2013-12-18

Spóźnione wyniki losowania, czyli dla kogo książki :)

Przepraszam wszystkich, którzy czekali, za to, że wyniki losowania obu książek pojawiają się na blogu dopiero teraz. Tak to jednak jest, gdy przyjeżdża się po raz pierwszy od pół roku do Polski i dodatkowo przywozi się ze sobą nowego, małego członka rodziny, który staje się dla wszystkich główną atrakcją. Dni mijają nie wiadomo kiedy, głównie na odwiedzaniu wszystkich i przez wszystkich :)

Wracając jednak do książek. Losowanie przeprowadziłam dzisiaj i jego wyniki są następujące: "Okruchy przeszłości" Rachel Hore wędrują do beatyM, a "Notatki z wystawy" Patricka Gale do Joanny (listkowelistowie). Bardzo was dziewczyny proszę o adresy na mojego e-maila. Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją opieszałość i ucieszycie się z tych powieści!

2013-12-02

Oddam książki na Święta :)

Kochani, stało się u mnie niemal tradycją, że przed Świętami Bożego Narodzenia decyduję się na oddanie dwóch książek w ręce osób, które mają ochotę je przygarnąć. Tak dzieje się i w tym roku :) Do oddania w chętne ręce mam książkę Patricka Gaila "Notatki z wystawy" oraz książkę Rachel Hore "Okruchy przeszłości". 

Co zrobić by móc uczestniczyć w losowaniu jednej z nich? Wystarczy, że w komentarzu napiszecie tytuł, którym jesteście zainteresowani. Proszę o to byście podawali JEDEN konkretny tytuł, musicie się niestety zdecydować :P Jeśli ktoś z Was nie posiada bloga, proszę o zostawianie również swojego adresu e-mail, po to bym mogła się z Wami w jakiś sposób skontaktować w razie wygranej. Oczywiście będzie mi niezwykle miło gdy wieści o tym losowaniu przekażecie dalej. Na komentarze czekam do 12 grudnia (wtedy wyjeżdżam do Polski). Losowanie odbędzie się pomiędzy 13 a 15 grudnia :D




Aha, jeszcze jedno. Te dwie książki nie są ostatnimi, które powędrują do Was. Dla osób, które polubiły Zasiedzisko na facebooku zorganizuję jeszcze przed Świętami losowanie kolejnej, ale to już w Polsce :)

2013-11-20

Daša Drndić "Sonnenschein".

Wydaje mi się, że jestem już na tyle obeznana z tematyką Holocaustu i II Wojny Światowej w literaturze, że tak naprawdę coraz trudniej książkom poruszającym te tematy zrobić na mnie wrażenie. To, co innymi mogłoby wstrząsnąć w niektórych tego typu publikacjach, ja przyjmuję już z jakimś spokojem, choć nigdy zgodą. Zdarzają się jednak książki, które na nowo wystawiają moją wrażliwość na próbę, takie, o których nie mogę przestać myśleć po tym, jak już skończę je czytać, tak jak na przykład te Idy Fink ("Wiosna 1941" i "Podróż"). Poetyckość z jaką autorka pisze o tych nieludzkich czasach i wydarzeniach nie do pomyślenia, sprawia, że obok jej książek nie można przejść obojętnie. Poruszają dogłębnie!




"Sonnenschein" Dašy Drndić w niczym nie przypomina książek Idy Fink. Próżno doszukiwać się tutaj, wylewających się z każdego niemal zdania, emocji, które wyciskają łzy. W tej książce najzwyczajniej w świecie nie ma na to czasu, przynajmniej takie jest moje wrażenie. "Sonnenschein" to bowiem fakty, fakty, fakty, które przytłaczają, ale jednocześnie, które wciągają do tego stopnia, że z otwartymi, zszokowanymi oczami czytamy ją dalej. A gdy już kończymy jej lekturę, to, czego za jej sprawą się dowiedzieliśmy, roztrząsamy na nowo. Daša Drndić napisała książkę, która męczy, bardzo. "Sonnenschein" w przeciwieństwie do, powiedzmy, "Wiosny 1941" nie oddziaływuje tak bardzo na nasze serce i emocje jak na nasz mózg, który próbuje przetrawić to co przeczytał, który próbuje to wszystko zrozumieć i który w końcu zdaje sobie sprawę, że po prostu nie jest w stanie tego zrobić... Kompletny chaos wywołuje w czytelniku nagromadzenie informacji, które choć krążą wokół jednego tematu, są jakby z innych 'obozów' (średnio trafne słowo wybrałam, ale po prostu nie mogę znaleźć innego, które by tutaj pasowało) i jest ich tak dużo i są tak dobrze sportretowane, że co rusz myślimy bardzo intensywnie o czymś innym. Łapałam się na tym, że jeszcze nie mogę ogarnąć jednego tematu, a tutaj już podsuwa mi się kolejny, który również prosi się o to, by dłużej się nad nim zastanowić. Taka książka właśnie!

"Sonnenschein" nie zaczyna się zachęcająco, prawda taka, że po przeczytaniu kilkudziesięciu pierwszych stron zaczynałam się zastanawiać, czy jest sens czytać dalej. Niestety, wnikliwie przedstawiona historia Gorycji (obecnie prowincji włoskiej) w żadnym wypadku nie zachęcała mnie do dalszej lektury. Dla autorki widocznie ważne było, by rodzinę Tedeschi dobrze 'zakorzenić' w historii regionu z którego się wywodzi, ale ja uważam, że nie było to konieczne. Zdecydowanie nie. Tak rozbudowany wstęp sprawił, że początkowo wydawało mi się, że to właśnie wojenne losy rodziny Tedeschi stanowić będą centralną część tej książki i przyznaję, że rozczarowało mnie to, bo ani nie były one wybitnie dramatyczne, ani ponad przeciętność ciekawe (może oprócz faktu, że członkowie tej żydowskiej rodziny należeli do włoskiej partii faszystkowskiej i że pomimo tego, iż dookoła nich Żydzi wywożeni byli do obozów koncentracyjnych, oni losu tego uniknęli). Na szczęście okazało się, że życie Chaji Tedeschi stało się również pretekstem do rozważań na temat wielu różnych aspektów Holocaustu i II Wojny Światowej. Czytamy zatem o neutralności Szwajcarii, która to bardzo skutecznie poddawana jest w wątpliwość, bo czy można krajem neutralnym nazwać kraj, przez który, bez żadnego sprzeciwu jego władz, przejeżdżają pociągi z bydlęcymi wagonami zapełnionymi ludźmi, których celem podróży jest Treblinka czy Oświęcim? Daša Drndić szokuje czytelnika ujawniając to w jaki sposób takie transporty były finansowane. Okazuje się bowiem, że płacono za nie jak za zorganizowane wycieczki... Nie mniej poruszający jest temat stowarzyszenia Lebensborn, którego celem była 'produkcja' przyszłych Niemców idealnych. Wreszcie autorka porusza bardzo ciekawy temat potomków nazistowskich morderców tj. Himmler czy Frank. Jak żyć ze świadomością, że Twój ojciec czy matka są odpowiedzialni za śmierć tysięcy jeśli nie milionów ludzi? Bardzo ciekawe portrety kreśli tutaj Drndić. Oczywiście na tym nie koniec, bo poruszonych tematów jest wiele, a jeden rozpoczyna kolejny.

"Sonnenschein" to powieść dokumentalna, którą nazwałabym powieścią o winie. Daša Drndić patrzy na to co się działo w czasie II Wojny Światowej z nowej perspektywy. Winnymi okazują się zatem nie tylko oprawcy znani z nazwiska, winnymi mogą stać się również Żydzi tacy jak Chaja, która przeżyła wojnę jakby pozbawiona świadomości tego co dzieje się w innymi Żydami (jak dla mnie było jej po prostu wygodniej żyć w ten sposób), winnym zaniechania staje się też na przykład Czerwony Krzyż. Wszystko to sprawia, że książka, a zwłaszcza niektóre poruszone w niej tematy, na długo zapadają w pamięć.  
"Sonnenschein" jest warte przeczytania, ale z pewnością nie jest to pozycja dla każdego...


D. Drndić, Sonnenschein, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s.471.

2013-11-10

"Ludzka rzecz" Pawła Potoroczyna - 'must read'!

Nie trafiła "Ludzka rzecz" na najlepszy czytelniczo czas w moim życiu. Tak to właśnie jest, gdy na świecie pojawia się pierworodny i czas przeznaczany wcześniej na czytanie książek staje się czasem poświęcanym dziecku. Nagle rodzic (czyt. ja) musi nauczyć się wyrywać dobie minuty, które będzie mógł poświęcić książce. Właśnie dlatego piszę, że "Ludzka rzecz" miała ze mną trudno, bo ja z nią zdecydowanie nie! Okazało się bowiem, że debiutancka powieść Pawła Potoroczyna to rzecz świetna! "Ludzka rzecz" jest powieścią nie tylko niezwykle interesującą, ale co ważniejsze, diabelnie inteligentną (że posłużę się słowami zamieszczonymi na okładce)! Pisarzowi udało się to, co tak naprawdę dobrze wychodzi niewielu. Napisał książkę, w której pod ciekawą, aczkolwiek nie jakoś przesadnie rozwiniętą warstwą fabularną, znajdują się niemal filozoficzne (nie mylić z: nudne!) rozważania na temat życia i jego przymiotów. Przyznaję, że to właśnie czytanie tych fragmentów powieści przynosiło mi największą satysfakcję. Dlaczego? Trafność spostrzeżeń autora powala na kolana i trudno się z nimi nie zgodzić, nie mówiąc już o tym, że trudno nie próbować zapamiętać ich sobie na przyszłość...




"Ludzka rzecz" to z pozoru książka o wojnie, która wkroczyła w życie małego Piórkowa. Punktem wyjścia powieści jest tajemnicza (pomimo wojny) śmierć Smyczka, piórkowskiego partyzanta, którego ciało zostaje pewnego dnia rzucone "pośrodku drogi między cmentarzem i kościołem, wedle Kaczorowej chałupy, prosto w ciepłe, wiosenne błoto". Postać Smyczka staje się przyczynkiem do podróży po życiorysach wybranych mieszkańców Piórkowa, takich jak m.in. Morga, proboszcz tutejszej parafii, dziedzic Radecki czy kochanka Smyczka, Wanda. Bohaterowie Potoroczyna to nowa jakość w literaturze poruszającej temat wojny. W przeciwieństwie do np. wiedzionych poczuciem obowiązku i dumy powstańców warszawskich, dla mieszkańców Piórkowa najważniejsze jest przetrwanie. Nic co ludzkie nie jest im zatem obce: ani żądza, ani grzech, ani zawiść, ani pycha, ani strach. Ludzką rzeczą jest również ulegać naciskom okupanta, ludzką rzeczą jest nie wychylać się z szeregu, ludzką rzeczą jest przeczekać... 

Akcja powieści toczy się w ciągu jednego dnia, przesada, kilku godzin jednego dnia, w trakcie których organizuje się i toczy pogrzeb Smyczka. Liczne retrospekcje i wybiegi w przyszłość sprawiają jednak, że zakres powieści rozciąga się na lata, i te wojenne i te przed- i powojenne. Autor bardzo umiejętnie wplata w akcję momenty, w których pozwala sobie na filozofowanie i rozmyślania nad życiem i jego aspektami, sztuką, porami roku czy żywiołami takimi jak błoto i kurz (swoją drogą, genialne sportretowanie tych dwóch ostatnich!). Bardzo dobre moim zdaniem są również te fragmenty powieści, w których Potoroczyn pokusił się o charakterystykę niektórych 'przypadłości' języka polskiego. 


"Płeć rządzi językiem, czyli myśleniem, czyli poznaniem, czyli światem." /s.189/

"Płeć, nawiasem mówiąc, też jest rodzaju żeńskiego, podobnie jak miłość, prawda, mądrość i śmierć. Ta miłość, tę prawdę, tą mądrością, taka śmierć. Nie tylko słowa mają płeć, mają ją również te najtrudniejsze momenty świata, które nazywają. Jeśli coś jest boleśnie trudne - jest kobiece. Co współczuje i wywołuje współczucie - jest kobiece. Wzrusza - kobiece. Kobiece kocha, rodzi i umiera. Zostać sierotą to wpaść w objęcia kobiecości świata." /s.190/

"I tylko w jednym języku na świecie można powiedzieć zdanie "kocha się w niej". To znaczy - kogo właściwie kocha? Wszędzie indziej bez sensu, u nas - rozczula... To s i ę to jest wielkie kłamstwo, oszukańcze złudzenie, że jakieś transcendentalne s i ę zrobi za nas coś dobrego, urodzi, skomponuje, zaśpiewa, zatańczy... Kłamstwo po prostu, no nie do pomyślenia w angielskim, niemieckim czy japońskim... Jakaś fatalna zgoda na rzeczywistość, ochoczy szacunek dla beznadziejnych wyroków i przyzwolenie na ostateczną samotność, a wszystko w końcu po to, żeby móc się malowniczo zbuntować i opowiedzieć po stronie niemożliwego..." /s.212/

"Ludzka rzecz" Pawła Potoroczyna urzeka prawdą i prostotą przekazu. Lubię takie książki, mądre, głębokie, ale jednocześnie łatwe w odbiorze, takie przy których czytelnik nie ma możliwości się znudzić, ale ma również gwarancję na to, że czas spędzony na ich czytaniu nie będzie czasem straconym. Bardzo celnie ktoś napisał na okładce: "Wojenna ballada i traktat filozoficzny wiejskiego głupka". Taka ta powieść właśnie jest i najlepsze jest to, że te dwie jej warstwy świetnie ze sobą współgrają i się uzupełniają. 

Zdecydowanie czekam na więcej!
A na koniec jeszcze kilka 'smaczków':

"Taka prawda... Piękno to miłość rzeczy do ludzi..." /s.210/

"Racja, niedobrze, gdy się marnuje i leży odłogiem, ale ciało to tylko koperta na list miłosny." /s.257/

"Każdy kiedyś wraca. Powroty ludzka rzecz, bo tylko człek odchodzi i tylko od ludzi, i odejść potrafi, nawet izby nie opuszczając, i wrócić umie bez pukania." /s.259/

""Rzadko" to nie jest częstotliwość, rzadko nie jest wtedy, gdy nie ma dość - rzadko jest wtedy, gdy istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że każdy raz może być ostatni. "Za mało" zaczyna się tam, gdzie za chwilę może nie być wcale. Obawa biegnie sobie o jedno okrążenie przed namiętnością i wywija paradoksem - człek pożąda, bo lęka się, że mu kiedyś zabraknie, tęskni, z a n i m jeszcze zacznie tęsknić." /s.158/


P. Potoroczyn, Ludzka rzecz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s.350.

2013-10-11

Co robię jak mnie nie ma, czyli zwalniam tempo.

Może niektórzy z Was zauważyli, może nie, że niedługo mija miesiąc odkąd ostatni raz zamieściłam nowego posta na swoim blogu (i to tylko dlatego, że zapobiegawczo napisałam go dużo wcześniej). Ze swoją nieobecnością w blogosferze czuję się nie najlepiej i chyba dlatego chciałam się przed Wami usprawiedliwić, zwłaszcza, że moje usprawiedliwienie jest najlepszym z możliwych :)

Oto ono:




12 września mój świat zmienił się na zawsze. Na świecie pojawił się ON :) Życie nabrało nowych barw a J. sprawił, że moje serce przepełnia miłość o jakiej istnieniu nie miałam pojęcia! Nagle wszystko stało się lepsze i prostsze lub straciło całkowicie na znaczeniu. Jednym słowem: zmiany!

W takiej sytuacji książki muszą niestety poczekać i choć drażni mnie to, że nie mogę znaleźć czasu na czytanie (bo na przykład wolę wtedy spać) na razie nie zapowiada się, by sytuacja ta uległa szybkiej zmianie. Tym samym, na blogu pojawiać będę się dużo rzadziej, ale obiecuję sobie i Wam, że nie zaniecham jego prowadzenia, bo pisanie o książkach stało się nieodłączną częścią mojego życia. Poza tym, urodzenie dziecka otworzyło przede mną pokłady nowych możliwości! Już planuję lektury dla synka i siebie przy okazji :)))

2013-09-24

"Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsy.

"Marzenia i tajemnice" to książka, którą trudno poddać jakiejkolwiek obiektywnej ocenie. Jest ona moim zdaniem na tyle prywatna i na tyle szczera, że ocenianie jej to jak ocenianie osoby Danuty Wałęsy, jak ocenianie jej życia. Do tego ja sama nie jestem zdolna, zwłaszcza, że życie jak życie, ani zbyt kontrowersyjne, ani niezbyt szokujące. Daleka jestem zatem od wystosowywania jakichkolwiek słów pogardy czy litości (z którymi względem osoby autorki spotkałam się na niektórych blogach) w stosunku do kobiety, która na pewnym etapie swojego życie zachciała o nim opowiedzieć coś więcej. Tym bardziej śmiesznym wydaje mi się również osądzanie jej postawy życiowej, o którą to rzecz pokusiło się wielu. Co mogę natomiast powiedzieć to to, że czytanie tej książki przyniosło mi wiele satysfakcji, nie mówiąc już o tym, jak bardzo pomogło mi zrozumieć pokolenie kobiet, z którego wywodzi się Danuta Wałęsa i które później zastąpione zostało tym, z którego wywodzi się moja mama. Jak łatwo bowiem nam, dwudziesto- czy trzydziestolatkom oceniać kobiety, które urodziły się w czasach, w których słowo mężczyzny (najpierw ojca a później męża) było słowem niemal świętym, takim z którym się nie dyskutuje, ale z którym się liczy. I to nie chodzi nawet o to, że kobiety były swoim ojcom czy mężom w jakiś sposób poddane, tak po prostu było, tak wychowywało się dzieci, tak funkcjonował świat! I nie uważam, że po tylu latach małżeństwa pani Danuta powinna dać sobie spokój z opowiadaniem swojego życia, które to opowiadanie wielu odebrało jako narzekanie starszej pani na męża swego, a z którą to opinią o książce w ogóle się nie zgadzam. Mnie Danuta Wałęsa zaimponowała tym, że znalazła odwagę i siłę na to, by podzielić się z innymi tym co dla niej kiedyś było lub teraz jest ważne. 




Książkę czyta się wyśmienicie! Świadczy o tym choćby fakt, że ponad 500 stron przeczytałam w jeden, dosłownie jeden dzień! Ponieważ jest ona pisana tak, jak pani Danuta mówi, można jej zarzucić, że a to zdania są nieskładne, a to coś się powtarza, a to momentami następuje chwilowa zmiana tematu, do którego później trzeba wracać. Tak rzeczywiście jest, ale dla mnie to stanowi o jej sile, czytając ją bowiem czytelnik czuje się jakby słuchał osoby siedzącej obok niego. Taka gadka przy herbacie czy kawie (jeśli ktoś pije :P). Chyba potrzebowałam żeby ta książka taka właśnie była, lekka, szybka, szczera, momentami nie przemyślana (nie zawoalowana). Jest tutaj zatem miejsce na małe czy większe pretensje do konkretnych osób, na wdzięczność, na zachwyt i radość, na niezrozumienie dla niektórych sytuacji, na zastanowienie nad sobą i innymi. W żadnym wypadku nie odbieram jednak tej książki jako użalania się nad sobą, bo pomimo, że zdarza się pani Danucie wspomnieć o samotności w małżeństwie to jednak zawsze, niemal równocześnie, podkreśla ona swoje szczęście związane z tym, że jest żoną takiego a nie innego męża. Myślę, że po tylu latach tak intensywnego małżeństwa ma ona prawo do tego, by w taki a nie inny sposób o nim mówić.

Danuta Wałęsa podkreśla w swojej książce fakt swojego niewykształcenia, co może i widać w niektórych momentach, ale co nadrabia swoją mądrością życiową. Kobieta z głębokiej wsi, której przyszło zostać matką ósemki dzieci i żoną, najpierw czołowego działacza Solidarności, a później pierwszego po upadku komunizmu w Polsce prezydenta, której udziałem stały się takie historyczne wydarzenia jak choćby sierpień 1980 roku, która miała szansę nie raz i nie dwa porozmawiać z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, czy poznać tzw. wielkich tego świata z pewnością jest osobą, której warto wysłuchać. W ogóle nie dziwi mnie fakt, iż tak genialna aktorka jak Krystyna Janda zdecydowała się na stworzenie monodramu na podstawie tej książki! Teraz, już po lekturze, tym bardziej żałuję, że nie znajduję się bliżej Warszawy i że nie mam możliwości na to, by spektakl ten zobaczyć! 


D. Wałęsa, Marzenia i tajemnice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s.547.

2013-09-19

Krakowskiej trylogii Wita Szostaka ciąg dalszy - "Fuga".

"Jestem starcem, przeżyłem prawie sto lat, i po tym wszystkim nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jestem. Jestem tymi wszystkimi Bartłomiejami, którymi byłem, i tymi wszystkimi, którymi nie byłem, ale bardzo chciałem. Jak można opowiedzieć życie?" [s.226]




Z niecierpliwością czekałam na pojawienie się trzeciej części krakowskiej trylogii Wita Szostaka. Kiedy książka pojawiła się na półce, czekałam na odpowiedni nastrój, pogodę i czas, bo z doświadczenia wiem, że proza tego autora wymaga od swojego odbiorcy czegoś więcej niż podczytywanie jej pomiędzy obiadem a wiadomościami w tv. Powieści Szostaka wymagają skupienia, ciszy i odpowiedniej atmosfery, które to pozwolą czytelnikowi zatopić się w nich całkowicie, wejść w świat stworzony ręką autora i przeżywać wydarzenia się w nim dziejące na poziomie emocjonalnym, uczuciowym wręcz. 

Po przeczytaniu "Chochołów" i "Dumanowskiego" wydawało mi się, że jestem w stanie jakoś przygotować się na to, co mogę znaleźć w "Fudze". Poznałam styl autora na tyle, że pomimo, iż oczekiwałam uczty czytelniczej, nie oczekiwałam wielkiego zaskoczenia jeśli o samą fabułę chodzi. I tu się myliłam! Szostak po raz kolejny wbił mnie w fotel tym, w jak kompletnie inny od poprzednich sposób skonstruował tę książkę. Podczas gdy "Chochoły" były powieścią ciągłą, w której dominowały długie, opisowe zdania a "Dumanowski" składał się z ponad 360 krótkich akapitów dających wrażenie, że czytamy suchą relację z czyjegoś życia, "Fuga" składa się z dziesięciu przepełnionych emocjami obrazów - rozdziałów, których narrator powieści, Bartłomiej Chochoł, używa do tego, by w miarę bezbolesny dla siebie sposób opowiedzieć swoje życie.  Powodem do snucia kolejnych i kolejnych opowieści staje się powrót starego i schorowanego Bartłomieja do kamienicy przy ulicy S. w Krakowie. To właśnie ona jest elementem wspólnym dla kolejnych wizji narratora, to właśnie to miejsce wywołuje w nim potrzebę, by w taki a nie inny sposób o swojej przeszłości opowiedzieć. Mówi zatem narrator o sobie, mówi dużo, aczkolwiek to co mówi w każdej z kolejnych impresji nierzadko mija się z prawdą. Wit Szostak czytelnikowi pozostawia rozwikłanie historii życie Bartłomieja Chochoła. Ten bowiem w niemal każdym rozdziale przedstawia siebie w inny sposób: raz jest ostatnim Królem Polski, raz dorastającym chłopcem mieszkającym ze zdziwaczałymi dziadkami, raz jest członkiem niezwykłej, licznej rodziny, raz mężczyzną samotnym. Poznajemy go jako mężczyznę porzucającego i  porzucanego, człowieka sukcesu i bezdomnego. W każdej z tych opowieści czytelnik znajduje trochę prawdy, ale również i trochę kłamstwa i fantazji na temat jego życia. Nic nie jest pewne.

Dla mnie "Fuga" to książka o samotności, o zmarnowanych szansach, niespełnionych nadziejach, przegranym życiu. Autor powieści z niezwykłą umiejętnością gra na uczuciach czytelnika, wie, którą strunę jego wrażliwości i jak poruszyć. Nie sposób nie odbierać tej książki emocjonalnie.

Z każdą kolejną powieścią zachwycam się prozą Szostaka coraz bardziej. Nie znaczy to, że każda kolejna książka jest coraz lepsza, bo jak dla mnie "Chochoły" jak na razie są nie do przebicia, ale każdą kolejną powieścią autor udowadnia mi jak jest inteligentnym i odważnym pisarzem. W powieściach Szostaka nie ma nic sztampowego, a jednak za każdym razem atmosfera kolejnej książki uzależnia i wprawia w zachwyt do tego stopnia, że czytelnik mimowolnie zaczyna w nią wsiąkać po sam czubek głowy. Niewielu pisarzy posiada taką zdolność. Zastanawia mnie co o tym decyduje? Pisałam o tym już w poście dotyczącym "Chochołów", że chyba największa siła Szostaka leży w tym jak tworzy swoje zdania, jaki rytm nadaje swoim powieściom, przez które nie da się tak po prostu 'przebiec wzrokiem', które mają swoje własne, nieśpieszne tempo. Ja sama czytając prozę Wita Szostaka zwalniam, skupiam się, wpadam w swego rodzaju otępienie, jakbym nie chciała uronić ani jednego słowa. Bo nie chcę. Świetna proza!


W. Szostak, Fuga, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2012, s.230.

2013-09-10

"30 lat życia z Madzią" - Zygmunt Niewidowski.

Jako, że czytam niemal wszystko co dotyczy życia rodziny Kossaków, jakiś czas temu nie obyło się bez zakupu książki napisanej przez drugiego męża Magdaleny Samozwaniec, Zygmunta Niewidowskiego. Książka ta, napisana przez mężczyznę, który ze znaną pisarką i potomkinią sławetnych malarzy spędził 30 lat swojego życia z pewnością należy do ciekawych, aczkolwiek daleko jej do wspomnień spisanych ręką samej Madzi. Na pierwszy rzut oka widać, że pisząc "30 lat życia z Madzią" Niewidowski chciał oddać swojej żonie coś na kształt hołdu, choć prawdą jest również, że czytelnik znajdzie tutaj kilka anegdot, które z pewnością nie powiększą jego sympatii do Magdaleny Samozwaniec.




Zygmunt Niewidowski po raz pierwszy spotkał swoją przyszłą żoną w czasie wojny, dokładnie był to rok 1942. Madzia pojawiła się po prostu pewnego dnia w lombardzie, w którym pracował Zygmunt, po to by oddać pod zastaw parę butów narciarskich. Gdy wizyta się powtórzyła (tym razem Samozwaniec pojawiła się z obrazem Juliusza Kossaka), zachowanie Zygmunta na tyle jej się spodobało, że zaprosiła go na kieliszek tzw. czyściochy (czysta wódka). Tak właśnie zaczął się związek Magdaleny i Zygmunta. Na niemal 200 stronach swojej książki autor opisuje jak takie małżeństwo starszej, pochodzącej z legendarnej rodziny kobiety i młodszego od niej mężczyzny wyglądał. Pełno w niej zatem wspomnień dotyczących nie tyle samego małżeństwa, które zawarte zostało w dość dziwnych okolicznościach (jak się okazuje, Zygmunt Niewidowski nie bardzo widział się w roli męża Madzi, ale po śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wydało mu się to najlepszym rozwiązaniem), ale głównie samej Magdaleny. Mamy tutaj zatem garść anegdot związanych z jej najlepszymi przyjaciółmi, rodziną i znajomymi z kręgów literackich, z pracą nad kolejnymi książkami czy z wyjazdami na spotkania autorskie. Nie to jednak było dla mnie najbardziej interesujące. Najciekawsze okazywały się te fragmenty, w których autor opisuje Madzię prywatną, czyli pozbawioną jakiejkolwiek rozwagi w dysponowaniu pieniędzmi, rozpieszczoną, nieumiejącą zrobić dosłownie nic w kuchni, wyprawiającą na prawo i lewo przyjęcia, na które jej nie stać kobietę w średnim wieku. Mnie osobiście takie zachowanie przyprawia o dreszcze na plecach, ale jak to pisał Zygmunt Niewiadomski, Magdalena Samozwaniec urodziła się i wychowywała w takich a nie innych czasach i rodzinie do tego stopnia uprzywilejowanej, że do głowy jej nie przyszło, iż kiedyś jej życie będzie wymagać od niej zaradności w sprawach, w których nawet jej ojciec nie był biegły. Dużo zatem w tej książce ciekawostek, aczkolwiek sposób ich spisania jest na tyle ciężki, że książkę czyta się trudno. Niestety autorowi zabrakło polotu w pisaniu, co powoduje, że książka staje się nudna po pewnym czasie. To czego Madzia miała w nadmiarze, czyli dar zajmującego opowiadania o przeszłości, niestety nie stało się udziałem Zygmunta.

"30 lat z Madzią" to książka dla fanów rodziny Kossaków, którzy wybaczą jej pewne niedociągnięcia. Innym poleciłabym raczej jedną z tych napisanych przez samą Magdalenę.


Z. Niewidowski, 30 lat życia z Madzią, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2011, s.198.

2013-09-08

Dobry.

"80 milionów" to naprawdę dobry film. Nie miałam go w planach to i nie wiedziałam czego oczekiwać, ważne, że okazał się wart spędzenia z nim czasu. Cieszę się, że ten obraz to nie posągowe przedstawienie Solidarności i jej członków. Trochę zabawny, trochę sensacyjny film, który udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze samo życie.


2013-09-05

Hmm... "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza.

Trudność sprawia mi określenie swojego stosunku do tej książki. Po "Balladyny i romanse" sięgałam z wielkimi oczekiwaniami, które początkowo myślałam, że się spełnią, ale które po jakimś czasie poszły w niebyt i zostały zastąpione niezrozumieniem i jednak rozczarowaniem. Wydaje mi się, że ta powieść Karpowicza, to jedna z tych książek, która tak naprawdę przemówi do wybranych, tych niewielu, którzy takie pomieszanie z poplątaniem lubią, dla których ten brak sensu w niektórych zastosowanych w niej zabiegach będzie tym co stanowi o jej uroku i wyjątkowości. Niestety, ja jedną z tych osób nie jestem. Dla mnie "Balladyny i romanse" to książka, która zapowiadała się bardzo dobrze, a skończyła się bardzo średnio. Nie na moją głowę ona, choć potencjał w niej wielki.




Książka, podzielona na trzy części, zaczęła się bardzo dobrze. Przyznaję, niemałą frajdę sprawiło mi czytanie części pierwszej, można powiedzieć 'ludzkiej', w której autor skupił się na tym by przedstawić i opisać nam losy kilku kluczowych dla powieści postaci. Podobał mi się w tej części zastosowany zabieg, który zresztą coraz częściej obserwuję w rodzimej literaturze, polegający na tym, że losy kolejnych przedstawionych osób się zazębiają, przenikają i mają na siebie wpływ, tzw. efekt motyla trochę. Początkowo poznajemy więc Olgę, pięćdziesięcioletnią, samotną dziewicę, która pewnego wieczora pomaga rannemu w głowę Jankowi. Następnie autor zwraca nam uwagę na samego Janka, który zaczyna sypiać z bratanicą Olgi, Anią, itp. itd. Pomimo tego, że przedstawionych bohaterów jest wielu, nietrudno się w nich połapać i wciągnąć w ten cały związek przyczynowo - skutkowy pomiędzy nimi. Ta część, zatytułowana przez Karpowicza "Balladyny" zdecydowanie rozbudziła moją ciekawość i wzmogła ochotę na dalszy ciąg tej powieści. 

Szkoda, że już druga jej część tak gwałtownie i brutalnie sprowadziła mnie na ziemię, choć w sumie powinno być odwrotnie. Ignacy Karpowicz przenosi nas w niej do świata bogów wszelakich (cały zestaw bogów greckich takich jak m.in. Nike, Afrodyta czy Zeus, ale również Jezus), choć nie tylko, bo np. jak dla mnie trochę ni z gruszki ni z pietruszki znajdujemy tutaj również Balladynę i Alinę... Okazuje się, że według autora wszyscy bogowie wszystkich wiar żyją sobie razem w jednym miejscu, choć w oddzielnych enklawach, bo jednak jakąś czystość 'gatunku' trzeba zachować. Tak jak w części pierwszej ludzi, tak tutaj autor po kolei przedstawia nam wybranych bogów, którzy są bardzo, ale to bardzo ludzcy, może nawet za bardzo jak dla mnie, którzy mówią takim samym językiem jak ludzie (chodzi mi o styl, który wolałabym, żeby był jednak inny), którzy życie spędzają na takich samych rzeczach jak śmiertelnicy i mają bardzo podobne cechy charakteru. Pewnego dnia bogowie ci decydują się na zejście na Ziemię, do tzw. kraju z promocji, czyli Polski. Wpierw jednak zabierają Polakom żelazka i kawę?! Powód i cel dla którego decydują się na oba te kroki? Jak dla mnie, nie do końca znany. Co widoczne to to, że Ignacy Karpowicz musiał mieć niezłą frajdę w pisaniu tej części, wydaje mi się, że mógł sobie po prostu 'użyć', zwolnić blokady wyobraźni i pisać, pisać co mu tylko do głowy przyjdzie. Dla mnie jednak ta część to trochę jakby uczestniczyć w wykładzie z mitologii, który ktoś na siłę, próbuje urozmaicić i unowocześnić. Nudziłam się i nie ukrywam, że z ulgą omijałam niektóre fragmenty.

Trzecia część książki, zatytułowana "Romanse", to jak można się domyślić, misz masz dwóch poprzednich. Bogowie sprowadzają się na Ziemię, wynajmują mieszkania w pobliżu bohaterów pierwszej części i wkraczają w ich życie. I w sumie na tym się to kończy. Dużo tutaj wywodów filozoficznych (niektóre rzeczywiście bardzo celne), które, chyba dzięki zastosowaniu takiego zabiegu jakim jest zetknięcie ze sobą istot realnych i nierealnych, miały nie przytłaczać, a pomóc zrozumieć niektóre mechanizmy życia. Jak wyszło? Średnio, trochę taki przerost formy nad treścią, choć wierzę, że miało być odwrotnie. 

Szkoda, że ta powieść nie przypadła mi do gustu w stopniu, w jakim tego oczekiwałam. Mam nadzieję, że kolejna książka Karpowicza po którą mam w planach sięgnąć, okaże się bardziej w moim guście. 


I. Karpowicz, Balladyny i romanse, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.575.

2013-09-02

Małgorzaty Musierowicz "Szósta klepka", czyli po raz kolejny zaczynam swój romans z Jeżycjadą.

Niecały rok temu skończyłam czytać Jeżycjadę. Po raz kolejny. I wydawać by się mogło, że powinnam dać sobie spokój z Borejkami i im podobnymi choć na rok, może więcej. Ale co mam począć, gdy zżera mnie tęsknota za nimi?! Zwłaszcza, że pierwsze części serii, w przeciwieństwie do tych najnowszych, to również rodzaj podróży sentymentalnej, którą uwielbiam odbywać, szczególnie, że jak wiemy, czas biegnie do przodu a nie w kierunku odwrotnym... Razem z tymi pierwszymi książkami cofam się do czasu, gdy miałam te 11 czy 12 lat i mama kupiła mi pierwszą z nich ("Kwiat kalafiora"). Jak dobrze wiedziała czego mi trzeba! Okazało się bowiem, że świat przedstawiony na kartkach kolejnych powieści Małgorzaty Musierowicz jest tym, do którego młoda, czytająca dziewczynka lgnie i z którym już nigdy tak naprawdę nie będzie się potrafiła na stałe rozstać, nawet gdy będzie prawie trzydziestoletnią kobietą :)




"Szósta klepka", co pamiętam zdziwiło mnie gdy ją pierwszy raz czytałam, nie skupia się w swojej treści na życiu rodziny Borejków a Żaków (jako, że ja zaczęłam swoją przygodę z Jeżycjadą od poznania rodziny Gabrysi Borejko było dla mnie zaskoczeniem, że dwie pierwsze części serii nawet o nich nie wspominają). Główną bohaterką książki jest Cesia Żak, przekonana o swojej bezbarwności szesnastolatka, mieszkanka Poznania i członkini niezwykle barwnej rodziny. Celestyna tęskni za przyjaźnią, ale jeszcze bardziej marzy o tym, by na swojej drodze spotkać chłopca, który skradnie jej serce. Szczęśliwie, raczej prędzej niż później, Cesia poznaje Dankę, rozmarzoną, rozkapryszoną i przekonaną o swojej wyjątkowości dziewczynę, która jednak idealnie nadaje się na przyjaciółkę i która koniecznie potrzebuje pomocy inteligentnej i pracowitej Celestyny Żak. Trochę inaczej mają się sprawy z Wielką Miłością. Na tą Cesia musi poczekać trochę dłużej...

Książki Małgorzaty Musierowicz mają dla mnie urok, jakiego nie jestem w stanie znaleźć nigdzie indziej. Nie tylko utwierdzają mnie w miłości do książek, ale również w tym, że bycie inteligentnym człowiekiem nadal przedstawia sobą jakąś wartość. Polecam czytać Jeżycjadę, wszystkim i zawsze, choć zdaję sobie sprawę, że im człowiek starszy tym trudniej mu zauważyć fenomen tej serii :)


M. Musierowicz, Szósta klepka, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.188.

2013-08-30

Dziewczyny.

Ten serial zdobył moje serce wbrew oczekiwaniom. Nie podejrzewałam, że jest tak dobry, tak bezpruderyjny, bezkompromisowy, nieprzewidywalny i nieamerykański. Świetny! Dwa sezony za mną, z ogromną niecierpliwością czekam na trzeci. Czegoś takiego było mi trzeba :)



"Girls".

2013-08-27

Narkotyczny Szczepan Twardoch, czyli genialna "Morfina".

Mam problem z pisaniem o książkach, które bardzo mi się podobają i które zarazem są książkami wybitnymi. Już kiedyś o tym wspominałam, ale w takich momentach czuję, jakby mi brakowało odpowiednich słów i wykształcenia (preferowane polonistyczne), by to co mam w głowie ułożyć w sensowną całość i ubrać w odpowiednie zdania. Odzywa się we mnie jakiś dziwny kompleks związany z tym, że nie mogę tak genialnej książki jak "Morfina" rozłożyć na czynniki pierwsze i dogłębnie zanalizować pod każdym względem, bo najnormalniej w świecie nie posiadam do tego uprawnień i umiejętności. Jedyne co mi zatem pozostaje to podkreślanie jej doskonałości na każdym niemal kroku. Do dzieła zatem.




Do tej pory nie było chyba w polskiej literaturze tak wieloznacznego i niejednowymiarowego bohatera powieści jakim bez wątpienia jest Konstanty Willemann. 
Zrodzony z ojca, niemieckiego arystokraty i matki, spolszczonej Ślązaczki, Kostek jest mężczyzną rozdartym wewnętrznie, który nie może poradzić sobie z odnalezieniem własnej tożsamości i przynależności narodowej. Fakt, że matka wybrała sobie Polskę jako ojczyznę nieustannie skonfliktowany jest w głowie Konstantego z zapamiętanym obrazem ojca, bohatera Wielkiej Wojny, wiernego swoim niemieckim korzeniom. Pozbawiony jednej, konkretnej tożsamości narodowej Kostek, w momencie, gdy wybucha II Wojna Światowa staje do walki przeciw najeźdźcy, co jednak bardziej jest podyktowane chęcią sprostania oczekiwaniom matki, żony i teściów niż jego własną wewnętrzną potrzebą. Dla Willemanna wojna nie jest zamachem na ojczyznę a raczej niekorzystnym wydarzeniem, które wprowadza zamęt w jego 'uporządkowane' życie nałogowego hulaki, morfinisty i dziwkarza. Konstantego wypełnia bowiem pustka, na niczym i na nikim tak naprawdę mu nie zależy a wybory, których musi dokonać w chwilach ważnych dzieją się jakby same, bez jego uczestnictwa i w nie zaangażowania. Momentami ten przecież już trzydziestoletni mężczyzna zachowuje się jak flaga na wietrze, idzie tam i robi to do czego w danej chwili zostanie przez innych popchnięty. Jest do bólu bezwiedny, słaby i uległy co powoduje, że momentami trudno o nim myśleć inaczej niż jak o niedorosłym jeszcze do życia chłopcu. Chyba właśnie dlatego, że Kostek sam siebie tak widzi, ciągle szuka potwierdzenia swojej męskości w oczach innych, a to żony, a to kochanki, a to dowódcy. Każdemu z nich chce coś udowodnić, a przy tym skonkretyzować siebie jako człowieka. To właśnie dlatego Willemann sam siebie spostrzega ciągle inaczej, w zależności od tego pod czyim wpływem się znajduje i co w danej chwili robi. 

Szczepan Twardoch napisał książkę fenomenalną, od której nie sposób się oderwać! Zachwyca zwłaszcza bardzo specyficzny język jakim autor się posługuje. Mając bowiem na uwadze fakt, iż Willemann jest morfinistą, Twardoch zwraca się w swojej powieści początkowo w stronę narracji nieuporządkowanej, poszarpanej, jakby w narkotycznym stanie pisanej. Mamy zatem Kostka, który mówi nieskładnie, który w swojej głowie wciąż i wciąż na nowo przerabia dane sytuacje, który nie wie co dokładnie dzieje się dokoła niego. Dużo tutaj powtórzeń, urywanych zdań, pojedynczych słów, bezsensownego bełkotu. Ton narracji zmienia się w momencie, gdy Konstanty musi zerwać z nałogiem, po to, by spełnić misję, której się podjął. Wtedy to w towarzystwie mężczyzny pojawia się tajemnicza szara postać, przyjaciółka rzec by można, która towarzyszy naszemu bohaterowi - antybohaterowi do końca powieści. Ta wszechobecna kobieta tłumaczy zachowania Willemanna, cofa czytelnika w przeszłość lub przenosi w przyszłość, zdradza losy wybranych przez siebie postaci. Niby matka, niby śmierć, towarzyszy Konstantemu na każdym kroku, komentuje jego wybory, niektóre popiera, inne ją bulwersują i jest im przeciwna, bo wie do czego doprowadzą. Bardzo ciekawy jest to zabieg, pierwszy tego typu z którym się spotkałam. Może się wydawać, że dwóch narratorów z których jeden uzupełnia drugiego może męczyć i irytować, ale tak nie jest, ja osobiście uważam, że taka narracja tylko powieść wzbogaciła. Zrobiło się niesztampowo, co w odniesieniu do "Morfiny" jest chyba normalne. 

Szczepan Twardoch napisał książkę, która wymyka się wszelkim normom. Książka wojenna bez wojny tak naprawdę, w której odznaczony medalem bohater walczący w obronie kraju jest nikim innym jak synonimem antybohatera, w której polskość niewiele ma wspólnego z naszym o niej mniemaniem. Dla mnie ta książka jest tak zwanym MUST READ, zwłaszcza w kontekście literatury polskiej. Jak przepowiada już sam jej tytuł, "Morfina" wciąga, uzależnia i nie pozwala od siebie łatwo odejść. Panie Szczepanie czekam na więcej!


Sz. Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s.579.

2013-08-14

Can't wait.

Czasami na horyzoncie pojawia się zapowiedź filmu, który wiem, że skradnie moje serce. Ten z pewnością będzie jednym z nich. Joaquin Phoenix i Scarlett Johansson, czy może być coś lepszego?


Kazimierz Orłoś "Dom pod Lutnią".

Lubię powieści, które tłumaczą mi w jakiś sposób przeszłość; takie książki, w których tło życia bohaterów stanowią skomplikowane dzieje Polski, czasami świata. Lubię czytać o tym, w jaki sposób główne postacie danej powieści radzą sobie z piętnem czasów w których przyszło im żyć. Myślę sobie wtedy nad tym jak wielkie szczęście spotkało moje pokolenie, które dosłownie liznęło życia w komunizmie, nie wspominając o tym, że ominęła nas pożoga wojenna i stalinizm. Zastanawiam się nad samą sobą, nad tym jak ja bym się zachowywała, czy byłabym na tyle sprytna, mądra czy odporna by nie dać się złamać, pokonać... I cieszę się, że mogę o tym myśleć jedynie teoretycznie, że w przeciwieństwie do bohaterów np. "Domu pod Lutnią" nie muszę przeżywać dylematów związanych z tym jak mam żyć, by być w zgodzie z samą sobą, ale by również nie zaszkodzić swoim postępowaniem sobie i swojej rodzinie.




"Dom pod Lutnią" to naprawdę dobra powieść. Osadzona na Mazurach historia składa się z dwóch wątków, z których jeden zdecydowanie wysuwa się 'na prowadzenie', przynajmniej w mojej opinii. 

Pierwsze lata po wojnie przynoszą ze sobą nowy, narzucony z góry 'porządek'. Okazuje się, że nie wszyscy walczący o wolność Polski walczyli o nią po 'dobrej stronie'. Nagle, sowieckie rządy, nadają nowe znaczenie słowom "zdrada ojczyzny". Krajem wstrząsają aresztowania wymierzone w osoby, które nie współgrają ze stworzonym przez 'wybawicieli' wizerunkiem obywatela nowo powstającej Polski Ludowej. 
Gdy ojciec Tomka zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu, matka obawiając się także o swoją przyszłość, oddaje chłopca na tzw. przechowanie do dziadka. Pułkownik Bronowicz, który po zakończeniu wojny zostawił żonę i córkę Joannę z mężem i dzieckiem w Warszawie, sam  mieszka w Lipowie na Mazurach, miejscu, które wydaje się Joannie idealne do tego, by jej syn, w spokoju i z daleka od zagrożeń, które przyniosły nowe czasy, mógł się chować pod okiem dziadka. 
Bronowicz, który po wojnie nie tylko nie mógł się odnaleźć w Warszawie, ale również w swoim małżeństwie, właśnie w Lipowie znajduje spokój i miłość kobiety, za którą przez lata tęsknił. Nie znaczy to jednak, że życie na tej mazurskiej wsi pozbawione jest stresów i obaw przed tym co przyniesie przyszłość. Bronowicz z trudem odnajduje się w nowej rzeczywistości, gdzie trzeba uważać na niemal każde swoje słowo, gdzie obowiązujące przed wojną prawa i zachowania uległy całkowitej niemal degradacji, gdzie w końcu trudno rozróżnić przyjaciela od wroga, który tylko za takowego się podaje.

"Dom pod Lutnią", choć nieporównywalnie lżejszy, przywiódł mi na myśl "Różę" Smarzowskiego. Tam również powojenne Mazury stanowią miejsce akcji i chociaż tych obu pod żadnym innym kątem nie da się porównać, to opisane w książce i pokazane w filmie losy rdzennych Mazurów, przesiedleńców ze wschodniej Polski, która po wojnie stała się Ukrainą i Polaków szukających szansy na nowe życie jakoś się uzupełniają. Podoba mi się w tej książce to, że choć dla Tomka Mazury są miejscem idyllicznym, w którym na nowo odkrywa uroki dzieciństwa, dla Bronowicza stanowią miejsce walki o swoje szczęście, a to nie przychodzi łatwo. To właśnie wątek pułkownika jest tym, na który zwracałam szczególną uwagę, bo co jak co, ale mazurskie przeżycia Tomka wypadają bardzo blado przy tym z jakimi wyzwaniami spotyka się na co dzień Bronowicz, ale to chyba normalne. 
Podsumowując, śmiało mogę powiedzieć, że po "Dom pod Lutnią" sięgnąć warto. Powieść naprawdę dobra, a do tego okładka naprawdę piękna :)


K. Orłoś, Dom pod Lutnią, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s.329.

2013-08-07

Nie zdałam. "Egzamin z oddychania" Jana Jakuba Kolskiego.

Bardzo cenię sobie filmy Jana Jakuba Kolskiego i to właśnie na fali tej mojej sympatii do jego twórczości filmowej zakupiłam książkę "Egzamin z oddychania". Sama nie wiem czego od niej oczekiwałam, ale fakt faktem, robiły na mnie wrażenie bardzo pozytywne recenzje tejże. I może gdybym po jego powieść sięgnęła w innym czasie czy w innym nastroju spodobałaby mi się ona zdecydowanie bardziej niż miało to miejsce teraz. 




W "Egzaminie z oddychania" widać rękę reżysera. Jan Jakub Kolski zwraca bowiem uwagę na detale, a opis niektórych sytuacji jest wręcz filmowy. Wszystko to powoduje, że nietrudno wyobrazić sobie konkretne zdania jako pochodzące ze scenariusza filmowego. Z jednej strony taki sposób pisania wydaje się być bardzo urzekający, jest tak przecież inny od wszystkich, delikatny wręcz. Z drugiej jednak, po jakimś czasie, tego typu pisarstwo zaczęło mnie męczyć, wydawało mi się, że przedstawiana historia staje się przegadana i pretensjonalna oraz na siłę przez autora uszlachetniana. Zaczęłam się w niej gubić i moje myśli mimowolnie zaczęły krążyć wokół innych rzeczy. Wszystko to skończyło się tym, że niestety lekturę "Egzaminu z oddychania" zakończyłam zdecydowanie wcześniej niż się tego spodziewałam, nie dotarłam do końca.

Opisana w książce historia (przynajmniej do momentu, do którego doczytałam) kręci się wokół życia dwóch głównych bohaterów: Sandowa (Dżuka), ponad pięćdziesięcioletniego reżysera i Muszelki, jego ponad trzydzieści lat młodszej ukochanej. 12-letnia Muszelka, poznanemu na planie filmowym reżyserowi wyznaje miłość i prosi o cierpliwość i czas na to by mogła dorosnąć, a wtedy będą razem. Po dziewięciu latach oboje się spotykają, a uczucie pomiędzy wykształconym, znanym, zdolnym i cenionym reżyserem i wykładowcą a trochę infantylną, niedouczoną i naiwną dziewczyną zaczyna się bardzo korzystnie rozwijać. I na opisywaniu tego właśnie procesu skupia się w swojej powieści autor przytaczając kolejne i kolejne sytuacje z ich wspólnego życia. Niewiele jest tu miejsca na inne postacie czy wydarzenia do momentu, gdy na scenę wkracza umierająca matka Sandowa. Powieść zaczyna toczyć się wówczas dwutorowo (przynajmniej do pewnego momentu) i widać, że dla Jana Jakuba Kolskiego, który prywatnie niedawno pożegnał się ze swoją matką, ta część stanowi ważny jej element. Niestety, jak dla mnie takie 'ożywienie' akcji na niewiele się zdaje.

Trochę mi szkoda, że ta książka dla mnie 'nie zagrała', bo kino Kolskiego bardzo sobie cenię i wierzyłam, że z tą powieścią będzie podobnie. Wychodzi jednak na to, że nie każdy może być każdym, zwłaszcza jeśli obrane przez siebie zadania chce realizować z sukcesem. Cóż, nie podobało mi się, co nie znaczy, że odpuszczę sobie filmy autora "Egzaminu z oddychania" :)


J. J. Kolski, Egzamin z oddychania, Wielka Litera, Warszawa 2012, s.480.

2013-07-24

Houston, bez problemu. Katarzyny Grocholi "Houston, mamy problem".

Po przeczytaniu "Houston, mamy problem" wypada mi swoje wcześniejsze słowa na temat czytadeł między bajki włożyć. W poście dotyczącym książki "Mam łóżko z racuchów" pisałam bowiem, że od tego typu literatury oczekuję już czegoś więcej niż tylko rozrywki w czystej formie. Prawda jest jednak taka, że swoją nową, choć nie najnowszą powieścią, Katarzyna Grochola strzeliła mi wielkiego prztyczka w nos i chcąc nie chcąc, do błędu w ocenie swoich własnych zainteresowań przyznać się muszę. "Houston, mamy problem" to czytadło w pełnym znaczeniu tego słowa, a bawiłam się przy nim doskonale! Może zatem to, że tamta książka zbytnio mi się nie spodobała nie jest kwestią jej gatunku, a autora i obranego tematu? Może to właśnie tej rozrywki oczekuję najbardziej, a "Mam łóżko z racuchów" nie dostarczyło mi jej wystarczająco dużo? Może zrobiło się za nudno? Co by to jednak nie było, ważne, że z książką Katarzyny Grocholi spędziłam czas bardzo przyjemnie. Zaskakująco przyjemnie śmiem nawet twierdzić :)




Nie jestem wierną fanką Grocholi, nie wyczekuję jej nowych powieści i nie biegnę do księgarni na wiadomość, że takowe się pojawiają, co nie znaczy, że nie mam do niej szacunku i nie cenię jej jako autorki powieści skierowanych do kobiet. Jak chyba większość z Was, z autorką zapoznałam się za sprawą jej serii książek o perypetiach pewnej Judyty. Pamiętam do tej pory ten boom na jej książki, który swego czasu nastąpił i przyznaję, że i ja mu uległam. Później jednak z twórczością Katarzyny Grocholi przystopowałam i tak naprawdę, zanim sięgnęłam po "Houston, mamy problem" przez moje ręce przewinęła się jedynie powieść "Przegryźć dżdżownicę", którą autorka delikatnie mnie zszokowała (pozytywnie), gdy okazało się, że to nie jest to to, do czego byłam przyzwyczajona. 

"Houston, mamy problem" to dla mnie powrót Grocholi do tzw. korzeni, bo pomimo, że centralną postacią książki jest mężczyzna, atmosferą i humorem w niej zawartym przypomina mi ona "Nigdy w życiu!". Jest zatem lekko i zabawnie, choć momentami  również nostalgicznie i refleksyjnie. Główny bohater powieści, Jeremiasz, próbuje poradzić sobie po dość dramatycznym rozstaniu ze swoją dziewczyną Martą. W międzyczasie walczy z matką o to, by ta pozwoliła mu być jednostką samo stanowiącą o sobie i nie wtrącała się w każdy niemal element jego życia, a także marzy o powrocie do pracy w swoim zawodzie (mężczyzna jest operatorem), który to powrót utrudnia pamięć o pewnym skandalu sprzed kilku lat, którego głównym bohaterem był właśnie Jeremiasz. Te i inne wydarzenia z życia tego ponad trzydziestoletniego mężczyzny spisała Katarzyna Grochola na 600 stronach powieści, co może przerażać tych, którzy boją się nudy (co zrozumiałe). Na szczęście, okazuje się, że książka napisana jest z taką werwą i wyczuciem, że na nudę nie ma tutaj ani czasu ani miejsca. Mi osobiście "Houston, mamy problem" czytało się wyśmienicie. Ubawiła mnie ta książka i choć początkowo nie byłam pozytywnie nastawiona do sposobu w jaki autorka pisze, czyli Jeremi mówi i myśli (jakieś mi się to wszystko wydawało za płytkie, za wulgarnie miejscami), to później zauważyłam pewną transformację w sposobie jego zachowania i to już mnie do książki i do samego bohatera bardziej przekonało. 

Niezbyt często spotykam się z książkami napisanymi przez kobiety, których głównymi bohaterami są mężczyźni (częściej to mężczyźni porywają się na to, by pisać w imieniu kobiet). Totalnym nieporozumieniem wydaje się napisanie powieści głównie dla kobiet, przez kobietę, która w swojej książce wciela się w mężczyznę (ale zamotałam :P), ale Katarzyna Grochola wybrnęła z tego zadania obronną ręką. Spodobało mi się i już zaopatrzyłam się w dwie kolejne, choć chronologicznie poprzednie, książki tej autorki. Czasami jednak potrzebuję przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego i w tym momencie Grochola wydaje mi się autorką, na którą mogę postawić.


K. Grochola, Houston, mamy problem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s.606.

2013-07-20

Obława.

Świetny scenariusz i reżyseria, przepiękne, naprawdę przepiękne zdjęcia oraz doborowa obsada. Nie mogło być inaczej, nie mogła mi się "Obława" nie spodobać, nie mogła nie zostać najlepszym filmem roku 2012!
Zdrada ma wiele twarzy i jak dotąd żaden inny film nie pokazał mi tego tak dobitnie.



2013-07-14

Trafiłam w dziesiątkę. "Trafny wybór" J.K. Rowling.

Ostatnio natknęłam się na ranking najczęściej niekończonych książek według serwisu społecznościowego Goodreads. Ku mojemu zdziwieniu na pierwszym miejscu tej jakże osobliwej listy znalazła się najnowsza książka J.K. Rowling "Trafny wybór". Okazało się, że użytkownicy tegoż serwisu sięgali po nią oczekując podświadomie kontynuacji Harry'ego Pottera lub powieści 'na jej kształt i podobieństwo'. I tutaj wbiło mnie w fotel. Zaczęłam się na dobre zastanawiać, czym tak naprawdę kieruje się większość osób wybierając książki do przeczytania? Czy oprócz tych szczerze zainteresowanych literaturą, tzw. masy nie sprawdzają nawet po jaką książkę sięgają? Nie czytają choćby pobieżnie i choćby najkrótszych recenzji? No bo jak wytłumaczyć to, że od książki Rowling, która wszem i wobec reklamowana jest jako powieść wyłącznie dla dorosłych, ktoś może oczekiwać czegoś podobnego do Pottera? Ilu z tych rozczarowanych czytelników kupiło książkę nie wiedząc co kupują? Ile osób kupiło tą książkę swoim dzieciom bo zwiodło ich nazwisko autorki??? A co najbardziej mnie denerwuje to fakt, iż tyle osób nie dało z tego powodu nawet porządnej szansy powieści, która koniec końców jest naprawdę bardzo dobra i warta przeczytania!




"Trafny wybór" nazywany jest przez wielu debiutem J.K. Rowling. Wszak pisanie dla dzieci i młodzieży nieco różni się od tworzenia dla czytelników dorosłych, bardziej rozpieszczonych literacko i też często więcej od autora wymagających (choć z drugiej strony czy nie mówi się, że to dzieci są największym krytykiem twórczości dorosłych, bo nie da ich się oszukać i wmówić im byle czego?). Jak by jednak na to nie patrzeć, przyznać muszę, że sama również potraktowałam tą powieść jak debiut (przynajmniej w pewnym sensie) i cieszę się, że autorka dotąd kojarząca mi się głównie z małym czarodziejem, z takim powodzeniem wyszła z tej szuflady, w której systematycznie co jakiś czas sama się zamykała. 

Wracając jednak do sedna sprawy. "Trafny wybór" to jedna z tych książek, na które nie lubię trafiać. Dlaczego? Zdaję sobie sprawę, że jest to niesamowicie głupie, ale jestem nieuleczalną wręcz idealistką i co by się nie działo ja wolę wierzyć w to, że świat i ludzie mnie otaczający są z gruntu dobrzy, uczciwi i kierujący się w swoim życiu zasadami, do których ja sama jestem przywiązana i które stanowią dla mnie normę i granicę, której nigdy nie przekroczę. Najnowsza powieść J.K. Rowling brutalnie sprowadziła mnie w tej kwestii na ziemię. 

"Trafny wybór" to niezwykle trafny obraz środowiska małomiasteczkowych społeczności i ich zarządców. Tutaj każdy zna niemal każdego, wszelkie sympatie i animozje pomiędzy poszczególnymi osobami są powszechnie znane, a plotka stanowi zarówno formę rozrywki jak i walki o wpływy. 
Właśnie w jednym z takich małych, zamkniętych na obce wpływy miasteczek, Pagford, dochodzi pewnego wieczoru do niespodziewanej śmierci. Umiera Barry Fairbrother, jeden z radnych zasiadających w radzie gminy, można by się ośmielić powiedzieć: przywódca jednej z dwóch skonfliktowanych ze sobą frakcji. To tragiczne wydarzenie jednych pogrąża w żałobie i strachu przed zmianami, które może oznaczać, a w drugich budzi atawistyczną wręcz chęć na odzyskanie władzy w gminie. Pagford staje się areną, na której walka pomiędzy wrogo nastawionymi do siebie obozami przybiera coraz to nowe, zaskakujące formy. Okazuje się bowiem, że nie tylko zwolennicy i przeciwnicy Barry'ego mają w niej coś do powiedzenia. Swój głos w sprawie zabierają m.in. zawiedzeni ich życiowymi postawami, nastoletni potomkowie tychże radnych i osób do ich grona aspirujących a także osoby osobiście zaangażowane w sprawę, która stanowi podstawę konfliktu. W miarę spokojne dotąd miasteczko pogrąża się w chaosie, który potęgują sekrety jeden za drugim wyłaniające się z kolejnych szaf. 

"Trafny wybór" to książka przygnębiająca. Autorka nie szczędzi swoim czytelnikom wglądu w życie rodzin patologicznych, w których znęcanie psychiczne i fizyczne a także narkotyki są na porządku dziennym, w których dzieci traktowane są jak przeszkoda, w których ambicje rodziców względem potomków stopniowo tychże wyniszczają. Powieść J.K. Rowling to także brutalny obraz dzisiejszych szkół i z pozoru prawidłowo funkcjonujących jednostek rodzinnych, w których zakłamanie, wzajemne niechęci, oskarżenia  i prześladowania w żaden sposób nie współgrają z obrazem, który z takim uporem przedstawiany jest innym członkom społeczeństwa. W powieści "Trafny wybór" nic nie jest proste ani ładne, nic i nikt nie jest czysty jak łza, każda sytuacja ma drugie dno i każda niemal osoba ma drugą twarz. Tym bardziej zadziwia mnie fakt, że czyta się ją tak wyśmienicie! Doświadczenie jakie zdobyła autorka opisując na łamach siedmiu tomów dzieje Harry'ego Pottera w "Trafnym wyborze" daje o sobie znać. Okazuje się bowiem, że Rowling ma niesamowitą zdolność do snucia wciągających historii (nawet tych trudnych), od których trudno się oderwać! Dodatkowo, wszystko to napisane językiem, który sprawia, że książkę wręcz się połyka! Nic mnie w tej powieści nie rozczarowało, co więcej okazała się ona lepsza od moich o niej wyobrażeń, a to jak wiadomo znaczy wiele. 

Pamiętam wywiad J.K. Rowling z Oprah Winfrey, w którym ta pierwsza mówiła o tym jak wielkie wymagania i oczekiwania pojawiły się wobec jej przyszłych książek po tym, gdy zakończyła pisać ostatni tom Harry'ego Pottera (wtedy jeszcze nie zaczęła pisać kolejnej książki), jak wielkie ciśnienie czuje, by swoich czytelników nie zawieść. Cieszy mnie, że tą powieścią nie rozczarowała ani swoich fanów, ani siebie:)


J.K. Rowling, Trafny wybór, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s.505.

2013-07-09

"Mam łóżko z racuchów" Jacklyn Moriarty.

Jaka dziwna, dziwna książka, do której nie potrafię się jednoznacznie ustosunkować. Z jednej strony spędziłam z nią w miarę przyjemny czas, bo co jak co, ale napisana jest językiem, który sprawia, że czyta się ją błyskawicznie i z niezwykłą łatwością, z drugiej jednak nie potrafię rozgryźć po co tak naprawdę ją czytałam, bo nie wniosła absolutnie nic a nic w moje życie (nawet ta przyjemność z jej czytania z czasem zastąpiona została jednak znudzeniem i zniecierpliwieniem). Czego mogę być natomiast stuprocentowo pewna to fakt, iż jest to książka stworzona li i jedynie po to by być tzw. zabójcą czasu, czyli ma się ją czytać szybko, łatwo i przyjemnie, po lekturze natomiast równie szybko ma się o niej zapomnieć. I tak właśnie jest. 




"Mam łóżko z racuchów" to powieść o tajemniczej rodzinie Zingów, której niby normalne życie toczy się wokół Sekretu. Sekret niemal kieruje ich życiem, co wiąże się między innymi z regularnymi spotkaniami rodzinnymi, na których omawiane są poszczególne jego 'elementy', chyba można tak to nazwać. Główne bohaterki książki to: Cath Murphy, pracująca w szkole podstawowej nauczycielka, która nie może odnaleźć szczęścia w miłości; Fancy Zing, matka Cassie (uczennicy Cath) i żona Radcliffa, spędzająca godziny na roztrząsaniu swojego małżeństwa i sensu jego istnienia; Marbie Zing, siostra Fancy, razem z nią aktywne zaangażowana w ochronę Sekretu, nieumiejąca poradzić sobie ze szczęściem, które ją spotkało. To właśnie ich losy śledzimy na ponad pięciuset stronach powieści "Mam łóżko z racuchów".  

Przyznaję, że Jacklyn Moriarty zgrabnie porusza się po temacie i stylistyce, którą sobie obrała. Książka trochę bajkowa, w której to co 'czarowne' jest bardzo smacznie dozowane, ani nie byłam tym 'przywalona', ani nie czułam, że czytam zwykłą powieść obyczajową. 
Trudno mi napisać o niej coś więcej, bo wydaje mi się, że nie bardzo jest co. Jak wspominałam wcześniej, nie zrobiła ona na mnie wielkiego wrażenia, aczkolwiek z pewnością jej lektura sprawi frajdę osobom, które wybierają się na wakacje i potrzebują na ten czas czegoś niezobowiązującego i niewymagającego. O tak, z pewnością mogę powiedzieć, że jest to typowa powieść wakacyjna. Niestety, a może jednak na szczęście, ja nawet w takich szukam już czegoś więcej niż tylko przyjemności.


J. Moriarty, Mam łóżko z racuchów, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007, s.550.

2013-07-05

Poruszające.

Długo zastanawiałam się nad tym, czy chcę zobaczyć ten film. Jak to często bywa w takich przypadkach, tzw. kartą przetargową stała się osoba głównej aktorki. Krystynę Jandę cenię sobie bardzo i to dla niej zobaczyłam "Tatarak". Było inaczej i bardzo przejmująco. Teatralnie niemal.



2013-07-01

Anna Bolecka po raz trzeci. "Cadyk i dziewczyna".

"Cadyk i dziewczyna" to trzecia powieść Anny Boleckiej po którą sięgnęłam. Bardzo podoba mi się sposób w jaki pisze ta autorka, choć przyznaję, że po "Uwiedzionych" nie mogę trafić na kolejną jej książkę, która zrobiłaby na mnie aż takie wrażenie. Cała nadzieja w powieści "Biały kamień", która nie przez jedną osobę jest mi rekomendowana i którą z pewnością przeczytam w niedługim czasie. "Cadyk i dziewczyna" natomiast jest książką dobrą, ale w moim prywatnym rankingu raczej bliżej jej do "Concerto d'amore" niż do wspomnianych wcześniej  "Uwiedzionych".





W swojej najnowszej powieści Anna Bolecka porusza temat II Wojny Światowej i Holocaustu. Robi to w sposób z jakim do tej pory jeszcze się nie spotkałam. Nie ma tutaj bowiem epatowania czy chociażby detalicznego opisywania okrucieństwa, bólu, cierpienia czy nawet samego zła, które przecież nierozerwalnie wiążą się ze wspomnianymi tematami. W ich miejsce jest miłość, przyjaźń, poświęcenie, oddanie i walka o zachowanie godności do końca i człowieczeństwa w czasach, wydawałoby się, go pozbawionych.

"Cadyk i dziewczyna" to powieść, w której poznajemy dzieje niezwykłej przyjaźni pomiędzy zasymilowaną żydówką Polą Rubin a córką chasyda Muszką Chawą. Przed wojną zachowujące dystans połączony z ciekawością i wzajemnym niezrozumieniem, zbliżają się do siebie, gdy ta druga  z nich, zostaje z powodu swojej ciężkiej choroby i potrzeby ucieczki z Polski, pozostawiona przez swoją najbliższą rodzinę w szpitalu w Otwocku. To wtedy, odwiedzająca regularnie szpital Pola, staje się jej powiernikiem, informatorem i przyjaciółką gotową zrobić wszystko by ją uratować. Częste wizyty Poli w otwockim szpitalu nie są jednak powodowane chorobą Muszki, a miłością, która wybucha pomiędzy młodą dziewczyną a dojrzałym lekarzem, Żydem niemieckiego pochodzenia, Steinem. To to uczucie sprawia, że Pola, z niedojrzałej, niedoświadczonej, młodej dziewczyny zmienia się w mądrą, potrafiącą podejmować trudne, często dramatyczne decyzje, kobietę. Wbrew wszystkiemu, Stein nie traci czasu ani danej mu przez los szansy na to, by uświadomić Poli na czym polega godne życie i świadome jego przeżywanie do końca. To on, na spółkę z tajemniczym cadykiem, staje się przyczynkiem tego, że ta ukrywająca się po aryjskiej stronie młoda kobieta, podejmuje pewnego dnia bardzo odważne, ale również dramatyczne w swoich skutkach postanowienie...
Oczywiście "Cadyk i dziewczyna", tak jak zresztą każda czytana przeze mnie do tej pory książka Anny Boleckiej, nie składa się z dwóch tylko wątków. Osobnym jest historia wydostania się z wojennej Polski ojca Muszki Chawy, który wraz ze swoją najbliższą rodziną i współpracownikami stał się beneficjentem pomocy ze strony osób, których nigdy o takową by nie podejrzewał. 
Chyba jak w każdej książce tej autorki, tak i tu, znajdziemy również metafizyczne elementy fabuły. W "Cadyku i dziewczynie" taką rolę z pewnością pełni sam cadyk, czyli mąż sprawiedliwy, który w niewyjaśniony do końca sposób wkracza w życie Poli, po to by wytłumaczyć jej Boga i przygotować na przyjście końca. 

Anna Bolecka z pewnością ma dar pisania książek trudnych w bardzo prosty w odbiorze sposób. Nic tutaj nie jest przekombinowane, przegadane, a jednak czytelnik wie, że ma do czynienia z książką ambitną, choć przecież tak lekko podaną. Cieszy mnie też fakt, że to co brałam początkowo za zbyt wybujałą wyobraźnię autorki znalazło swoje potwierdzenie w rzeczywistych wydarzeniach i postaciach. 
Bardzo cenię sobie taki rodzaj pisarstwa i dlatego moja 'przygoda' a tą autorką chyba zawsze będzie miała tak zwany ciąg dalszy.


A. Bolecka, Cadyk i dziewczyna, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012, s.270.

2013-06-25

Po raz kolejny wróciłam na Mazury. Tym razem "Zima w Siedlisku" Janusza Majewskiego.

Janusz Majewski w posłowiu "Siedliska" dość jednoznacznie zaznaczył, że nie będzie ani dalszego ciągu tej książki, ani serialu "Siedlisko", który powstał z jego współpracy z nieżyjącą już żoną, Zofią Nasierowską. Czytając "Zimę w Siedlisku" zastanawiałam się zatem co wpłynęło na zmianę jego zdania, zwłaszcza, że druga mazurska powieść autora wydaje mi się niepełną.

Na tylnej okładce książki widnieje zdanie ""Zima w Siedlisku" to rachunek z utraty (...)" , które w jakiś sposób tłumaczy jej powstanie, choć nie do końca. Rozumiem, że Janusz Majewski napisanie tej powieści potraktował jako sposób na to, by jeszcze raz pożegnać się z Zofią Nasierowską, by spróbować opisać to co niemożliwe do opisania, by po raz kolejny powrócić z żoną, tym razem metafizycznie, do miejsca, które sobie oboje ukochali. Problem jednak w tym, że oprócz rozliczania się z przeszłością, niewiele się w tej książce dzieje, tak jakby autor nie do końca miał na nią pomysł...




Minęło niemal dwadzieścia lat od wydarzeń opisanych w "Siedlisku". Krzysztof ginie w tragicznym wypadku, a Marianna zostaje wdową. Sama w pensjonacie, Marianna zastanawia się nad sensem jego istnienia. Może lepiej dla niej samej i dzieci jest by przeprowadziła się z powrotem do Warszawy? Tego typu rozważaniom towarzyszą wspomnienia o mężu, zarówno te dotyczące wydarzeń niedawnych, jak i czasów, gdy się poznawali i zaczynali tworzyć związek. 

Czyta się to wszystko bardzo dobrze, szybko i lekko, ale niestety "Zima w Siedlisku" jest co najmniej o połowę gorsza niż "Siedlisko", w którym i klimat był inny, i ciekawych zdarzeń więcej, i postacie bohaterów wyrazistsze. Tutaj wielu z tych rzeczy mi brakowało. Dodatkowo, niektóre opisane w powieści sytuacje z życia Marianny znalazły się w niej tak jakby 'ni z gruszki ni z pietruszki', bo ani nie doczekały się dalszego ciągu, ani nie miały wcześniej porządnego wprowadzenia. Nie skreślam tej książki, uważam, że jest dobra, ale nie zmienia to faktu, iż zastanawiam się czy jej napisanie było dobrym posunięciem, czy jednak nie lepsze dla Janusza Majewskiego byłoby zastosowanie się do jego własnych słów z "Siedliska": "Dalszego ciągu nie będzie." Zwłaszcza, że po "Siedlisku" powstała "Mała matura", która jest jedną z moich ulubionych książek.


J. Majewski, Zima w Siedlisku, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012, s.286.

2013-06-20

Zyty Oryszyn "Ocalenie Atlantydy".

Odkąd dowiedziałam się o książce "Ocalenie Atlantydy" zastanawiałam się, dlaczego do tej pory nie słyszałam o Zycie Oryszyn, zwłaszcza, że pisano, iż jest to jej najnowsza powieść. Zachodziłam w głowę, gdzie zatem podziały się jej poprzednie książki, które jak czytałam przyniosły jej uznanie i pozycję autorki, na której powieści warto czekać. Odpowiedź na moje pytania i wątpliwości przyniosło mi "Ocalenie Atlantydy". Okazało się, że ta publikująca w latach siedemdziesiątych autorka, w pewnym momencie swojego życia zaczęła działać w opozycji, co automatycznie wiązało się z tym, że zaprzestała współpracy z oficjalnymi wydawnictwami i w zamian zaczęła co jakiś czas publikować w tzw. drugim obiegu. Jak widać okazało się to niewystarczające do tego, by nie zniknąć na lata całe ze świadomości czytelników. 




Powieść "Ocalenie Atlantydy" powstawała ponad 10 lat. Jak pisze autorka, jeden z jej rozdziałów ujrzał już wcześniej światło dzienne, wpierw został opublikowany jako opowiadanie a później dołączył do jej drugoobiegowych powieści. Przyznaję, że w ogóle mnie to nie dziwi, gdyż każdy, dosłownie każdy rozdział tej powieści mógłby z powodzeniem funkcjonować jako osobne opowiadanie. Najnowsza książka Oryszyn została bowiem skonstruowana w taki sposób, że kolejne jej rozdziały nie stanowią swojej bezpośredniej kontynuacji, ale są ze sobą luźno powiązane postaciami bohaterów (przesiedleńców z ziem wschodnich, którzy po wojnie trafiają do Leśnego Brzegu na terenie Dolnego Śląska, gdzie prawie wszyscy zamieszkują w jednej kamienicy). Taki zabieg sprawił, że w pewnej chwili miałam wątpliwości i do tej pory zresztą je mam, czy "Ocalenie Atlantydy" można nazwać powieścią w pełnym znaczeniu tego słowa. Niby tak, bo podjęty na początku wątek kontynuuje autorka do samego końca, ale z drugiej strony te rozdziały charakteryzujące się nie tylko częstymi zmianami bohaterów, ale również dużymi różnicami w czasie akcji powodują, że powieść zaczyna się odbierać jak zbiór opowiadań, co niekoniecznie jest złe. 

Czytając "Ocalenie Atlantydy" zrozumiałam dlaczego Zyta Oryszyn zeszła ze swoim pisarstwem do tzw. podziemia. Fabuła tej książki jest osadzona bardzo mocno w czasach, gdy  światopogląd decydował o czyimś być czy nie być, żyć czy nie żyć. Donosicielstwo, ukrywanie się pod fałszywymi nazwiskami, trudności w odnalezieniu się w nowej, nieswojej rzeczywistości, wszystko to było na porządku dziennym, wszystko to kreowało nowe pokolenie Polaków. Pierwsze rozdziały powieści, swoim klimatem i poruszonym tematem przywodziły mi na myśl "Różę" Smarzowskiego. Książka Oryszyn nie jest może aż tak wstrząsająca jak wspomniany film, ale z pewnością jest równie dramatyczna, poruszająca i jakaś taka szara (kolor dominujący z filmie "Róża"), choć nie brakuje w niej momentów , w których napięcie zgrabnie zostaje rozładowane czarnym humorem. 

Warto po "Ocalenie Atlantydy" sięgnąć. Warto poznać Zytę Oryszyn i jej pogląd na to, co stanowi naszą przeszłość. 


Z. Oryszyn, Ocalenie Atlantydy, Świat Książki, Warszawa 2012, s.269.