2010-12-11

"Imieniny" według Małgorzaty Musierowicz.

Moje kolejne spotkanie z Jeżycjadą Małgorzaty Musierowicz uważam za bardzo udane! W "Imieninach" wracamy z wizytą do Borejków, mojej ulubionej Jeżycjadowej rodziny. Tym razem główną bohaterką książki jest Róża Pyziakówna zwana Pyzą, czyli najstarsze dziecko Gabrysi Borejko.




Akcja powieści rozpoczyna się w momenice gdy w domu Borejków obchodzone są spóźnione imieniny mężczyzn Gabrysi Borejko, Grzegorza - męża i Ignacego Grzegorza - syna. Wieczorem w dniu imienin Pyza zostaje wysłana na spacer z młodszym bratem i gdy gubi go przypadkiem na placu, gdzie występuje Bernard z Anielą, z pomocą przychodzą jej bracia Lelujkowie. Śliczna dziewczyna, jaką jest Róża, we wszystkich trzech chłopcach wzbudza przyjazne uczucia i bracia zaczynają ze sobą konkurować o jej względy. Między innymi postanawiają, że każdy pójdzie z nią na randkę w dniu swoich imienin, które to imieniny następują dzień po dniu: Lucjusza, Adriana i Wiktora. W międzyczasie Gabrysia żyje w przeświadczeniu, że jej ukochana córka nie myśli o chłopakach i bardziej przejmuje się tym co dzieje się pomiędzy jej siostrą Natalią, która wróciła z rocznego pobytu na Cyprze, Robertem Rojkiem i Filipem. W momenci gdy odkrywa jakim powodzeniem cieszy się jej najstarsze dziecko, dowiaduje się również o uczuciach swojej młodszej córki Laury, względem niej, swojego ojca i siostry. Laura wchodzi w wiek dojrzewania z rozpędem, skrywanym żalem, zazdrością i innymi niedobrymi uczuciami i zachowaniami z którymi nie umie sobie poradzić. Przyzwyczajona do tego, że starsza siostra zawsze się jej podporządkowywała, nie potrafi sobie poradzić ze stratą swego autorytetu. Siostra natomiast przeżywa zmiany w swoim życiu, wyzwolona spod wpływu siostry, czerpie przyjemność ze spędzania czasu z nowymi przyjaciółmi i wreszcie w najmniej spodziewanym miejscu i w najmniej spodziewanej osobie, zakochuje się...

Bardzo, bardzo podobała mi się ta część. A to dlatego, że jest taka staro-Jeżycjadowa:) Ja po prostu uwielbiam to stare mieszkanie Borejków, tą kuchnię, zielony pokój i tych ludzi, którzy tam zamieszkują. Już chyba tak zostanie, że moje ulubione części Jeżycjady to te z Borejkami, a szczególnie z Gabrysią, Natalią i teraz Pyzą. Jakoś tak utożsamiam się z tymi trzema dziewczynami i czuję i wiem, że mam w sobie coś z każdej z nich: a to nieśmiałość, a to nieumiejętność mówienia nie i przewodzenia, a to nadwrażliwość i zbytnie przejmowanie się wszystkim. Jedyne co mnie rozczarowało to postać Laury, która mnie drażni trochę, choć w sumie mogłam się tego spodziewać po poprzednich częściach, w których już pokazała swój charakterek. W "Imieninach" przypomina mi trochę Idę Borejko, która też do moich ulubionych typów osobowości nie należy... No cóż, wady nie wady, ale książka świetna. Ciepła jak świeże bułeczki! Aaaa i jeszcze jedno. Uwielbiam małego Ignasia Grzegorza Strybę wdającego się w dziadka!:D


M. Musierowicz, Imieniny, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.208.

2010-12-06

Tajemniczy "Zapomniany ogród" Kate Morton.

Nie wiem jak pisać o tej książce, a to dlatego, że czasami jak coś mi się spodoba, a nawet bardzo spodoba brakuje mi słów by to opisać...

Zachęcona pozytywnymi opiniami o "Zapomnianym ogrodzie" już od jakiegoś czasu miałam jej zakup na uwadze. Wreszcie, nie za sprawą zakupu, ale wymiany książka trafiła w moje ręce. Zaczęłam moją tajemniczą podróż... Wiele wyobrażeń miałam na temat tej powieści i dlatego też wiele od niej oczekiwałam. Pomimo tego, że nie mogłam się wciagnąć w atmosferę książki przez kilkadziesiąt stron nie zawiodłam się na niej. Kate Morton w "Zapomnianym ogrodzie" stworzyła wciągający, momentami uzależniający świat, w którym nie tylko bohaterki książki, ale również my, czytelnicy z zapartym tchem i niecierpliwością próbujemy rozwikłać dręczącą nas tajemnicę. Razem z trzema głównymi bohaterkami wchodzimy do świata miłości, przyjaźni, zawiści, zazdrości, samotności i tęsknoty. 




"Zapomniany ogród" to opowieść o trzech kobietach i tajmnicy, która ich połączyła. Jedna tą tajemnicę wykreowała, druga była jej bohaterką i ofiarą, a trzecia podjęła się jej rozwiązania...

Pierwszą bohaterką książki jest Nell. Poznajemy ją w 1913 roku, kiedy jako kilkuletnia dziewczynka znajduje się sama na statku płynącym do Australii. Dziewczynka przyprowadzona na jego pokład przez Autorkę, ma cichutko siedzieć w ukryciu i czekać na powrót Pani. Autorka jednak nie wraca a dziewczynka, z urazem głowy ląduje na terenie Australii zupełnie sama. Porzucona i z zanikiem pamięci. Tam znajduje ją Hugh i zabiera do siebie do domu. Nell zostaje upragnioną córką jego i jego żony. W 1930 roku w tym właśnie domu, gdzie Nell trafiła 17 lat wcześniej odbywa się jej przyjęcie urodzinowe. Szczęśliwa dziewczyna, która czeka na swój nadchodzący ślub zostaje poproszona przez swojego kochającego ojca o rozmowę. Hugh uważa, że jego córka jest wystarczająco dorosła i powinna poznać prawdę o swoim pochodzeniu, a raczej o tej wielkiej niewiadomej, która za nim stoi...

W 2005 roku Nell umiera. W szpitalu przy jej boku jest tylko jedna osoba, Cassandra. Wnuczka wychowywana przez babkę towarzyszy jej również tutaj. Po śmierci babki Cassandra wraca do domu i do swoich obowiązków związanych ze sklapem z antykami, który należał do jej babki. Jak się jednak okazuje, jej dalsze życie nie będzie już takie proste i oczywiste, ponieważ Cassandrze została zapisana w testamencie chatka w Kornwalii. Chatka, która była własnością Nell i która została przekazana w posiadanie Cassandry ze słowami "Dla Cassandry, która zrozumie dlaczego." Ten spadek i te słowa rozpoczynają nowy etap w życiu Cassandry, która wyrusza w podróż do Anglii po to by zobaczyć odziedziczoną chatkę, ale też po to by, jak się później okazuje wyjaśnić tajemnicę pochodzenia swojej babki...

Trzecią bohaterką powieści jest Eliza Makepeace, autorka wydanych w niedużym nakładzie baśni dla dzieci. Eliza, po śmierci swojej matki i brata, trafia do dworu swojego wuja Linusa Mountracheta, jego żony Adelaine i ich córki Rose. Wyczekiwana przez wuja, ale od momentu wejścia do dworu odrzucona przez ciotkę, Eliza znajduje jednak na dworze przyjaciółkę. Jest nią kuzynka Rose. Dziewczynki stają się sobie bardzo bliskie, traktują się jak siostry i wierzą, że przyszłość należy do nich...

Każda z tych bohaterek żyje w innym czasie, ale jest coś co je łączy. Tajemnica. Tajemnica, która zmusza do poszukiwania nie tylko swoich korzeni, ale również swojej tożsamości. Tajemnica, która czekała prawie sto lat na swoje rozwiązanie. 
Ta tajemnica jest właśnie głównym motorem napędowym książki Kate Morton. Powieść obyczajowa, która opowiada o niezwykłej samotności, tęsknocie, bólu porzucenia, odrzucenia jest w tym samym momencie powieścią niemalże sensacyjną, w której próbujemy rozwiązać niezwykłą zagadkę. 
Taka nasuwa mi się myśl, że porównałabym tą książkę w pewnym stopniu do uwielbianej przez wielu (:)) książki "Cukiernia pod Amorem". Tak jak w tamtej książce, tak i tutaj mamy do czynienia z akcją która toczy się w wielu miejscach, w różnym czasie. Tak jak tam głównymi bohaterkami są kobiety. Tak jak tam teraźniejszość próbuje rozwiązać zagadkę przeszłości. Niezwykły to zbieg okoliczności, ale mam nadzieję, że przez to zachęcający. Drugą książką, do której podobieństwo na pewno sami odkryjecie jest "Tajemniczy ogród" Frances Hodgson Burnett. Jest ono bardzo oczywiste i celowe, gdyż w pewnym momencie autorka powieści sugeruje, że to właśnie ogród rodu Mountrachetów i jego dzieje były podstawą do napisania przez Burnett "Tajemniczego ogrodu"...

Jest jeszcze tyle innych wątków o których chciałabym wspomnieć, tyle innych smaczków, które na pewno zachęciłyby do sięgnięcia po tę książkę. Nie będę jednak o nich pisać, bo uważam, że powieść obroni się sama. Wystarczy, że tylko weźmiecie ją do ręki i przeniesiecie  się w czasoprzestrzeni do czasów Elizy, Nell i Cassandry. Polecam bardzo, bardzo, bardzo! A i żeby nie było tak cukierkowo, to muszę wspomnieć, że moim zdaniem  minusem powieści jest zbyt długo przeciągane zakończenie. Po prostu czytelnik jakieś kilkadziesiąt stron przed końcem zna już rozwiązanie tajemnicy, a autorka dalej jej nie ujawnia. Może to dlatego, że to również chodzi o Cassandrę i jej odkrycie prawdy, a ona przecież nie zna wszystkich wątków tak jak my i dojście do niej musi jej zająć trochę więcej czasu...:)

K. Morton, Zapomniany ogród, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2009, s.535.

2010-11-21

"Jutro idziemy do kina" Michała Kwiecińskiego.

Zanim zacznę pisać o filmie od razu muszę uprzedzić i wytłumaczyć się, że nie jestem w ogóle obiektywna w ocenie tego filmu. A dzieje się tak z dwóch zasadniczych względów: po pierwsze zawsze fascynowała mnie tematyka międzywojnia w literaturze i filmie, uwielbiam wprost stare kino przedwojenne i filmy takie jak "Ada, to nie wypada"; po drugie to samo tyczy się literatury i kina dotyczących II Wojny Światowej i Holocaustu - ten dział historyczny uważam za swój absolutny 'konik' i najczęściej jestem wobec książek i filmów poruszających ten ciężki temat bezkrytyczna, a jeśli nawet widzę jakieś wady i nasuwa mi się jakaś krytyka to umiem to w sobie dobrze zakamuflować. Tak to już jest:)





"Jutro idziemy do kina" jest fabularnym filmem telewizynym Michała Kwiecińskiego zrealizowanym dla Telewizji Polskiej. Tak się zastanawiam, czy to autorzy tego filmu podebrali serialowi "Czas Honoru" większość aktorów, czy stało się na odwrót, bo obsada jest bardzo zbliżona. Ponieważ film powstał w 2007 roku stawiam jednak na to, że to "Czas honoru" był tym drugim:) Oczywiście nie przeszkadzało mi to wogóle, zwłaszcza, że polubiłam bardzo aktorów mojego ulubionego serialu i miło przynajmniej niektórych zobaczyć również tutaj.
Film Kwiecińskiego opowiada historię trzech przyjaciół, którzy w 1938 roku zdają maturę i rozpoczynają swoje dorosłe życie. Andrzej, Piotr i Jerzy zastanawiają się co robić ze swoim życiem i snują niepewne plany. Jedynym co wiedzą na pewno jest to, że chcą pozostać przyjaciółmi i nie zgubić się nawzajem w tej dorosłości oraz, że chcą się zakochać.

Jerzy (Kuba Wesołowski) planuje iść na niesprecyzowane studia. Ponieważ nie jest do końca przekonany co chce robić w swoim życiu, postanawia wstapić do szkoły podchorążych, żeby mieć czas na przemyślenia i podjęcie odpowiedniej decyzji. Andrzej (Mateusz Damięcki) również wstępuje do wojska, do pułku kawalerii. Ostatni z przyjaciół Piotr (Antoni Pawlicki, którego nawiasem mówiąc uwielbiam:)) nie dostawszy się do wojska idzie na studia medyczne. Mijają miesiące w trakcie których starają się ze sobą spotykać gdy tylko dwaj z nich mają przepustki z wojska. Każdy poznaje również w międzyczasie swoją pierwszą miłość. Jurek, od momentu gdy na balu pomaturalnym spotkał Krysię, nie odstępuje jej na krok. Piotr poznaje przez przypadek, na ulicy, Zosię i od razu się w niej zakochuje na dobre i złe. Andrzej natomiast wdaje się w romans ze starszą od siebie właścicielką restauracji, którą jednak później zostawia dla przyszłej studentki malarstwa Ani. 
Pomimo tego, że chłopcy z każdej strony są wprost bombardowani wiadomościami o nadchodzącej wojnie nie wierzą w to do końca, a jeśli nawet, to uważają, że Hitler nie dotrze do Polski, że atak zostanie odparty i po kilku dniach wszystko wróci do normy. Czas mija, nadchodzi początek a potem koniec wakacji i 1 września 1939 roku...

Nieobiektywnie, ale muszę powiedzieć, że film mi się bardzo podobał. Jest prosty, przez co przejmując i piękny. Towarzysz mu również piękna muzyka dodaąca smaczku. Jest jednak również trochę przerażający jeśli choć przez chwilę postawimy się na miejsu jednego z tych chłopaków. 18-latkowie, którzy dopiero co zdali maturę, dopiero co wchodzą w dorosłe życie nie wiedzą o tym jak to ich życie niedługo zostanie rozerwane na strzępy, jak nawet nie zdąży się dobrze zacząć, a już możliwe, że się skończy, a jeśli nawet przetrwają to nigdy już nie będzie takie samo. Zawsze gdy sięgam po literaturę lub film wojenny zastanawiam się nad tymi młodymi ludźmi, którzy byli taką nadzieją dla kraju (jako pierwsze pokolenie rodzili się w wolnej Polsce), a których życie przypadło na czasy takiej tragedii, zastanawiam się nad sobą, nad tym jak ja bym się zachowała, jak bym sobie dała radę z tym wszystkim. Nie wiem, ale oni pewnie też nie wiedzieli.

Dla ciekawostki powiem, że z klasy maturalnej do kórej uczeszczali bohaterowie filmu a która liczyła 30 osób, podczas wojny zginęło 20 osób, kilku 'szczęśliwców' którzy dotrwali do jej końca w stalinowskiej Polsce zostało skazanych na śmierć, następnych kilku, którzy przetrwali nawet to, nigdy nie odzyskało swojej młodości... I jak tu nie pamiętać?

2010-11-19

"I wciąż ją kocham" Nicholasa Sparksa.

Muszę przyznać, że szczęśliwie dla mnie "I wciąż ją kocham", okazało się dużo lepsze od pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści Sparksa "Wybór". Pozytywnie mnie to zaskoczyło i pomimo, że nadal opuszczałam niektóre jej fragmenty, książka mnie naprawdę zaciekawiła.




John, główny bohater książki wychowywany był przez samotnego ojca. Chłopak, który nigdy swojej matki nie poznał, nie potrafił znaleźć porozumienia ze swoim, zamkniętym w sobie i wydawałoby się swoim świecie rodzicem. John początkowo buntuje się przeciw ojcu, przesiaduje w barze, zatraca cel życia. Dochodzi jednak do punktu w którym postanawia zaciągnąć się do wojska. Jako żołnierz wojsk lądowych wyjeżdża do jednostki do Niemiec. Tam stacjonuje i stamtąd wysyłany jest co jakiś czas z misją do regionów w których panuje  konflikt.
Pewnego roku, dostaje przepustkę i przyjeżdża na dwutygodniowy urlop do swojego domu. Chłopak, dalej nie mogąc znaleźć kontaktu z ojcem, wybiera się na plażę, gdzie poznaje Savannah. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia i jak się okazuje jest to uczucie odwzajemnione. 

John i Savannah przez dwa tygodnie spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, John przedstawia Savannah swojego ojca, który wzbudza w niej zainteresowanie i sympatię. Wszystko jest doskonałe, zakochani wyznają sobie miłość i wiedzą, że chcą byc ze sobą już zawsze. Nadchodzi jednak dzień wyjazdu Johna do Niemiec. Pomimo, że obiecują sobie na siebie czekać wiedzą, że jest to ogromna próba dla ich związku. John wyjeżdża. Żeby podtrzymać miłość Savannah i John regularnie korespondują i zawsze kiedy jest pełnia księżyca, patrzą na niego myśląc o sobie. Po roku John przylatuje do Stanów na ostatnią przepustkę przed końcem służby wojskowej. Chłopak poznaje rodziców Savannah, odżywają na nowo, pielęgnowane, ale jednak trochę ostygłe uczucia. Zakochani żyją przyszłością, bo wiedzą, że jeszcze tylko kilka miesięcy i będą ze sobą na zawsze. Po raz ostatni John wylatuje do Niemiec. I wtedy następuje 11 września 2001 roku. Pomimo obietnicy danej Savannah, John postanawia zachować się jak prawdziwy patriota i zaciąga się do wojska na kolejne lata... Wszystko się komplikuje.

No co ja mogę o tej książce powiedzieć? Nie jest to literatura, która mnie pociąga, ale przynajmniej ta książka pomogła mi zmienić trochę moje zdanie o twórczości Nicholasa Sparksa. Czytało mi się ją bardzo szybko, nie była taka denna i przewidywalna jak "Wybór", co naprawdę jest dużym plusem moim zdaniem. Tego typu literatura służy jednak jedynie do rozrywki i rozpatruję ją w takich kategoriach. Nie doszukuję się w niej niczego innego, bo tego tutaj nie ma. "I wciąż ją kocham" to po prostu dobra książka o różnych odcieniach miłości i poświęcenia:) Polecam fanom Sparksa!

Ps. Może mnie ktoś dobry uświadomić jak dodaje się tutaj filmiki z Youtube? Chyba za głupia jestem na to:P


N. Sparks, I wciąż ją kocham,  Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010, s.351.

2010-11-17

Stosik oczekujących...

Tak to jest jak się człowiek naogląda tych waszych stosików i książek, że robi mu się żal, że tak daleko od tych wszystkich zakupowych możliwości się znajduje... Pozostaje jedynie internet, zwiedzanie Merlina i dokładanie do swojej listy kolejnych książek w które się zaopatrzę jak tylko pojawię się w Polsce. 
Eh, móc pójść do księgarni i wąchać, przeglądać, czytać, kupować to moje marzenie. Nie spełni się do Świąt, ale Polka potrafi i umie sobie znaleźć substytut nawet na obczyźnie! Tym oto sposobem już podliczam książki oczekujące na mnie w Polsce. Nawet na dległość można wymieniać, kupować czy robić listy do Świętego Mikołaja! I to mnie właśnie wprowadza w dobry nastrój na tej duńskiej, wietrzej ziemi...
Pochwalę się jednak, że szczęśliwie jestem zapobiegawcza i mam również tutaj ze sobą kilkadziesiąt książek do towarzystwa:) Większość już przeczytana, zajmuje się obecnie poprawianiem mi nastroju poprzez swój piękny wygląd. Inne, te jeszcze nie przeczytane cieszą oczy i umysł tym, że wiem, ile skrywają dla mnie przyjemności w sobie!




Zdjęcie przedstawia Kornelię w towarzystwie stosiku wytrwale oczekujących na przeczytanie. A są to:
1. "Lolita" Vladimir Nabokov - będzie to moje pierwsze spotkanie z Nabokovem i z jednej strony się cieszę a z drugiej niepokoję, bo nie chcę się rozczarować...
2. "Gra w klasy" Julio Cortazar - książka, o której tyle się oczytałam, że nie sposób było nie kupić. Zaczęłam ją już czytać raz, ale ponieważ należy do rodzaju książek wymagających skupienia musiałam przwerwać jej czytanie ze względu na brak warunków umożliwiających takowe skupienie:) Wrócę do nie napewno już niedługo!
3. "Bezmiar sławy" Irving Stone - pokochałam jego "Pasję życia" i to właściwie wystarczyło, żeby chcieć zgłębić inne jego dzieła. "Pasję życia" polecam już teraz wszystkim, zwłaszcza zainteresowanym Van Goghiem! Niedługo pewnie sięgnę po nią kolejny raz i wtedy napiszę recenzję, narazie czytajcie książkę bez niej, za to z gorącymi słowami zachęcenia!

A w Polsce już czeka na mnie 6 książek:) I będzie więcej...
Pozdrowienia z Danii! Vi ses!

2010-11-13

"Syberiada Polska" - Zbigniew Domino.

No to mam zagwozdkę... Bo czy można autora oddzielić od książki?! Autora, który swoim życiem potrafił mi zepsuć w jakimś stopniu jej odbiór? Mam tak wielką ochotę to zrobić...
Ale po kolei...
Najpierw o książce. 




"Syberiada Polska" jest moim zdaniem doskonałą, naprawdę doskonałą powieścią o losach zesłańców syberyjskich. Nie tylko jest w ich opisywaniu prawdziwa i szczera, ale również dokładna i przejmująca.

Powieść opowiada losy mieszkańców podolskiej wsi Czerwony Jar (dzisiajsza Ukraina), którzy w lutym 1940 roku na mocy układu pomiędzy Niemcami a Rosją (Ribbentrop - Mołotow) zostali przesiedleni wbrew własnej woli w głąb Związku Radzieckiego, czyli na Syberię. Wszyscy mieszkańcy wsi nie będący Ukraińcami, bez względu na wiek czy stan zdrowia zostali 10 lutego 1940 roku postawieni przed faktem, którym był rozkaz opuszczenia swych domów. Dostawali pół godziny na spakowanie siebie i swego dobytku, wsiadali całymi rodzinami na podstawiane sanie i zawożeni byli na stację kolejową gdzie poganiani przez członków Armii Czerwonej "pakowani" byli do bydlęcych wagonów, które stawały się ich "domem" na nabliższe kilka tygodni, do momentu dotarcia do celu. Po kilku tygodniach głodni, wycieńczeni, zawszeni, często już w niepełnym składzie rodzinnym (wiele osób nie docierało nawet do końca trasy pociągu, umierali w trakcie jazdy w przepełnionych wagonach) ludzie z Czerwonego Jaru i innych podolskich wsi dotarli do Kańska, miasta na Sybirze, które jednak jak się okazało nie było ich celem. Czekała ich jeszcze kilkudniowa przeprawa przez zaśnieżoną, mroźną i groźną tajgę do Kaluczego, czyli ich przyszłego miejsca zamieszkania. W "Syberiadzie Polskiej" już na początku poznajemy kilka rodzin Czerwonego Jaru, które w taką niechcianą podróż wybrać się musiały: Kalinowscy, Dolina, Ilniccy, Bialerowie czy Daniłowicze. Te jak i setki innych rodzin z Czerwonego Jaru i innych podolskich wsi dotarły do Kaluczego nad rzeką Pojmą, we wschodniosyberyjskiej tajdze, gdzie czekały na nich baraki i NKWD, które odtąd miało sprawować pieczę nad "spiecpieresieleńcami". 

Powieść w przejmujący i dokładny sposób opisuje zmagania Polaków nie tylko z niesamowitym zimnem i wszelakimi chorobami, ale również z tajgą, władzami radzieckimi i własnymi słabościami... Czytałam tą książkę z podziwem nad możliwościami ludzi - ile człowiek jest w stanie przetrzymać, jak potrafi zagryźć zęby, jaki wysiłek wykrzesać z siebie, by tylko przeżyć i wrócić kiedyś do tej ukochanej, wytęsknionej Polski! W "Syberiadzie Polskiej" śledzimy losy rodzin podolskich na przestrzeni lat, od ich wysiedlenia i przesiedlenia na Syberię, do tak wyczekiwanego powrotu do Ojczyzny kilka lat po zakończeniu wojny. Powieść daje nam możliwość poznania całej plejady osobowości ludzkich i ich zachowań w stosunku do NKWD, Armii Czerwonej, rdzennych sybiraków czy samych siebie. Każdy człowiek jest inny, każdy w inny sposób próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji, ma różne priorytety, różne sposoby na przetrwanie. I to właśnie mi się w tej książce podobało - ta różnorodność ludzkich zachowań w zetknięciu z dramatem swojego życia.

Co również jest ważne według mnie w tego typu książce to narracja książki, która jest prosta i czysta, bez zbędnych słów. Właśnie to powoduje, że w łatwy sposób zaprzyjaźniamy się z bohaterami powieści,   zaczynamy im życzyć dobrze i wierzymy, że to właśnie oni będą tymi szczęśliwcami, którzy na końcu do tej Polski wrócą. Warte podkreślenia jast również to, że losy Polskich sybiraków zostały opisane w bardzo obiektywny sposób. Nie ma w tej powieści całkowicie złych lub całkowicie dobrych narodów. Nie każdy Polak jest ideałem i nie każdy obywatel radziecki jest ślepym sługusem władzy, który zasługuje na pogardę. Poznajemy dobrych ludzi zarówno po jednej jak i drugiej stronie barykady i to właśnie jest ważne. Nie ma w tej powieści niepotrzebnych uprzedzeń.
Naprawdę gorąco polecam tą książkę, bo jest ona ambitna i godna uwagi! A niespodzianką jest to, że właśnie teraz kręcony jest film na jej podstawie, którego reżyserem jest Andrzej Zaorski. Napewno oglądnę:)

Na koniec chcę jednak przejść do mniej przyjemnej sprawy a mianowicie do autora książki. Zbiegniew Domino pochodzi spod Rzeszowa i jest jednym z Sybiraków, który wytrwał i wrócił do Polski. I za to mu szacunek. Jednak patrząc na historię jego życia po tym powrocie, traci on niestety dużo w moich oczach, ponieważ autor "Syberiady Polskiej" był nie tylko żołnierzem w stalinowskiej Polsce, ale również prokuratorem w ówczesnym wymiarze sprawiedliwości, który przeprowadzał egzekucje na oficerach WP. I tak sobie myślę, jak ludzie różnie kształtują swoje osobowości i życie, przechodząc nierzadko przez to samo piekło... Jak różne ścieżki wybierają.

Z. Domino, Syberiada Polska, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2001, s.512.

2010-11-08

Jeżycjady ciąg dalszy... "Córka Robrojka".

Są tacy autorzy, których się po prostu uwielbia bezwarunkowo i nieważne jest to, że jedne ich książki podobają nam się bardziej a inne mniej, że jedne połykamy szybciej inne wolniej.
Dla mnie taką autorką jest Małgorzata Musierowicz, którą obdarzyłam swoją miłością, gdy miałam te naście lat i pierwszy raz przeczytałam "Kwiat kalafiora". Niektóre jej książki mogłabym czytać na okrągło, inne niekoniecznie, ale to nie ważne. Ważne dla mnie jako jej wielbicielki jest to, że Jeżycjada się rozrasta i choćby nie wiem co się działo ja będę te książki czytać. No bo czy można nie chcieć wracać do tych szkolnych lat, pierwszych miłości, liścików, rumieńców i szybszego bicia serca? Moim zdaniem jest to niemożliwe i dlatego tak cenię sobie książki M. Musierowicz - mój wehikuł czasu!




Kolejną książką z cyklu Jeżycjady, którą właśnie przeczytałam jest "Córka Robrojka" dzięki której po raz kolejny znajdujemy się w Poznaniu. Tym razem do Poznania wraca Robrojek (Robert Rojek) ze swoją córką Bellą (Arabellą Rojek). Robert, który po ostatecznym odrzuceniu jego zalotów przez Anielę Kowalik, mieszkał przez 16 lat w Łodzi teraz wraca na 'stare śmieci'. Nie jest to do końca dobrowolna decyzja, bo jak się okazuje, dobroduszny, ufny Robrojek został wykorzystany przez swojego wspólnika w firmie i zbankrutował. Teraz postanawia szukać swojego szczęścia w Poznaniu i razem z córką zamieszkuje u szkolnego kolegi Majchrzaka w jego domku ogrodowym. U Majchrzaka Robert również podejmuje pracę. W czasie gdy Robrojek pracuje jego córka Bella poznaje dwóch osobników płci męskiej: jednym z nich jest syn Majchrzaków Cezary zwany Przeszczepem, drugi to sąsiad Cezarego Mateusz. Oczywiście jak to u autorki Jeżycjady bywa (i jak to ja lubię:)) Przeszczep zakochuje się w Belli, jednak na jej uczucie chłopak musi czekać, ponieważ Bella nie jest ani dziewczyną romantyczną, ani dziewczyną przepadającą za chłopakami piszącymi pełne uczuć i umartwiania się listy miłosne.

Podczas gdy znajomość Belli się rozwija, czytelnik za sprawą Roberta wraca na łono Borejków:) I znów spotykamy Gabrysię (stęsknioną za starym przyjacielem), Idę (porywczą i roztrzepaną, która zagaduje swojego syna Józinka, nie dając mu szans na rozój aparatu mowy:P) oraz Natalię (jakże zmienioną i wypiękniałą przez te 16 lat niebecności Roberta). Gdy Robert po raz kolejny staje na rozdrożu Borejkowie stają na wysokości zadania i przygarniją do siebie Bellę. Robert natomiast będąc częstym gościem w ich przytulnej, dużej kuchni coraz silniej zaczyna żywić uczucia w stosunku do jednej z sióstr...

"Córka Robrojka" nie należy do mojego top-u książek Małgorzaty Musierowicz, ale i tak żywię w stosunku do niej ciepłe uczucia. A to właśnie ze względu na Borejków, Robrojka i to mieszkanie na Roosevelta w którym chciałoby się zamieszkać i szafować z jego mieszkańcami łacińskimi cytatami. Co mnie trochę drażniło w tej ksiązce to chyba postać Cezarego Majchrzaka (zgadzam się z Bellą, też nie lubię takich niepewnych, trochę rozmemłanych chłopaków) i momentami Bella z tym jej niezrozumieniem dla ojca (ale cóż, toż to 16-latka!)... Polecam mimo wszystko!

M. Musierowicz, Córka Robrojka, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.218.

2010-11-06

"Ksiądz Rafał" Macieja Grabskiego, czyli jak to jest na tej parafii...

Świetna:) Tak właśnie zaczynam recenzję tej książki, a to dlatego, że powieść "Ksiądz Rafał" nie tylko czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, ale również dlatego, że jest to tak pozytywne zaskoczenie. Jak wiadomo, albo przynajmniej jak się można domyślać, nie łatwo jest napisać dobrą książkę dotykającą w tak wyraźny sposób nie tylko tematu wiary, ale również tematu Kościoła. Maciejowi Grabskiemu moim zdaniem udało się tego dokonać. Książka jast mądra, błyskotliwa, pouczająca i zachęcająca, gdyż kończąc ją ma się ochotę na więcej.




Jest rok 1977 i we wsi Gródek umiera stary ksiądz proboszcz. Ksiądz srogi, nie przebierający w słowach, ale ksiądz kochający ludzi i kochany i szanowany przez swoich parafian. Mieszkańcy Gródka pamiętają lub znają z opowiadań jego losy wojenne, to jak ratował Żydów, jak pomagał swoim parafianom jak tylko potrafił i kiedy tylko mógł. Z ciężkim sercem żegnają swojego proboszcza i czekają na jego następcę.

Następcą księdza Stanisława, okazuje się Rafał. Ksiądz, który do tej pory był wikariuszem w kilku parafiach przyjeżdża pociągiem, nie tylko z energią i nadzieją na to, że będzie dobrze, ale również z jedną ciężką walizką. Rafał od razu staje się sensacją, bo nie tylko mówi krótkie kazania, ale również rozmawia ze zwierzętami i odprawia Mszę Świętą w intencji zmarłego Elvisa Presleya. 

Początkowo podzielona wieś po jakimś czasie zaczyna doceniać i szanować księdza Rafała, który potrafi zawziętych wrogów ze sobą pogodzić, nikogo nie krytykuje, nie skreśla, umie się schylić nad życiem pijaczka i mu pomóc. Można powiedzieć, że Gródek wraz z księdzem proboszczem Rafałem wchodzi w nowy etap swojego istnienia. 
Niestety nie wszystkim się to podoba, bo jak się okazuje, w Kościele, jak w każdej innej państwowej lub niepaństwowej instytucji, istnieje również zawiść, pycha i chęć zysku, nie rzadko 'po trupach'. Ksiądz Rafał nie tylko musi się zajmować sprawami swojej parafii i jej mieszkańców, ale również musi mieć na uwadze swoje stosunki z dziekanem Tomaszkiem, który ogarnięty przemożną chęcią kariery w Kościele nie cofnie się nawet przed szantażem i wykorzystywaniem innych.

To co w tej książce podobało mi się najbardziej, to na pewno ukazanie ludzkiej twarzy Kościoła, tego, że tam też nie wszystko jest idealne, że nawet w bramy Kościoła może dotrzeć zło z którym księża, jak wszyscy inni ludzie muszą walczyć. Bardzo zauroczyła mnie również atmosfera książki. Właśnie ta atmosfera, jak i barwna paleta bohaterów sprawiła, że książka skojarzyła mi się z lubianym bardzo przeze mnie serialem "Ranczo". Zasoczyło mnie natomiast to, że akcja książki dzieje się w roku 1977 i 1978 (do momentu wybrania na papieża Karola Wojtyły:)) ponieważ spodziewałam się książki wspołcześnie osadzonej. Pomimo, że podobało mi się w Gródku lat 70' to miło było by również przeczytać coś podobnego w stylu, ale dziejącego się obecnie. Bardzo przypadła mi do gustu również sama postać księdza Rafała - dobrego, pełnego przyjaźni człowieka, który jest równocześnie twardy, rozważny i nierzadko uparty. I do tego jest muzykiem z wykształcenia, który wymyka się wieczorami do kościoła by pograć na organach... I jeszcze jadna rzecz! Dziesięć Przykazań Bożych przeplatanych jest w tej książce z taką mądrością i umiejętnością, że aż miło.
Książka tak ciepła, że żal jej nie przeczytać. Polecam!

M. Grabski, Ksiądz Rafał, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s.362.

2010-11-01

"Coś niebieskiego" Emily Giffin.

Rok temu pod choinkę dostałam książkę Emily Giffin "Coś pożyczonego", moja szwagierka natomiast "Coś niebieskiego". Od razu stwierdziłam, że książka nie jest raczej dla mnie, ale oczywiście przeczytałam ją, gdyż "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby". Książka okazała się być tym, czego się spodziewałam, czyli męczącą mnie lekturą o przedstawicielkach amerykańskich kobiet (bardziej inteligentna brunetka Rachel i głupiutka blondynka Darcy, która jednak w tej parze wiedzie prym) i ich problemach miłosnych. Szczerze mówiąc nie zachwyciła mnie ta książka i sama się sobie dziwię, że pożyczyłam od szwagierki jej drugą część, czyli "Coś niebieskiego".




W "Coś pożyczonego" Rachel opowiadała swoją wersję wydarzeń, które doprowadziły do rozpadu jej przyjaźni z Darcy, oraz do jej romansu a później związku z narzeczonym Darcy, Dexem.
Darcy przedstawia swój punkt widzenia na tą sprawę i swoją wersję zdarzeń w "Coś niebieskiego". Ja nazwałabym tą część "spowiedzią rozpieszczonej blond piękności". Już na początku książki odrzuciła mnie główna bohaterka, wspominając w co drugim zdaniu o swojej urodzie, popularności i facetach. 

Darcy, która poznała Dexa za sprawą Rachel uważała, że wszystko jej można i potrafiła zradzać narzeczonego najpierw z przygodnym facetem z baru a później z jego kolegą, który miał być drużbą Marcusem. Wszystko było w porządku do momentu, gdy okazało się, że narzeczony też ją zdradzał. I to nie z byle kim bo z jej przyjaciółką Rachel - jak to wogóle możliwe, skoro ona jest dużo brzydsza! Ta kobieta to potwierdzenie moich wyobrażeń o durnych amerykańskich blondynkach w stylu Paris Hilton, które widzą tylko czubek własnego nosa i zawsze stawiają się ponad innymi (ale się wyżyłam:P). Oczywiście urażona Darcy, nie bacząc na to, że robiła narzeczonemu to samo i w dodatku z kochankiem zaszła w ciążę, poczuła się niemożliwie zdradzona i dotknięta i po pewnych perturbacjach z ojcem swojego dziecka i rodziną wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie wprosiła się z wizytą do Ethana, przyjaciela jej i Rachel. Ethana w którym Rachel kochała się w szkole podstawowej i którego Darcy jej odbiła. Podczas pobytu w Anglli, nieszczęśliwa dziewczyna wciąż nie widzi swojej winy w tej sprawie. Sytuacja wygląda tak do momentu, gdy Ethan jednego wieczoru wykrzykuje jej całą prawdę i wszystko co o niej myśli prosto w oczy. Na następny dzień od razu wszystko się zmienia (Darcy nawet czuje ruchy swojego dziecka po raz pierwszy)...

Nie, nie i nie! Nie dla mnie twórczość tej autorki. Książkę przeczytałam (jeśli tak można nazwać zatrzymywanie wzroku tylko na dialogach) z tej prostej przyczyny, że jak się coś zaczyna to trzeba to skończyć... Nie spędziłam z nią miłych chwil, nie wciągnęła mnie i w sumie chciałam ją mieć jak najszybciej za sobą. Nie polecam! Choć z drugiej strony: "różni ludzie, różne potrzeby".
Sorry za taki zgryźliwy wydźwięk tej opinii:) 

E. Giffin, Coś niebieskiego, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009, s.378.

2010-10-29

Książkowe i filmowe "Perswazje" Jane Austen.

Chyba jeszcze na tym blogu nie wspominałam, że Jane Austen jest jedną z moich ulubionych pisarek. Wprost przepadam za jej książkami, które są jedynymi romansami po które sięgam regularnie i z niemalejącą przyjemnością. 
Powieść "Perswazje" jest jedną z dwóch ukochanych przeze mnie książek autorki (druga to oczywiście "Duma i uprzedzenie":)). Uznawana za najbardziej dojrzałą w dorobku Jane Austen, została wydana już po śmierci autorki w 1817 roku jako jedna z pierwszych podpisana jej imieniem i nazwiskiem. 





Główną bohaterką powieści jest Anne Elliot - 28-letnia córka baroneta. Anne jest ładna, miła, uczynna, mądra, dobrze wychowana i niezależna. Przed laty była natomiast niezbyt pewna swojego zdania co spowodowało, że pod wpływem perswazji przyjaciółki swojej nieżyjącej matki, odrzuciła miłość swojego życia - kapitana Fredericka Wentwortha. Zdaniem lady Russell kapitan Wentworth był zbyt ubogi a jego przyszłość była niepewna do tego stopnia, że był niewystarczającym kandydatem do ręki Anne Elliot. Odrzucając propozycję kapitana Anne w pewien sposób zgodziła się z tym zdaniem.

Mijają lata i Kellynch Hall w hrabstwie Somerset, w którym Anne mieszkała całe życie  zostaje wynajęte państwu Croft. Dzieje się tak z powodu długów zaciąganych przez ojca Anne Waltera Elliota na 'niezbędne' wygody, których baronet wyzbyć się nie może. Podczas gdy ojciec Anne i najstarsza siostra Elizabeth przeprowadzają się do Bath (nienawidzonego przez Jane Austen), Anne wyjeżdża do siostry Mary Musgrove mieszkającej w Uppercross. Właśnie w Uppercross, po ośmiu latach rozłąki i nie kontaktowania się ze sobą, Anne spotyka kapitana Wentwortha. Jej uczucie do niego na nowo odżywa, ale nie samo, ponieważ towarzyszą mu również wstyd i żal z powodu podjętej przed laty decyzji. Ponieważ kapitan Frederick zaprzyjaźnia się w pewien sposób z Musgrovami, Anne jedzie razem z nimi i kapitanem Wentworthem do Lyme, w którym mieszka jego przyjaciel. Jest to dla niej kolejne miejsce gdzie ma sposobność obserwować Fredericka, rozpamiętywać przeszłość i domyślać się przyszłości, która jak sądzi rozdzieli ich na zawsze. W Lyme jedna ze szwagierek Mary ulega wypadkowi i Anne wraca do Uppercross, by stamtąd udać się jeszcze do swojej starszej przyjaciółki lady Russell a później do Bath, do swojego ojca i siostry. W Bath Anne zostaje pozbawiona kontaktów z Frederickiem, poznaje natomiast nowego towarzysza w rozmowie, którym jest William Elliot - kuzyn Anne i przyszły spadkobierca jej ojca. Tą znajomością lady Russell jest zachwycona, wróżąc Anne rychły ślub i powrót za jego sprawą do Kellynch Hall. Anne jest w te sprawie bardziej sceptyczna. Kuzyn William Elliot pomimo swojej urody, obycia i uprzejmości nie podoba jej się do końca, wydaje jej się, że za jego przymilnym zachowaniem wobec niej i innych członków rodziny coś się kryje...

W pewnym momencie kapitan Wentworth również przyjeżdża do Bath i byli narzeczeni spotykają się znowu. Pomimo, że obydwoje czują do siebie to co czuli osiem lat wcześniej, wkrada się pomiędzy nich William Elliot i zazdrość, która utrudnia powrót ukochanych do siebie...

Zakończenia książki nie mam zamiaru opisywać, bo je uwielbiam i nie chcę nikomu psuć przyjemności w jego czytaniu. Powiem tylko, że zawsze gdy dochodzę w tej powieści do momentu 'pewnego listu' moje usta przeważnie się otwierają i wydają dźwięki niesamowitej radości i podniecenia! Jak dla mnie jest ono powodem dla którego warto tę książkę przeczytać i dla którego wracam do niej z taką przyjemnością! Uważam, że książka jest świetna i pomimo, że nie mogę strawić niektórych postaci w niej występujących (Walter Elliot, Elizabeth Elliot, Mary Musgrove) jestem w stanie wybaczyć to Austen i uznać, że te nieznośne osoby specjalnie znalazły się w otoczeniu Anne, żeby łatwiej było pokazać na ich tle jej doskonały charakter. 
Polecam książkę wszystkim bardzo serdecznie ( w sumie polacam całą twórczość Jane Austen), a zwłaszcza osobom, które za sprawą książek lubią robić sobie małe wyprawy w czasie, np. do wieku XIX (ja osobiście uwielbiam!). 

Książka to jedno, a film nakręcony na jej podstawie to drugie.
Po przeczytaniu powieści, nie było mowy bym się nie skusiła na zakup dvd z ekranizacją "Perswazji". Mój wybór padł na tą z 2007 roku i muszę powiedzieć, że był słuszny, gdyż film poszedł w ślady książki i stał się jednym z moich ulubionych.


Film "Perswazje" nakręcony w 2007 roku dla stacji BBC na początku nie spodobał mi się do końca. Po pierwsze za sprawą aktorki, którą uznałam za niezbyt atrakcyjną, a to już była rozbieżność z książką, w której Anne Elliot jest ładną dziewczyną. Po drugie rozczarował mnie William Elliot, który w powieści przedstawiony jest jako przystojny mężczyzna zdolny zawrócić w głowie niejednej kobiecie, a niestety o aktorze grającym go w filmie nie można tego powiedzieć (no chyba, że brytyjczycy mają inny, mniej wymagający gust?). Oczywiście w ekranizacji raziło mnie również pominięcie niektórych sytuacji, ich przerobienie lub łączenie w jadną (jak np. ostatnia scena w której dwa lub trzy ważne dla powieści wątki są zlepione w jedno. Chodzi mi tutaj o moment w którym Anne dostaje list od kapitana na przyjęciu u siebie w domu (!) a potem w biegu (!) za kapitanem dowiaduje się prawdy o Williamie Elliocie(!)).
Po pierwszym oglądnięciu filmu moje przemyślenia na jego temat nie były zatem najlepsze... Z czasem się to zmieniło. Wybaczyłam reżyserowi Anne i Williama, a scenarzystom ten cały zlepek na końcu. Stało się tak dlatego, że po pierwsze dotarło do mnie, że 1,5 godzinny film ma swoje prawa i niektóre rzeczy muszą zostać niestety spłycone. Po drugie niemiłe początkowe wrażenie zatuszowały mi muzyka, zdjęcia i cała atmosfera filmu (taka troszkę melancholijna, ale urzekająca). Po trzecie pomimo, że nie cierpię tych postaci, uważam, że Walter Elliot, Mary Musgrove i Elizabeth Elliot zostały dobrane i zagrane świetnie (są równie nieznośni i niewdzięczni jak na łamach książki). A po czwarte POKOCHAŁAM kapitana Wnetwortha! Niesamowicie przystojny, powściągliwy, uprzejmy i targany miłością mężczyzna to jest to! Choćby dla niego czasem włączam sobie ten film:)))

J. Austen, Perswazje, Wydawca Prószyński i S-ka S.A., Warszawa, s.302.

2010-10-27

"Man on a wire" - James Marsh.

Lubię filmy dokumentalne. Szczególnie gdy są to filmy opowiadające o ludziach, ich losach, nadziejach, problemach, dramatach czy sukcesach. Film Jamesa Marsha (który widziałam trzy razy!:)) jest genialnym dokumentem  o człowieku, który utwierdzony w swym marzeniu, pełen nadziei i wiary w siebie, pomimo wielu problemów odniósł sukces swojego życia!





Philippe Petit w wieku siedemnastu lat już wiedział czego chce w życiu dokonać. Siedząc w poczekalni u dentysty zobaczył w gazecie artykuł i zdjęcie powstających w Nowym Jorku dwóch ogromnych wież, które gdy zostaną ukończone będą najwyższymi budynkami na świecie - wież World Trade Center. Młody chłopak zrezygnował z wizyty u dentysty, wyrwał kartkę z gazety i uciekł ogarnięty niesamowitym marzeniem: za kilka lat zostanie człowiekiem, który przejdzie na linie między tymi wieżami!

Philippe Petit jest linoskoczkiem samoukiem, który zyskał sławę dzięki swoim niesamowitym "przechadzkom" między wieżami Katedry Notre Dame w Paryżu, kolumnami mostu w Sydney i oczywiście między wieżami World Trade Center w Nowym Jorku. Film Marsha odsłania kulisy przygotowań Philippa i jego "drużyny" do dokonania tego "ataku" na obie wieże. Dzięki realnym  nagraniom wideo i zdjęciom z młodości Philippa obserwujemy bardzo dokładnie cały ciąg przygotowań, które były prowadzone przez linoskoczka i jego przyjaciół, po to by przejśie na linie pomiędzy wieżami WTC było możliwe. Philippe opowiada o swoich licznych lotach do Nowego Jorku, by tam prowadzić obserwacje dotyczące zabezpieczeń i ochrony wież, o tym jak szukał szalonych młodych ludzi, którzy daliby się porwać jego marzeniu i pomogliby mu je spełnić. Dzięki fabularnym nagraniom reżysera jesteśmy natomisat w stanie zobaczyć, jak doszło do zrealizowania szalonego planu kilkorga młodych ludzi (od momentu wejścia do bydynków WTC do momentu wejścia Philippa na linę). 
Moim zdaniem ten film jest jednym wielkim marzeniem: widzimy jego narodziny, dorastanie i w końcu realizację. Postawa Philippa wprawia w osłupienie, zdziwienie, strach, podziw czy nawet zazdrość... Jak to jest możliwe, że można mieć TAKIE marzenie i umieć je zrealizować?! 
Film ukazuje możliwości człowieka, możliwości jego wiary w siebie, zaciętości i konsekwencji. Zdjęcia Philippa chodzącego bez żadnych zabezpieczeń na linie rozpiętej pomiędzy dwoma wieżami WTC zapierają dech w piersiach, spowalniają oddech i wzbudzają niesamowity podziw! Nie jest to jednak jedyna funkcja tego dokumentu. Moim zdaniem film Marsha jest też niesamowitym pomnikiem wystawionym nieistniejacym już dzisiaj wieżom World Trade Center. Wieże, które zostały oddane do użytku w 1970 roku, w 1974 zdobyte przez Philippe Petita w 2001 roku stały się już historią... 

Niesamowity film, niesamowite zdjęcie (jak to na plakacie filmowym), świetna muzyka i reżyseria i wspaniali, pełni pasji i oddania ludzie. Mam tutaj na myśli nie tylko Petita, który opowiada o tym wszystkim co się stało z takim przejęciem i pasją, której można zazdrościć, ale również myślę tutaj o tej wspaniałej grupie jego przyjaciół, którzy podporządkowali się jemu i jego marzeniu, oddali mu część siebie... Dokument z kategorii: must see!

2010-10-23

"Kościół dla średnio zaawansowanych" Szymona Hołowni czyli dokształcanie.

Po "Kościół dla średnio zaawansowanych" Szymona Hołowni sięgnęłam z dwóch powodów: po pierwsze lubię słuchać Szymona gdy wypowiada się na tematy wiary, bo jakoś to wszystko wydaje mi się wtedy prostsze; po drugie - moja wiedza dotycząca wiary i Kościoła potrzebowała uzupełnienia:P Szymon Hołownia pozwolił mi tego dokonać, bo w naprawdę prosty, zrozumiały, nierzadko dowcipny sposób jego książka uzupełnia wiedzę i wyjaśnia zjawiska zachodzące w Kościele i zasady dotyczące jego działania.




Książka jest skonstruowana na zasadzie alfabetycznej. Pod każdą literą alfabetu znajdują się hasła lub słowa, które autor w mini rozdziałach wyjaśnia lub omawia. Książka zaczyna się od "aniołka automatycznego" a kończy na "żywym różańcu". Tematy w niej poruszone są bardzo różnorodne, od tych poważnych np. "dyplomacja watykańska", poprzez przydatne na codzień "nabożeństwo" czy "modlitwa stresem", po zabawne np. "bezokolicznik".  Każde z haseł wytłumaczone jest w sposób rzetelny i jasny, bez niepotrzebnych zawiłości, które mogłyby utrudnić zrozumienie. Szymon poruszył w tej książce również tematy, które są bardzo na czasie, jak np. "obsesja seksualna" czy "rozwód kościelny". 


Z niektórymi rzeczami człowiek może się nie zgadzać, ale na pewno warto przeczytać jakie jest zdanie Kościoła na dany temat i próbować je zrozumieć. Podoba mi się to, że książkę można czytać np. w przerwach między wstaniem z łóżka a śniadaniem, a to dlatego, że przeczytanie jednego rozdzialiku (jednego hasła) zajmuje od minuty do pięciu minut. Ja osobiście cenię sobie tą książkę z tego względu, że teraz potrafię rozróżnić np. Mszę od Nabożeństwa, które wcześniej znaczyły dla mnie to samo. Jedno z czym się nie zgadzam to zdanie Szymona na tylnej okładce książki, mówiące, że ta książka przeznaczona jest dla tych, którzy z Kościołem mają do czynienia od święta, ale wciąż są ciekawi. Według mnie (mówię to na własnym przykładzie) ta książka przeznaczona jest dla każdego, nawet dla tych którzy na Mszę Świętą uczęszczają regularnie, bo jak się okazuje pomimo tego wielu rzeczy możemy nie wiedzieć...

Sz. Hołownia, Kościół dla średnio zaawansowanych, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s.224.

Ojciec marnotrawny, czyli "Hel" Kingi Dębskiej.

Muszę stwierdzić, że ostatnio coraz częściej mi się zdarza oglądać polskie filmy z wielkim zainteresowaniem i zadowoleniem. Po takich filmach jak "Pręgi", "Senność", "3 sceny z życia" czy wprost ukochany przeze mnie "Wszystko co kocham" przyszła pora na film Kingi Dębskiej "Hel" po który sięgnęłam głównie z powodu Pawła Królikowskiego, o którym czytałam, że jest to jego najlepsza rola w życiu...






Film opowiada historię Piotra granego przez Pawła Królikowskiego, który jest lekarzem w szpitalu psychiatrycznym: opiekuje się chorymi psychicznie, prowadzi terapie, przyjmuje na detoksy uzależnionych od narkotyków. Pewnej nocy, podczas dyżuru policja przyprowadza na jego oddział chłopaka, który okazuje się być synem Piotra Kamilem, którego ten nie widział przez lata. Chłopak dostaje zastrzyk wzmacniający i zaraz po nim ucieka ze szpitala. Spotkanie to staje się jednak sygnałem dla Piotra, który postanawia odnowić z synem kontakty. Jedzie do mieszkania, w którym mieszka Kamil z matką i zaprasza syna do siebie na kolację. Chłopak pojawia się na niej w mieszkaniu ojca, gdzie poznaje jego dziewczynę Hankę i gdzie Piotr zachęcony jego wizytą namawia go, żeby razem dowiedzili babkę Kamila, a matkę Piotra. Wyruszają w podróż, dwie obce sobie osoby, które nie rozmawiając o przeszłości próbują udawać, że nic się nie stało... Wyjazd okazuje się niewypałem, przepaść jest zbyt duża. Piotr wraca do pracy, do swoich chorych. Na jednym z dyżurów, pacjentka cierpiąca na depresję popełnia samobójstwo. Następnego dnia Piotr w którym nawarstwia się zdenerwowanie i zagubienie odwiedza swojego dawnego kolegę... Spędza w jego towarzystwie pijacką noc, podczas której Hanka odchodzi od zmysłów nie mogąc go nigdzie znaleźć. Znajduje za to notes... Gdy Piotr wraca do mieszkania Hanka próbuje poruszyć temat tego co w tym notesie (pamiętniku?) zapisane, Piotr jednak pozostawia ją bez odpowiedzi, wymawiając się tym, że musi iść do pracy. W pracy szef Piotra wzywa go do siebie i zwalnia z pracy, ponieważ jak się okazuje pijańsko-narkotyczna noc spędzona z kolegą była złamaniem warunków zatrudnienia Piotra. Zdarzenie to jest ostatnim, które przepełnia czarę goryczy. Piotr wraca do bycia sobą sprzed lat, czyli do bycia narkomanem...

Film świetny moim zdaniem! Gdy czytałam jego opisy na filmowych stronach internetowych spodziewałam się czegoś innego. Wydawało mi się, że głównym wątkiem filmu będzie relacja ojca z synem, próba jej odbudowania. W trakcie oglądania filmu okazało się jednak, że jest to jeden z wątków pobocznych, ponieważ tym głównym jest relacja człowieka z samym sobą. Jak mówi główny bohater: "od siebie się nie ucieknie" i ten film to próbą przestawienia tej prawdy. Film jest ciekawy, momentami zaskakujący, inteligentny. Na pewno zgodzę się z tym, że Paweł Królikowski w roli Piotra jest świetny, bardzo przekonujący. Uwagę moją zwrócił również Lesław Żurek w roli Kamila, zbuntowanego przeciw ojcu, młodego człowieka, który jednak potrzebuje i szuka ojcowskiej miłości... (poza tym miło patrzeć na przystojnego młodego aktora!:)) Polecam!

2010-10-20

"Oddech, oczy, pamięć" Edwige Danticat, czyli życie nie łatwe...

"Oddech, oczy, pamięć" kupiłam całkiem przypadkowo. Po przeczytaniu opisu książki na jej tylnej okładce, mówiącego, że jest to książka o kobietach, nie spodziewałam się po niej niczego więcej jak tylko łatwej, prostej i przyjemnej lektury... 
I tutaj zaskoczenie! Książka przerosła w pozytywny sposób moje oczekiwania wobec niej. Jak przedstawiono to w jej opisie, jest to książka o kobietach i więziach między nimi, ale również jest to książka o niesamowitym cierpieniu, niezrozumieniu i szukaniu siebie...




Sophie Caco jest haitańską dziewczynką wychowywaną przez swoją ciotkę Atie.  Nie znając swojej mamy dziewczynka traktuje Atie jako tą naważniejszą osobę w swoim życiu. Atie również uważa Sophie za swoje dziecko, choć nie daje zapomnieć małej o tym kim jest jej matka. Ciotka Atie zajmuje się Sophie do momentu, gdy przychodzi wiadomość od jej siostry Martine, mieszkającej w Nowym Jorku, że ta chce dostać swoją córkę spowrotem. Dziesięcioletnia Sophie zostaje odwieziona przez Atie na lotnisko i wysłana samolotem do matki, do Nowego Jorku. Po przylocie dziewczynka spotyka na lotnisku nieznaną osobę, swoją mamę i razem z nią jedzie do jej mieszkania. Sophie dowiaduje się od matki, że jest jej córką, ale jest również córką gwałciciela...

Dziewczyna mieszka z matką, chodzi do szkoły, dorasta. W wieku 18 lat poznaje mężczyznę i zakochuje się w nim. Wtedy zaczyna się też "sprawdzanie" przez matkę tego, czy dziewczyna nadal jest dziewicą. Każdego wieczoru matka przychodzi do Sophie i sprawdza, czy jej córka nie przyniosła jej jeszcze hańby. Pewnego dnia, córka upokarzana przez matkę w ten właśnie sposób, postanawia zrobić coś co spowoduje, że będzie się mogła od matki uwolnić... Sophie przeprowadza się z Josephem do Providence, wychodzi za niego za mąż i rodzi córkę. Po jakimś czasie wraca jednak na Haiti, wiedziona potrzebą zrozumienia kobiet swojego rodu, potrzebą zrozumienia siebie... Dziewczyna bowiem boryka się z problemem intymności. Upokarzana podczas "sprawdzania" przez matkę w młodości, nie potrafi się radować bliskością z mężem, jest to natomiast dla niej coś co łączy się z cierpieniem i bólem... Życie jej matki również jest pełne bólu, cierpienia i tych okropnych koszmarów, które przychodzą każdej nocy i nie pozwalają spać...

"Oddech, oczy, pamięć" to książka niełatwa, opowiadająca o próbie szukania przez wszystkie kobiety rodziny Caco siebie nawzajem. O próbie przezwyciężenia urazów i bolesnych wspomnień, po to by cieszyć się miłością względem siebie... Książka porusza, szokuje i skłania do myślenia. Dodatkowym atutem na pewno jest to, że czyta się ją błyskawicznie i z wielkim zainteresowaniem. Polecam!

E. Danticat, Oddech, oczy, pamięć, seria Demony, Wydawnictwo książkowe G+J, Warszawa, s.223.

2010-10-16

Porywający "Cień wiatru" Carlosa Ruiz Zafóna!

CHCĘ WIĘCEJ! Tak w dwóch słowach mogę określić swoje wrażenia po przeczytaniu tej książki. Nieprzeciętna, wciągająca i uzależniająca!!!

"Cień wiatru" kupiłam troszkę wbrew sobie, bo nigdy wcześniej nie gustowałam w książkach: mrocznych, tajemniczych, momentami wywołujących we mnie strach. Ta książka właśnie taka jest, i tutaj niespodzianka: to coś dla mnie! Moim zdaniem ta mroczność książki zauważalna na każdej stronie książki, jest jej wielką zaletą. Za sprawą Carlosa Ruiz Zafóna przenosimy się w świat przedwojennej i powojennej Barcelony. Barcelony tajemniczej, zaskakującej i bezsprzecznie wciągającej czytelnika do swojego świata...




Daniel Sempere w wieku dzisięciu lat zostaje zaprowadzony przez swojego ojca na Cmentarz Zapomnianych Książek. W miejsu tym ojciec poleca mu wybrać sobie jedną książkę, za którą będzie odpowiedzialny, którą ma się zaopiekować. Młody chłopiec wiedziony tajmniczą siłą wybiera książkę "Cień wiatru", napisaną przez nieznanego Juliana Caraxa. Chłopiec czyta książkę i robi ona na nim wielkie wrażenie. Mijają lata, Daniel dorasta i zauroczony książką, postanawia dowiedzieć się kim był jej autor. Chce również odnaleźć inne powieści Juliana Caraxa. Chłopak nie zdaje sobie sprawy na co się naraża  podejmując tego typu działania. Już na początku poszukiwań wychodzi bowiem na jaw, że autor "Cienia wiatru" nie żyje, a wszystkie jego powieści zostały spalone. Tajemnicza postać, posługująca się imieniem Lain Coubert poszukuje również tego egzemplarza "Cienia wiatru", który jest w posiadaniu Daniela. Ta powieść również ma zostać zniszczona... Z każdą przeczytaną stroną powieść Zafóna wciąga coraz bardziej, a to dlatego, że Daniel Sempere, niezrażony niebezpieczeństwami i przeciwnościami losu czyhającymi na niego, nie przerywa swoich działań mających na celu dowiedzenie się kim był Julian Carax. Książka pełna jest napięcia, niezwykłych historii, gorących namiętności i miłości aż po grób...

Mogłabym o niej pisać i pisać, ale wiem, że każdy drobny szczegół, który tutaj zdradzę, pozbawi potencjalnego przyszłego czytelnika, tej ogromniej przyjemności, jaką jest odkrywanie tajemicy i układanie tych kawałków puzzli w jedną całość. Właśnie dlatego nie zrobię tego, nie napiszę nic więcej. Polecę wam natomiast, żebyście nie wahali się zajrzeć do Barcelony Carlosa Ruiz Zafóna! Autor świetnie pokazał przeszłość i przyszłość, które splatają się ze sobą i przenikają za sprawą książki. Urzekające i porywające są w niej dosłownie wszystkie poruszone wątki, które powodują szybsze bicie serca, niepokój i niecierpliwość w czytelniku...
Nie żałuję jej zakupu i już ostrzę sobie oczy i język na następne jego książki. Wierzę, że będą tego równie warte jak "Cień wiatru":)

C. Ruiz Zafón, Cień wiatru, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A., Warszawa 2008, s.516.

2010-10-13

"Ex libris" Anne Fadiman.

O książce "Ex libris" Anne Fadiman dowiedziałam się z artykułu "Śladem zagiętych rogów", który ukazał się na stronie internetowej Polityka.pl/kultura. W artykule tym wyczytałam, że Anne Fadiman jak nikt inny potrafi pisać o książkach i to było wszystko co musiałam wiedzieć, żeby chcieć do tej książki zajrzeć... 




Książkę pokochałam miłością czytelnika, który lubi być utwierdzany ciągle na nowo, że należy do tej cudnej, coraz bardziej elitarnej i tak bardzo wartościowej grupy "ludzi czytających książki". Uważam, że książka Anne Fadiman jest świetna i każdy bibliofil powinien po nią sięgnąć. Znajduje się w niej 18 esejów z których każdy opisuje inne przemyślenia i zwierzenia autorki dotyczące książek. Eseje są pełne humoru, niezwykle trafnych cytatów (niektóre podkradłam dla siebie) i opowieści z życia rodzinnego. Autorka przez cały czas utwierdza nas tylko w tym, jakimi cudnymi czynnościami są: przeglądanie, kupowanie, układanie i w końcu czytanie książek. Pisze o tym, jak czytanie jest darem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, z rodziców na dzieci...

Jest w tej książce tyle elementów z którymi się zgadzam, że nie sposób ich wyliczyć, np. to, że prawdopodobnie każdy bibliofil ma w swoim zbiorze książki z tzw. Specjalnej Półki, które nie są podobne do pozostałych swoją tematyką, ale są dla nas równie ważne. Dla autorki taką Specjalną Półkę stanowią książki o wyprawach polarnych, dla mnie książki kucharskie, które uwielbiam kupować i przeglądać (Mmmm...). Każdy z tych 18 esejów opowiada inną historię z życia bibliofila. Mnie najbardziej spodobały się "Tak nie wolnno obchodzić się z książką", "Słowa na szmucpaginie" i "Zamki moich przodków" Dowiedziałam się z nich między inymi tego, że jestem "dworskim kochankiem", czyli, że jestem pedantyczna w stosunku do książek (używam płaskich zakładek, żeby nie było po nich śladów, nie piszę po nich, nie zaginam rogów, rzadko pożyczam przerażona, że mogą do mnie wrócić w innym stanie, niż bym sobie życzyła). Z czasem natomiast jak autorka tej książki mogę przekształcić się w "zmysłowego kochanka", który jest całkowitym przeciwieństwem "kochanka dworskiego". W eseju "Słowa na szmucpaginie" czytamy o sztuce, jaką jest pisanie dedykacji, a w "Zamkach moich przodków" o tym jak to rodzice przekazują dzieciom pasję czytania (mi tę pasję przekazała moja mama czytając mi na głos bajki i książeczki gdy byłam mała i jestem z tego baaaaaaaaardzo dumna). 

Książka "Ex libris" konieczna do przeczytania przez każdego bibliofila (świetna na prezent moim zdaniem:)) spowodowała we mnie chęć szukania innych książek o książkach (lista tego typu dzieł znajdziemy u Anne Fadiman)!

A. Fadiman, Ex libris, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s.184.