Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura norweska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura norweska. Pokaż wszystkie posty

2014-10-20

"Stulecie" Herbjørg Wassmo.

Dobra książka. Dobre czytadło. Tylko tyle, albo aż tyle, bo jak wiadomo, książki określane mianem czytadeł potrafią być tak złe jak to tylko możliwe, a o te naprawdę dobre wcale nie jest tak prosto. Ta na szczęście taka jest: ciekawa, wciągająca i bardzo łatwa w czytaniu. Do tego opisane w niej historie mają podłoże biograficzne, bo Herbjørg Wassmo w "Stuleciu" pisze o losach swojej matki, babki i prababki. 




Prababką autorki jest Sara Susanne, kobieta której przyszło wyjść za mąż z obowiązku, powinności względem rodziny. I pomimo, że z czasem pokochała swojego męża to jej życie tak naprawdę nabrało smaku gdy poznała pewnego, dużo od niej starszego, pastora.
Jej córka, Elida wyszła za mąż wbrew woli swojej matki, z miłości. Dla chorego męża poświęciła więcej niż się spodziewała i tak jak matka marzyła skrycie o innym życiu.
Z całej tej trójki to jednak Hjørdis nie zaznała w małżeńskim życiu szczęścia. Jej wybranek okazał się bowiem zgoła innym człowiekiem, niż ten, którego wydawało jej się, że zna i którego wybiera sobie na męża.

"Stulecie" to opowieść o tych trzech, z jednej strony silnych, ale jednak nadal słabych kobietach. Żyjąc na północy Norwegii wszystkie po kolei zmagały się ze swoim losem, życiem jakie przyszło im wieść. Czasami się wobec niego buntowały, próbowały szukać dla siebie i swoich marzeń ratunku, rzadko jednak udawało im się coś ma tym zyskać. Okazywało się bowiem, że nie tak łatwo jest uciec z północy, odciąć się od tego kim tak naprawdę się jest. "Stulecie" to te trzy kobiety i ich mężowie, liczne dzieci, niespełnione nadzieje i tęsknoty,  samotność, walka o lepsze jutro, trud codziennej pracy. Życie.

I gdyby nie mała dziewczynka chowająca się w stodole przed Nim, gdyby nie jej ołówek i zeszyt, w którym zapisuje swoje myśli, "Stulecie" nie wyróżniałoby się niczym specyficznym od innych jej podobnych powieści. A tak zwykłe, aczkolwiek trudne życie bohaterek przeplata się z dramatem ich małej potomkini. 

Daleka jestem od twierdzenia, że ta książka jest wybitna czy monumentalna (a takie i inne przymiotniki ją opisujące krążą po sieci), ale z pewnością nie można jej nie przyznać tego, że jest bardzo klimatyczna, zimno północy wylewa się na czytelnika z każdej kartki i porywająca. Losy tych trzech kobiet są doprawdy fascynujące, a to, że tak dobrze spisane (wiem, wiem, że duża ich część to fikcja, ale jednak podłoże biograficzne jest) sprawia, że można w "Stuleciu", na tę chwilę czy dwie, przepaść. Dobra.


H. Wassmo, Stulecie, Smak Słowa, 2014, s.520.

2014-09-17

Karl Ove Knausgård "Moja walka. Tom 1. Powieść".

Przyznaję, nie miałam w planach lektury książki Karla Ove Knausgårda. Nie przemawiało do mnie jedno ze zdań ją reklamujących, a mianowicie: "Autobiograficzna powieść, w której rzeczywistość przeraża bardziej niż najmroczniejsze skandynawskie kryminały." No bo kurcze, różne rzeczy można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że pociągają mnie kryminały, wręcz odwrotnie, stronię od nich jak tylko mogę (choć przyznaję, że ostatnio siedzi mi w głowie jakieś diabelstwo i mówi, żeby się skusić i poczytać to czy tamto :P). Zamiaru zatem nie miałam, ale jak wiadomo przypadki rządzą moim czytelniczym życiem, jak dotąd bardzo szczęśliwie zresztą i to właśnie taki przypadek sprawił, że książka ta trafiła w moje ręce. Jak już trafiła nie musiała długo czekać na swoją kolej, ciekawość bowiem wzięła górę i "Moja walka. Tom 1. Powieść" poszła w ruch.




"Moja walka. Tom 1. Powieść" to tak naprawdę opis przygotowań do pogrzebu ojca. Jak się okazuje ojciec był postacią w życiu Karla Ove, która jak żadna inna wywarła ogromny wpływ na to jakim stał się człowiekiem. 'Cichy tyran', tak bym go nazwała, który samym tylko wzrokiem potrafił wbijać swojego syna w ziemię, jednym słowem potrafił go ściągać w dół i powoli niszczyć. To właśnie jego śmierć, której autor "Mojej walki" pragną od lat, staje się przyczynkiem do jego 'wypraw w przeszłość', wspominków, które grają jakby główną rolę w tej książce. 

Już po pierwszych zdaniach, pierwszych przeczytanych przeze mnie stronach okazało się, że ta książka to coś wyjątkowego na rynku wydawniczym. Rzeczywiście trudno jej podobne znaleźć, a jeśli już to są to wypadki nieliczne. "Moja walka" to bowiem powieść, w której życie i literatura tworzą jedną całość, trudną do oddzielenia. Czytelnik śledzi w niej losy Karla, tak bardzo zwykłe mimo wszystko, a ma wrażenie jakby to był jakiś wyższy poziom życia. Dlaczego? Dlatego, że autor w taki a nie inny sposób do swojego życia podchodzi, w taki a nie inny sposób je opisuje, podsumowuje, przeżywa. Banalność staje się czymś niezwykłym właśnie dlatego, że autor od tej banalności swojego życia nie ucieka! Tyle. Knausgård nie oszczędza w swojej książce ani siebie, ani ojca, który, nie da się ukryć, jest główną, oprócz autora, postacią tego tomu, ani reszty swojej rodziny. Nie zataja, nie przemilcza trudnych dla siebie momentów, sytuacji z którymi przyszło mu się zmierzyć. Nie ukrywa swoich słabości, wspomnień, które jak to one, raz są dobre, raz złe. Wszystko z siebie wyrzuca czytelnikowi pod nos, ale w taki sposób, że to wszystko się broni! Bo to naprawdę jest literatura na wysokim poziomie. A skoro jest to ten właśnie poziom to nie należy się spodziewać książki szybkiej ani prostej. Były momenty, że od "Mojej walki" nie mogłam się oderwać, ale były również takie, gdy jej lektura sprawiała mi trudność. Dlaczego? Długie narracje, niekończące się opisy bardzo zwykłych sytuacji czasami mogą nużyć. Nie raz i nie dwa zastanawiałam się co w tym co teraz czytam jest tak wyjątkowego, że poświęcona została temu już kolejna strona?! Potem okazywało się, że może nic, ale dokądś mnie to prowadzi, tak jak dokądś prowadziło to Karla Ove. 

"Moja walka. Tom 1. Powieść" to z pewnością nie jest książka dla każdego, ale jak widać znalazła już sobie ogromne grono fanów, dla których porównywanie jej do dzieła Prousta nie jest niczym nie na miejscu. Ja mam do niej stosunek bardziej ambiwalentny, bo zarówno mnie ona do siebie pociąga jak i odpycha, nie potrafię jej jednak odebrać tego, jak jest niepowtarzalna i zaskakująca. Warta uwagi!


K. O. Knausgård, Moja walka. Tom 1. Powieść, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s.352.

2012-11-17

Małe oskarżenie i "Na zielone pastwiska" Anne B. Ragde.

Zakładam, że kto miał czytać to już przeczytał tą trzecią, ostatnią część norweskiej sagi rodzinnej i dlatego odważę się swój post zacząć od słów: winię Disney'a i Hollywood. Winię ich za to, że gdy oglądam filmy czy czytam książki poruszające trudne tematy oraz opisujące czy pokazujące skomplikowane sytuacje i relacje międzyludzkie, to ja i tak, podświadomie, czekam na ten wielki Hollywoodzki "happy end". I pomimo, że wiem, iż prawdziwe życie nie jest tak proste, że ludzie tak łatwo się nie zmieniają oraz że przeżyte ciężkie chwile zostają gdzieś głęboko w człowieku, to jednak gdy książka kończy się w inny sposób niż tego oczekiwałam, czuję jakiś zawód pomieszany z podziwem do autora, który umiał tak głęboko poznać naturę człowieka, że nie ulega pokusie 'naprawiania świata' na siłę. Zadziwia mnie też to, że ta moja przemożna wiara w dobre zakończenie nie maleje ani razem z kolejnymi przeczytanymi powieściami, które utarły mi w tej kwestii nosa, ani z osobiście przeżytymi sytuacjami, z których kilka stanowi doskonały przykład na to, że nie zawsze koniec czegoś musi być pozytywny i że życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Tak sobie myślę zatem, że chyba jestem chorobliwą optymistką, i tylko nie wiem czy to dobrze, czy źle?




Tak jak i w dwóch pierwszych częściach tak i w tej Anne B. Ragde zaskakuje swoich czytelników tym, jaki kierunek obierają zdarzenia w Neshov. Po raz kolejny autorka zagrała na moich uczuciach i pewności siebie przejawiającej się moim przekonaniem, że wiem  co się stanie i wiem w jaki sposób historie poszczególnych bohaterów się potoczą. I choć "Na pastwiska zielone" czytałam wiedząc już mniej więcej jaki jest jej koniec (wcześniej trochę nieopacznie przeczytałam recenzję na jednym z blogów, która coś niecoś o tym mówiła) to i tak lektura tej książki sprawiła mi tyle samo przyjemności i satysfakcji, co lektura jej  dwóch poprzedniczek.

Po dramatycznych wydarzeniach, opisanych w powieści "Raki pustelniki" rodzina Neshov powoli dochodzi do siebie. Torunn, postawiona niejako 'pod murem' próbuje odnaleźć się w nowej, trudnej dla siebie sytuacji. Jakby na to nie patrzeć, kobieta emocjonalnie zostaje zostawiona sama sobie, co w połączeniu z niesamowitymi wręcz wyrzutami sumienia, powoduje, iż Torunn w pewnym momencie znajduje na skraju załamania nerwowego. Oczywiście walka o utrzymanie gospodarstwa trwa, choć prawdą jest, iż Torunn w dalszym ciągu nie jest pewna, czy chce by tak właśnie miało wyglądać jej życie, czy wystarczy jej sił by codziennie mierzyć się z problemami, których skala nie maleje, tylko z dnia na dzień rośnie?
Tymczasem Mardigo postanawia zmodernizować swój zakład pogrzebowy w Trondheim, co wiąże się nierozerwalnie z wprowadzeniem pewnym zmian w gospodarstwie Neshov. Mężczyzna wydaje się nie widzieć tego, jak bardzo jego bratanica jest rozbita wewnętrznie i jak bardzo potrzebuje pomocy i upewnienia jej w tym, że jest potrzebna nie tylko  upadającemu gospodarstwu, ale również tej rodzinie, która przecież zaczyna się powoli odnajdować dla siebie.
Jeszcze gorzej pod tym względem ma się sytuacja z Erlendem, tym wujem, z którym wydawało się, że Torunn ma najlepsze relacje. Pochłonięty pozytywnymi zmianami w swoim życiu Erlend niemal nie kontaktuje się ze swoją siostrzenicą, która wydaje mu się zbyt przygnębiona i nie taka, jaką chciałby słyszeć czy widzieć. Nie pasuje po prostu do jego pięknego, idealnego świata. Nie zmienia to jednak faktu, że Erlend i Krumme nie rezygnują z planów przebudowy silosów z Nevshed na letnią bazę wypoczynkową dla siebie, swoich dzieci i ich matek. 

To właśnie Erlend, w sumie niespodziewanie dla mnie samej, stał się postacią, która irytowała mnie, podczas czytania tej powieści, najbardziej. Przewrażliwiony i skupiony na sobie facet, który niemal znika z życia Torunn, gdy ta najbardziej go potrzebuje, tylko dlatego, że nie wpisuje się ona w jego radosny nastrój, to zdecydowanie nie jest to, czego od niego oczekiwałam. W sumie, mogę powiedzieć, że prawie cały czas podczas lektury tej książki towarzyszyło mi uczucie rozczarowania tym, jak postępują bohaterowie "Na pastwiska zielone". Nie znaczy to jednak, że rozczarowała mnie sama książka. Trudno mi było po prostu zaakceptować fakt, że ta rodzina nie była w stanie jednak sobie pomóc i nie zaprzepaścić danej im od losu szansy, ale czy nie takie jest prawdziwe życie?
Sama autorka skradła moje serce tą trylogią i wiem, że będę śledzić jej kolejne poczynania literackie. Teraz natomiast szukam sposobu na to by oglądnąć norweski serial zrealizowany na podstawie tych trzech książek:)


A. B. Ragde, Na pastwiska zielone, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2012, s.253.

2012-07-28

I znów na północy. "Przeklinam rzekę czasu" Per Petterson.

Moje mieszkanie w Skandynawii coraz bardziej odbija się nie tylko na moim codziennym życiu, ale również na moim guście literackim, który ostatnimi latami zmienił się chyba o 180 jeśli nie 360 stopni! Tak jak wcześniej pociągały mnie kraje południowe i literatura je opisująca czy ta, która tam powstała, tak teraz wiem, że moje hipotetyczne życie w tych gorących krajach byłoby 'nie do życia'. Po kilku latach przebywania w Danii okazuje się, że aż takim ciepłolubem nie jestem i te dwa, trzy miesiące lata, które mam tutaj w zupełności mi wystarczą! Przecież tak bardzo nie lubię się pocić!:P To samo odnosi się do buchającej uczuciami, słońcem i dramatami literatury krajów południowych. Nie dla mnie! Odkryłam bowiem siłę jaka tkwi w literaturze powściągliwości i powierzchownego chłodu. Coś jest zarówno w tych krajach skandynawskich jak i ich literaturze co obecnie niezmiernie mnie pociąga:)



"Przeklinam rzekę czasu" to pierwsza powieść Pera Pettersona która wpadła w moje ręce. Spotkanie z nią uważam za udane, choć przyznaję, że nie jest to książka łatwa. Petterson nie pisze bowiem w ten tak lubiany przez czytelników lekki sposób, gdzie pełno dialogów przeplatanych płynącą gładko narracją. U niego pisarstwo jest raczej odwrotne. Autor snuje nam zatem narracyjną opowieść, w której trudna teraźniejszość jaka dotyka głównego bohatera przeplatana jest jego wspomnieniami o przeszłości. Wszystko to podane w wysmakowany, liryczny, klimatyczny i nieśpieszny sposób. Fabuła snuje się zatem nieśpiesznie, a nieliczne rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami powieści mają swój głęboki sens.

Jest rok 1989. Matka Arvida dowiaduje się, że ma raka i pierwszym jej 'odruchem warunkowym' staje się wyjazd do rodzinnego miasta w Danii. Kobieta po kilku zdawkowych zdaniach zamienionych z mężem wsiada zatem na prom i udaje się do małego, nadmorskiego, znajdującego się na północy Danii miasteczka, gdzie planuje kilkudniowy, samotny pobyt. 
Jej syn Arvid jest zmęczony swoim życiem, które przybrało niekorzystne obrót i które go rozczarowało. Mężczyzna nie może sobie poradzić z perspektywą rozwodu, który nieubłaganie nadchodzi. Gdy dowiaduje się o wyjeździe matki postanawia do niej dołączyć i to ona właśnie staje się osobą, której pierwszej mówi o rozpadzie swojej rodziny. Więź jaka łączy go z matką jest jedną z tych, w które się wątpi i której trzeba się doszukiwać pod warstwą nieporozumień, skrywanych żalów, pretensji, niespełnionych oczekiwań. Nie potrafią ze sobą rozmawiać, wymiana zdań pomiędzy Arvidem a matką to bardziej komunikaty niż jakikolwiek dialog. Mimo tego, to Arvid staje się osobą, która towarzyszy matce prawie do samego końca...
Arvid spędza na podróży i pobycie z matką kilka dni podczas których snuje swoje wspomnienia dotyczące zmarłego brata, pewnej dziewczyny w niebieskim płaszczu, swojej działalności w norweskiej partii komunistycznej, swoich stosunków z matką, która była bardzo rozczarowana faktem iż postanowił zostać robotnikiem miast studentem. I choć wydaje się, że próbuje zrozumieć nie tylko matkę, ale i swoje wcześniejsze decyzje życiowe, te wspomnienia tak naprawdę są tylko wspomnieniami człowieka w rozsypce.

Per Petterson napisał książkę nie dla każdego, do której sama musiałam się momentami przekonywać. Okazywało się bowiem, że kolejne wspomnienia wyłaniające się z poprzednich, kolejne historie, które jak domino nakładały się na siebie, nie są łatwe do ogarnięcia i przyjęcia, zwłaszcza gdy styl pisarza jest bardzo detaliczny i niemal pedantyczny, każde uczucie dokładnie opisane, każde zdarzenie dokładnie opowiedziane, tak jakby już nic nie pozostawiono dla wyobraźni czytelnika. Trzeba przywyknąć i już. Z pewnością jednak w prozie Pettersona można się zadurzyć i z pewnością można ją polubić, tak jak można polubić mroźny północny klimat czy wieczny wyspiarski wiatr. Ja sama, pomimo, iż momentami trochę się ta powieścią męczyłam to potrafię ją docenić i wiem, że do Pettersona wrócę. Jego pisarstwo jest natomiast momentami tak klaustrofobiczne, że wiem, iż decyzja o przeczytaniu kolejnej jego książki nie zapadnie zbyt szybko. Teraz chyba potrzebuję więcej pisarskiego luzu:)

P. Petterson, Przeklinam rzekę czasu, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, s.270.

2012-01-02

"Raki pustelniki" Anne B. Ragde, oraz o tym gdzie byłam jak mnie nie było i jak to u mnie z podsumowaniami i postanowieniami noworocznymi jest.

Witam kochani w 2012 roku! 
Czy też, tak jak ja obudziliście się 1 stycznia z taką myślą w głowie:
a) kurcze, ale ten czas leci (używając cenzuralnych słów:P)
b) i znowu jestem o rok starsza/y!?
Zauważyłam, że w związku z nastaniem Nowego Roku, wielu z Was zdecydowało się na podsumowanie roku poprzedniego. I chodzi tutaj nie tylko o podsumowanie czytelniczych dokonań. Nie powiem, ciekawie się to czyta i szczerze podziwiam osoby, które potrafią spędzić czas podliczając, wyliczając i opisując w taki sposób swoje osiągnięcia i przemyślenia z roku poprzedniego. Ja do nich nie należę i dlatego u mnie podsumowań nie będzie. Może za jakieś 30 lat???:) Na razie nie czuję się na siłach do tego, by w krótkich słowach, ale w zgodzie z własnym sumieniem recenzować i określać swoje przeszłe życie. Staram się codziennie myśleć o tym co mi w życiu nie wychodzi lub nad czym muszę popracować i wydaje mi się, że to mi wystarcza. To samo tyczy się książek. Na bieżąco tworzę bowiem listę książek w moim odczuciu najlepszych i najgorszych (wystarczy zaglądnąć do moich etykiet:)) Dlatego też Nowy Rok zostawiam sobie na uświadamianie sobie tego na co czekam i czego po sobie oczekuję. I nie chodzi tutaj nawet o te nieszczęsne, wieczne postanowienia noworoczne (choć przyznam, że jak co roku i w tym nie uniknęłam jednego, bardzo babskiego:P Kto zgadnie jakiego???). Mam tutaj głównie na myśli priorytety. Priorytety, o których wydaje mi się, że zapominam w ferworze uciekających dni, tygodni, miesięcy i choć zdaję sobie sprawę z ich istnienia, Nowy Rok jest chyba najodpowiedniejszym czasem na to, by po raz kolejny wbić sobie je do głowy!:D

Wracając do spraw blogowych. Jak może niektórzy z Was zauważyli, przez ponad dwa tygodnie nie było mnie w blogosferze, chociaż nie, byłam, ale jakby mnie nie było:P Czytałam bowiem Wasze posty i wchodziłam na blogi, choć bardzo rzadko zostawiałam po sobie ślad. Te słowa tyczą się również mojego własnego bloga, który odwiedzałam, czytałam zostawiane przez Was komentarze, ale który jednak istniał jakby w zawieszeniu... Niestety (lub 'stety':P) moje pobyty w Polsce rządzą się swoimi prawami:) Szczęśliwie jednak blog jest jedynym, który na tym cierpi. Książki nie przegrywają bowiem nawet z moim pobytem w domu rodzinnym i Świętami i dlatego też w krótkim czasie na moim blogu pojawi się prezentacja stosu i dwie zaległe recenzje książek. Dziś czas na pierwszą z nich: długo wyczekiwanej przeze mnie i pożartej z niesamowitą przyjemnością książki Anne B. Ragde "Raki pustelniki"!



Czy ktoś z Was pamięta jak jakiś czas temu zachwycałam się "Ziemią kłamstw"!? Ta pierwsza część bestsellerowej trylogii Anne B. Ragde kupiła mnie od pierwszego zdania, ba, pierwszego słowa jakie autorka w niej postawiła. Wsiąkłam niemiłosiernie i jedynym rozczarowaniem jakiego przy jej czytaniu doświadczyłam było to, że się skończyła... Na szczęście dla mnie na kolejną część tej norweskiej trylogii nie musiałam długo czekać:)

"Raki pustelniki" to bezpośrednia kontynuacja "Ziemi kłamstw". Ci sami bohaterowie, ta sama czasoprzestrzeń wydarzeń, te same skomplikowane relacje i uczucia, które jednak po tym co wydarzyło się w "Ziemi kłamstw" nagle są wystawione na światło dzienne.

Po dramatycznych, szokujących wydarzeniach, które zostały opisane w pierwszej części trylogii, Mardigo, Erlend, Tor i Torrun chcą powrotu do normalnego życia. Erlend wraca do Kopenhagi, Torrun do Oslo i swojej kliniki dla zwierząt, Mardigo do prowadzenia zakładu pogrzebowego, a Tor do codziennego życia na rodzinnej farmie w Byneset. Wydaje się, że wszystko powoli wraca do normy, ale niestety tego co zostało odkryte nie da się ponownie zasypać...

Członkowie rodziny Neshov, do tej pory żyjący sami dla siebie, podzieleni przeszłością, teraz postawieni są w sytuacji, która choć trudna, powoli zbliża ich do siebie i wnosi w ich życie chęć rozmowy i zrozumienia siebie nawzajem. Bracia Neshov, tak wydawałoby się różni od siebie, stopniowo odkrywają w sobie nawzajem podobieństwa oraz samotność, która ich łączy. Mardigo, chcący poświęcić się dla Boga i żyć w zgodzie z wszystkimi jego przykazaniami, zaczyna zauważać i próbuje zrozumieć swego brata geja, Erlenda. Ten z kolei, po trudnych przejściach ze swoim ukochanym Krummem i po znaczącej rozmowie z Torrun, decyduje się na poważny życiowy krok. Torrun, rozdarta pomiędzy zranioną matką a ukochanym, który zawodzi jej zaufanie postanawia wrócić na łono gospodarstwa w Byneset, by tam szukać porozumienia z ojcem. Wydawałoby się, że Tor, który uległ wcześniej wypadkowi, z uczuciem ulgi i wiary przyjmie przyjazd Torrun. Niestety w tej rodzinie nic nie jest tak proste. Ślady zostawione w psychice, rozczarowania i świadomość braku perspektyw na przyszłość nie pozwalają Torowi na odpoczynek, spokój i bezproblemowe przyjęcie pomocy...

Ponieważ "Raki pustelniki" to kontynuacja "Ziemi kłamstw" nie będę powtarzała tutaj swoich argumentów przemawiających na korzyść pisarstwa Anne B. Ragde. Napiszę tylko tyle: proza tej autorki jest taka jak mieszkańcy Skandynawii, z pozoru chłodna i zachowawcza, w środku jednak buzująca emocjami i uzależniająca! Zachęcam, dajcie jej szansę a jestem pewna, że tak jak ja staniecie się jej fanami:)


A. B. Ragde, Raki Pustelniki, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2011, s.290.

2011-11-18

"Dziewczyna z Pomarańczami" i więcej nic...

Musi tak być. Chyba naprawdę musi tak być, że czasami trafiamy na książki, które nic a nic nie przypadają nam do gustu, które nie wzbudzają w nas żadnych emocji, które nas nużą i sprawiają, że czytanie zamiast sprawiać przyjemność staje się tylko 'fizjologicznym' elementem naszego życia...
Tak właśnie czuję się po przeczytaniu tej książki i nie jest mi z tym dobrze. Dlaczego? Dlatego, że wiązałam z nią duże nadzieje i takie same oczekiwania. Miało być interesująco, zaskakująco, wzruszająco, mądrze a było całkiem odwrotnie. Nie dostałam od autora nic z tej mojej krótkiej listy (no, powiedzmy, że był jeden moment kiedy się naprawdę wzruszyłam). Może gdybym była 10 lat młodsza byłoby lepiej?




Georg Røed ma 15 lat, kiedy babcia przekazuje mu list, który zostawił dla niego jego zmarły 11 lat wcześniej ojciec. Chłopak, który przez 11 ostatnich lat starał się nie oglądać zdjęć ani filmów na których słychać i widać ojca, zostaje teraz postawiony w całkiem nowej dla siebie i niewygodniej emocjonalnie sytuacji. Babcia przekazuje mu bowiem zaklejoną kopertę z napisem "Dla Georga", w której 15-latek znajduje plik zapisanych przez swojego ojca kartek.
Kiedy Georg zabiera się za lekturę otrzymanego listu, okazuje się, że jest on w pewien sposób niezwykły. List ten bowiem jest również opowiadaniem o pewnej dziewczynie z pomarańczami oraz  o ojcu i synu, którzy stali się przyjaciółmi, choć znali się tylko cztery lata...

Nie polubiłam tej książki, a co za tym idzie nie przekonałam się również do jej autora i dlatego też, choć wcześniej miałam plan by przeczytać jego książkę pt. "Świat Zofii" teraz jestem pewna, że tego nie zrobię. 
"Dziewczyna z pomarańczami" wynudziła mnie doszczętnie. Pomimo, że wiedziałam, że jest to książka kierowana głównie do młodzieży, kusiła mnie perspektywa czytania o tej swoistej pośmiertnej rozmowie ojca z synem. Czekałam na emocje i niezwykłą historię. Nieszczęśliwie dla mnie, okazało się, że ta rozmowa to głównie wydumane, nieciekawe pseudofilozoficzne przemyślenia ojca. Uznałabym je jeszcze za czegoś warte, gdyby to było coś nowego. Nie było. Również historia samej dziewczyny z pomarańczami mnie nużyła, zwłaszcza, że od któregoś momentu czytelnik zdaje sobie sprawę kim ta tajemnicza młoda kobieta jest i jaka jest jej rola w życiu Jana Olava (ojca Georga). Takie to wszystko dla mnie przegadane jakoś...
Na okładce książki czytamy, że autor serwuje czytelnikom "(...) egzystencjalne pytania" nie popadając przy tym w "(...) tanie filozofowanie". Ok, to ja się pytam czym tanie filozofowanie jest, jeśli nie tym co zaserwował swoim czytelnikom Gaarder? I to egzystencjalne pytanie, które ojciec zadaje synowi: jak dla mnie banał:/

Zdecydowanie odradzam tą książkę dorosłym, w miarę oczytanym, interesującym się życiem osobom. Co do młodzieży, to wydaje mi się, że ta książka może do nich przemawiać i chyba warto by przeczytali raczej to, niż powiedzmy kolejny komiks. Od czegoś w końcu trzeba zacząć...:)

J. Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami, Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, Warszawa 2004, s.180.

2011-08-02

"Ziemia kłamstw" Anne B. Ragde - genialna!!!

Uwielbiam ten stan kiedy okazuje się, że nie popełniłam błędu i że moje nadzieje i oczekiwania zostaną w pełni spełnione! Uwielbiam moment, kiedy zaczynam czytać książkę i już pierwsze kilka zdań uwodzi mnie za oczy, porywa mój umysł i sprawia, że nie potrafię przestać czytać. Wiem już wtedy, że wszystko będzie dobrze, że to jest jedna z 'moich' książek i że mogę być dumna ze swojej decyzji o jej zakupie:) Tak właśnie się czułam w momencie, gdy zaczęłam czytać "Ziemię kłamstw" Anne B. Ragde! Już nawet nie pamiętam gdzie po raz pierwszy zetknąłam się z tym tytułem, co mnie do niej zachęciło i co spowodowało, że postanowiłam zaryzykować i nie tylko ją przeczytać, ale również kupić?! Co by to jednak nie było, jestem wdzięczna i bardzo się cieszę, że trafiłam na tą powieść:) Oficjalnie mogę bowiem stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam w ciągu ostatniego roku jeśli nie kilku ostatnich lat!!!




"Ziemia kłamst" to opowieść o rodzinie. Rodzinie poranionej i w stanie całkowitego rozpadu. Rodzinie, która nie widzi możliwości powrotu do siebie i tego co było. Rodzinie, w której wydaje się, że  nia ma drogi do pojednania, do zrozumienia i wybaczenia. Jakby to bowiem mogło być możliwe jeśli niektórzy jej członkowie nie rozmawiali ze sobą nawet 20 lat, jeśli jedni jej członkowie nie wiedzą o istnieniu innych, jeśli jedni są powodem do wstydu dla innych, jeśli to co powinno ich łączyć, dzieli?

Erlend jest 40-latkiem mieszkającym w Kopenhadze. Mężczyzna opuścił nie tylko dom rodzinny, ale również Norwegię w wieku 20 lat, gdy w pełni dotarło do niego, że ani jego rodzina (w szczególności matka), ani małomiasteczkowe otoczenie nie zaakceptują jego inności, homoseksualizmu. Wybrał Danię jako swoje miejsce docelowe i tutaj znalazł szczęście i spełnienie zawodowe. Po dwudziestu latach pobytu w tym kraju, mężczyzna jest dobrze zarabiającym, sznowanym dekoratorem wystaw sklepowych, od kilkunastu lat związanym emocjonalnie z Krummem. Krumm daje mu miłość, natomiast praca pozwala na spełnianie zachcianek i marzeń. Erland czuje się szczęśliwy. Nie przeszkadza mu, a wręcz ułatwia życie to, że od dwudziestu lat (no, poza małym epizodem z kartką pocztową wysłaną do Margido) nie kontaktował się ze swoją rodziną w Norwegii...

Margido jest starszym bratem Erlenda. Mężczyzna ma 53 lata i jest właścicielem małego zakładu pogrzebowego. Pomimo, że Margido nie opuścił nigdy Norwegii, on również od 7 lat nie utrzymuje kontaktu ze swoją matką, ojcem i najstarszym bratem, który został z nimi na gospodarstwie. Margido jest samotny i jednyną rzeczą, która w jakiś sposób go określa jest jego praca. Pomimo, że mężczyzna nie lubi swojej pracy, która pozbawiła go nawet wiary w Boga, jest ona dla niego jedynym sensem życia. Margido nie szuka bowiem już nawet miłości kobiety. Chce tylko spokoju...

Tor jest najstarszym z braci, jedynym który pozostał w domu ze starymi rodzicami. Mężczyzna ma 56 lat a sensem jego życia jest sypiące się gospodarstwo w którym pozostał i hodowla świń. Tor przez całe życie kochał swoją matkę, był i jest od niej uzależniony, to ona wyznaczała i wyznacza mu drogę jaką powinien podążać w życiu. To właśnie ona sprawia, że Tor nienawidzi swojego ojca, skazuje go na swoje wieczne niezadowolenie. To ona również nie pozwoliła mu wziąć sobie żony, gdy okazało się, że Tor zostanie ojcem. To ona pośrednio jest przyczyną jego braku kontaktu z córką, braku więzi i miłości między nimi. Pomimo to, Tor ją kocha i nie wyobraża sobie życia bez niej. Przecież ona tak naprawdę jest wszystkim co ma!

Ostatnią bohaterką tej powieści jest Torrun, córka Tora. 37-letnia kobieta, która widziała swojego ojca tylko raz w życiu, pewnego dnia dostaje od niego telefon ze specyficznym zaproszeniem do przyjazdu i poznania swojej babki... Torrun pomimo, że została przez ojca zawiedziona w sposób najgorszy z możliwych, postanawia przyjąć zaproszenie i spotkać się nie tylko z kobietą, która formalnie jest jej babką, a która pozbawiła ją normalnej rodziny, ale również z ojcem, którego chce zrozumieć... Anna bowiem, babka Torrun i matka trzech wspomnianych wyżej mężczyzn jest umierajaca. Jej pobyt w szpitalu, a później także śmierć stają się pretekstem do spotkania wszystkich tych osób. Spotkanie to, niespodziewanie okazuje się przyczykiem do poznania pewnej głęboko skrywanej prawdy!

Rzadko, naprawdę rzadko jestem aż tak pozytywnie nastawiona do książki! Rzadko również mi się zdarza, że nie mam o niej absolutnie nic złego do powiedzenia! W przypadku "Ziemi kłamstw" wlaśnie tak jest! Książkę przeczytałam w jeden dzień, nie mogąc oderwać od niej oczu, a po skończonej lekturze, idąc spać w środku nocy nie mogłam się nadziwić, że jest aż tak dobra, nie mogłam przestać o niej myśleć! Jestem pod wielkim wrażeniem i tym trudniej mi o niej pisać! Spróbuję jednak...

Od razu chcę zaznaczyć tym, którzy spodziewają się kryminału, że "Ziemia kłamstw" to powieść obyczajowa. Wiem, że skandynawowie słyną z doskonałych kryminałów, dla mnie jednak od dziś Norwegia słynie ze świetnych powieści obyczajowych, opowiadających o pokrętnych, trudnych losach ludzkich. Anne B. Ragde stworzyła bowiem w swojej książce obraz rodziny przy którym zastanawiamy się, czy to wogóle możliwe? Czy losy ludzkie mogą być aż tak zakłamane? Czy życie może być tak niesprawiedliwe? Widocznie może. Autorka daje nam tego dowód, w mistrzowski sposób poruszając się po temacie.
Wielki plus należy się również Regde za piękną, śnieżną Norwegię! Norwegię pełną fiordów, ciszy dokoła i przestrzeni, która działa na wyobraźnię. Cudowne, nieprzesadzone opisy tego kraju wprost zachęcają do tego by pakować walizki (najlepiej w środku zimy!) i lecieć tam gdzie wszystko to, co opisane w książce się znajduje!
Nie jestem również w stanie wysunąć żadnej krytyki co do języka, jakim powieść "Ziemia kłamstw" jest napisana. Język ten bowiem: melancholijny, przepełniony spokojem, ale również dosadnością i prostotą jest doskonałym dopełnieniem fabuły. Właśnie ten język, w połączeniu z mistrzowskimi opisami i świetnie obmyśloną fabułą, powoduje, że czytelnik znika w tej książce!
Podobał mi się również sposób prowadzenia narracji. Jest ona bowiem podzielona pomiędzy cztery wspomniane przeze mnie wcześniej osoby, przez co czytelnik ma możliwość poznania dogłębnie ich uczuć, przemyśleń czy zarzutów do siebie nawzajem.
I oczywiście zakończenie! Zakończenie powieści: szokujące, niespodziewane i absolutnie genialne!!!

Podsumowując mogę tylko powiedzieć, że ta książka zachwyca, porywa i uzależnia! Jakaż była więc moja radość, gdy dowiedziałam się, że "Ziemia kłamstw" to tylko pierwsza część trylogii napisanej przez Anne B. Regde. W kolejce czeka już powieść "Raki pustelniki" (w sprzedaży od 10 sierpnia), a później, mam nadzieję równie szybko ostatnia, trzecia część:) Polecam! Polecam! Polecam!

Ps. Czy nie sądzicie, że okładka jest cudowna???! Według mnie ta okładka to odzwierciedlenie wnętrza książki! Spokojna i przejmująca zarazem! Wydawnictwo świetnie się spisało:)


A. B. Ragde, Ziemia kłamstw, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2010, s.285.