" nie zaczytywać. Podoba mi się, że te 'notatki z życia', czy jak kto woli, opowiadania są tak proste, zwyczajne, niby banalne, a jednak z łatwością można się w nich doszukać głębszego sensu, przekazu. Podoba mi się, że przedstawione postacie są tak bardzo realne, że można w nich idnaleźć kawałek siebie lub swoich znajomych. 

"Guguły" napisane są tak, że można je sobie czytać jak zbiór opowiadań, czyli po jednym, po dwóch za jednym razem (wyrywkowo nie polecam bo jednak akcja w tej książce jest linearna). Można, aczkolwiek ja czytałam ją niemal bez przerwy, nie mogłam się oderwać i z rozczarowaniem doczytałam do końca, bo szczerze mówiąc nie obraziłabym się gdyby tej książki było dwa, jeśli nie trzy razy więcej! Świetna :)


W. Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s.96.