2013-08-27

Narkotyczny Szczepan Twardoch, czyli genialna "Morfina".

Mam problem z pisaniem o książkach, które bardzo mi się podobają i które zarazem są książkami wybitnymi. Już kiedyś o tym wspominałam, ale w takich momentach czuję, jakby mi brakowało odpowiednich słów i wykształcenia (preferowane polonistyczne), by to co mam w głowie ułożyć w sensowną całość i ubrać w odpowiednie zdania. Odzywa się we mnie jakiś dziwny kompleks związany z tym, że nie mogę tak genialnej książki jak "Morfina" rozłożyć na czynniki pierwsze i dogłębnie zanalizować pod każdym względem, bo najnormalniej w świecie nie posiadam do tego uprawnień i umiejętności. Jedyne co mi zatem pozostaje to podkreślanie jej doskonałości na każdym niemal kroku. Do dzieła zatem.




Do tej pory nie było chyba w polskiej literaturze tak wieloznacznego i niejednowymiarowego bohatera powieści jakim bez wątpienia jest Konstanty Willemann. 
Zrodzony z ojca, niemieckiego arystokraty i matki, spolszczonej Ślązaczki, Kostek jest mężczyzną rozdartym wewnętrznie, który nie może poradzić sobie z odnalezieniem własnej tożsamości i przynależności narodowej. Fakt, że matka wybrała sobie Polskę jako ojczyznę nieustannie skonfliktowany jest w głowie Konstantego z zapamiętanym obrazem ojca, bohatera Wielkiej Wojny, wiernego swoim niemieckim korzeniom. Pozbawiony jednej, konkretnej tożsamości narodowej Kostek, w momencie, gdy wybucha II Wojna Światowa staje do walki przeciw najeźdźcy, co jednak bardziej jest podyktowane chęcią sprostania oczekiwaniom matki, żony i teściów niż jego własną wewnętrzną potrzebą. Dla Willemanna wojna nie jest zamachem na ojczyznę a raczej niekorzystnym wydarzeniem, które wprowadza zamęt w jego 'uporządkowane' życie nałogowego hulaki, morfinisty i dziwkarza. Konstantego wypełnia bowiem pustka, na niczym i na nikim tak naprawdę mu nie zależy a wybory, których musi dokonać w chwilach ważnych dzieją się jakby same, bez jego uczestnictwa i w nie zaangażowania. Momentami ten przecież już trzydziestoletni mężczyzna zachowuje się jak flaga na wietrze, idzie tam i robi to do czego w danej chwili zostanie przez innych popchnięty. Jest do bólu bezwiedny, słaby i uległy co powoduje, że momentami trudno o nim myśleć inaczej niż jak o niedorosłym jeszcze do życia chłopcu. Chyba właśnie dlatego, że Kostek sam siebie tak widzi, ciągle szuka potwierdzenia swojej męskości w oczach innych, a to żony, a to kochanki, a to dowódcy. Każdemu z nich chce coś udowodnić, a przy tym skonkretyzować siebie jako człowieka. To właśnie dlatego Willemann sam siebie spostrzega ciągle inaczej, w zależności od tego pod czyim wpływem się znajduje i co w danej chwili robi. 

Szczepan Twardoch napisał książkę fenomenalną, od której nie sposób się oderwać! Zachwyca zwłaszcza bardzo specyficzny język jakim autor się posługuje. Mając bowiem na uwadze fakt, iż Willemann jest morfinistą, Twardoch zwraca się w swojej powieści początkowo w stronę narracji nieuporządkowanej, poszarpanej, jakby w narkotycznym stanie pisanej. Mamy zatem Kostka, który mówi nieskładnie, który w swojej głowie wciąż i wciąż na nowo przerabia dane sytuacje, który nie wie co dokładnie dzieje się dokoła niego. Dużo tutaj powtórzeń, urywanych zdań, pojedynczych słów, bezsensownego bełkotu. Ton narracji zmienia się w momencie, gdy Konstanty musi zerwać z nałogiem, po to, by spełnić misję, której się podjął. Wtedy to w towarzystwie mężczyzny pojawia się tajemnicza szara postać, przyjaciółka rzec by można, która towarzyszy naszemu bohaterowi - antybohaterowi do końca powieści. Ta wszechobecna kobieta tłumaczy zachowania Willemanna, cofa czytelnika w przeszłość lub przenosi w przyszłość, zdradza losy wybranych przez siebie postaci. Niby matka, niby śmierć, towarzyszy Konstantemu na każdym kroku, komentuje jego wybory, niektóre popiera, inne ją bulwersują i jest im przeciwna, bo wie do czego doprowadzą. Bardzo ciekawy jest to zabieg, pierwszy tego typu z którym się spotkałam. Może się wydawać, że dwóch narratorów z których jeden uzupełnia drugiego może męczyć i irytować, ale tak nie jest, ja osobiście uważam, że taka narracja tylko powieść wzbogaciła. Zrobiło się niesztampowo, co w odniesieniu do "Morfiny" jest chyba normalne. 

Szczepan Twardoch napisał książkę, która wymyka się wszelkim normom. Książka wojenna bez wojny tak naprawdę, w której odznaczony medalem bohater walczący w obronie kraju jest nikim innym jak synonimem antybohatera, w której polskość niewiele ma wspólnego z naszym o niej mniemaniem. Dla mnie ta książka jest tak zwanym MUST READ, zwłaszcza w kontekście literatury polskiej. Jak przepowiada już sam jej tytuł, "Morfina" wciąga, uzależnia i nie pozwala od siebie łatwo odejść. Panie Szczepanie czekam na więcej!


Sz. Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s.579.

10 komentarzy:

  1. Ja też jestem Morfina do dziś zachwycona. Nigdy bym nie przypuszczała, że to taka świetna, niebanalna książka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachęciłaś mnie, bardzo mocno. Już szukam, gdzie by ją dorwać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj moja droga koleżanko pisząc, że nie potrafisz napisać dobrego tekstu o książce, którą się zachwyciłaś (ja też), że brak Ci umiejętności i literackiego wyrobienia bluźnisz! Po prostu bluźnisz. A fe! świetny tekst!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrycja dziękuję, ale zwróć uwagę o ilu rzeczach nie napisałam, ba, nawet nie wspomniałam, bo może na nie nie zwróciłam uwagi? Wydaje mi się, że o tej książce można napisać pracę licencjacką co najmniej i dlatego czuję taki niedosyt. Z drugiej jednak strony może to wystarczy by innych do lektury zachęcić :) Jeszcze raz dzięki za miłe słowa :D

      Usuń
  4. oczywiście, że mam, oczywiście, że wkrótce przeczytam, oczywiście, ze mam takich przynajmniej dwadzieścia do przeczytania na już, bo musze, bo chcę, bo nie można nie przeczytać. I jak w tym kawale - przecież się nie rozerwę :-)
    A z tym pisaniem o dobrych ksiażkach też tak mam, doszłam wreszcie do wniosku, ze wspaniałych literaturoznawców nie przebiję i piszę o tym, co czuję ja, kiedy czytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi właśnie o uczuciach łatwiej pisać, gdy mam do czynienia z książką średnią, czy taką, która w ogóle do mnie nie przemówiła. Gdy czytam coś tak dobrego, taką książkę do której wchodzę niemal z butami, wydaje mi się, że winna jej jestem coś więcej i wtedy rzadko skupiam się na tym, co czułam ją czytając, bo wiadomo, że zachwyt :P Poza tym nie umiem tak pisać o swoich odczuciach jak Ty! :) A książkę proszę połóż sobie na szczycie tego stosu do przeczytania na już :)

      Usuń
  5. W takim razie poszukam tej książki. Mi też trudno pisać o książkach/filmach ukochanych, takich, które mnie zachwyciły, ale Ty świetnie poradziłaś sobie z tym zadaniem.
    Powiem szczerze, że wolę czytać blogi i opinie ludzi o książkach, którzy nie są wykształceni w tym kierunku. Bardziej ciekawią mnie emocje, jakie dany utwór w kimś wywołał. Rozkładanie dzieła na czynniki pierwsze zawsze mnie nudzi.
    Baaaaaa... ciekawsze są też twory ludzi, którzy nie uczyli się specjalnie jak pisać/jak malować/jak kręcić filmy. Są wtedy nieprzewidywalne i nie mają ten zachowawczej struktury.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzymam kciuki za Twardocha, ponieważ wg mnie książka "Morfina" powinna zdobyć Nike... Byłam na spotkaniu czytelniczym i autor zdradził tajemnicę, że jest szansa na ekranizację tej powieści. Oprócz tego powstaje kolejna książka autorstwa Szczepana Twardocha. Trzeba przyznać, że wysoko podniósł sobie poprzeczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że jak najbardziej na Nike zasłużył, choć przyznaję, że gdyby nagrodę otrzymał Szostak też byłabym całkowicie usatysfakcjonowana (od kilku powieści jest to jeden z moich ulubieńców jeśli o literaturę polską chodzi). Ekranizacji jestem bardzo ciekawa, myślę, że byłoby to dobre kino, choć nie wyobrażam sobie reakcji tzw. ludu na tak 'antypolski' film (bo na pewno znaleźliby się tacy, których oburzenie na taki obraz wojny i polskości byłoby wielkie...). A na nową książkę czekam jak najbardziej :)

      Usuń