Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

2014-03-22

Mało mi! "Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej.

"Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej to jedna z tych książek, które mogłabym czytać w nieskończoność. Książka ta określana jest mianem zbioru opowiadań, choć przyznaję, że nie do końca mnie takie o niej myślenie przekonuje. Pomimo, że rozdziały nie są, poza osobami bohaterów, ze sobą powiązane i czasami pomiędzy jednym a drugim obrazem z życia Wiolki (głównej bohaterki tej ksiażki) mija kilka miesięcy czy lat, czyta się ją jednak jak jedną, nierozerwalną całość. Dla mnie zatem bardziej niż zbiorem opowiadań jest ta książka powieścią. Poruszającą powieścią - opowieścią o dojrzewaniu pewnej dziewczyny ze wsi Hektary. Warto zaznaczyć, że stąd właśnie wziął się tytuł książki Wioletty Grzegorzewskiej, guguły bowiem to cierpkie, niedojrzałe owoce (szczerze mówiąc do momentu zetknięcia się z tą książką nie miałam o tym pojęcia).




Gdy poznajemy Wiolkę, ta ma kilka lat i właśnie poznaje swojego ojca, który dotąd siedział w więzieniu za uchylanie się od służby wojskowej. Są lata 70-te, głęboki PRL. Życie Wiolki toczy się gdzieś pomiędzy domem, szkołą a kościołem, pomiędzy wiejskimi zabobonami a wiarą katolicką, pomiędzy ciemnotą i brakiem podstawowej wiedzy na temat procesu zwanego dojrzewaniem a brutalną, szybką nauką młodej dorosłości: Wiolka nie wie co się z nią dzieje, gdy zaczyna krwawić, ale gdy idzie do lekarza z powodu anemii ten bez większych ceregieli każe jej wziąć swój członek do ręki. Tak właśnie dziewczyna uczy się dorosłości. "Guguły" to jednak nie tylko opowieść o tej najbardziej widocznej, fizycznej wręcz przemianie, która wiąże się z dorastaniem. Grzegorzewska pisze również o tym dojrzewaniu związanym z odkrywaniem czym jest strata, rozczarowanie, kłamstwo czy wstyd, czy też z jakim poświęceniem lub wyrzeczeniami wiąże się zgodne lub nie współistnienie z innymi ludźmi. Wszystko to opisane w tak sugestywny, bezpośredni i obrazowy sposób, że nie sposób się w "Gugułach" nie zaczytywać. Podoba mi się, że te 'notatki z życia', czy jak kto woli, opowiadania są tak proste, zwyczajne, niby banalne, a jednak z łatwością można się w nich doszukać głębszego sensu, przekazu. Podoba mi się, że przedstawione postacie są tak bardzo realne, że można w nich idnaleźć kawałek siebie lub swoich znajomych. 

"Guguły" napisane są tak, że można je sobie czytać jak zbiór opowiadań, czyli po jednym, po dwóch za jednym razem (wyrywkowo nie polecam bo jednak akcja w tej książce jest linearna). Można, aczkolwiek ja czytałam ją niemal bez przerwy, nie mogłam się oderwać i z rozczarowaniem doczytałam do końca, bo szczerze mówiąc nie obraziłabym się gdyby tej książki było dwa, jeśli nie trzy razy więcej! Świetna :)


W. Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s.96.

2012-04-20

"Moje pierwsze samobójstwo" - Jerzy Pilch.

"Moje pierwsze samobójstwo", moje pierwsze spotkanie z autorem. I jedyne co po tym spotkaniu mogę powiedzieć to to, że nie wiem czy Pilcha lubię czy nie, bo ta książka przyciągała mnie do siebie po to tylko by za chwilę od siebie odpychać i po jakimś czasie znów przyciągać. Niesamowita wprost sinusoida odczuć w stosunku to tego autora i jego twórczości...




"Moje pierwsze samobójstwo" to zbiór 10 opowiadań Jerzego Pilcha, które momentami równie dobrze mogłyby być felietonami, a to z tego powodu, iż granica pomiędzy ich autorem a bohaterem nieraz zaciera się do stopnia, w którym czytelnik tak do końca nie wie, czy czyta fikcję literacką, czy felieton powstały na podstawie własnych doświadczeń i prawdziwych obserwacji. W ich odróżnieniu nie pomaga na pewno również to, że zawarte w tym zbiorze opowiadania pisane są w pierwszej osobie liczby pojedynczej i zawierają mnóstwo elementów, które pokrywają się z faktami z życia autora. Osobiście stawiam na mistrzowski misz - masz jednego z drugim. Idąc dalej, za ciekawe uważam fakt, iż ten zbiór opowiadań tworzy tak naprawdę pewnego rodzaju powieść, gdzie mamy jednego głównego bohatera - literata, który w każdym opowiadaniu przedstawia nam urywki swojego życia, czy to teraźniejszego czy przeszłego, czy nawet bardzo przeszłego i na ich przykładzie wyjaśnia czytelnikowi i obrazuje swoje obecne  życie. Szczerze powiem, momentami miałam wrażenie, że mam oto w rękach autobiograficzno - terapeutyczną książkę, w której Pilch używając przykładów z życia 'niby' fikcyjnego bohatera, sam tłumaczy się ze swoich przyzwyczajeń, natręctw, zachowań...
Podoba mi się taki zamysł opowiadań, które bezwiednie łączą się w jedną całość i czujemy jakbyśmy za ich sprawą słuchali kolejnych, nieuporządkowanych czasowo czy tematycznie wspomnień jednej i tej samej osoby. Moim zdaniem jest to dobre podejście do tematu, ma swój urok.

Inną sprawą są jednak same opowiadania, bardzo nierówne w swej treści i dynamice. Mnie osobiście bardziej przypadły do gustu te, w których bohater - literat powraca do przeszłości, lat swojej młodości i czasu spędzonego w domu rodzinnym, czyli np. tytułowe "Moje pierwsze samobójstwo" czy "Sobowtór zięcia Tołstoja". W tych opowiadaniach, okraszonych opisami członków rodziny, wspomnieniami ewangelickiego domu i Wisły czuje się jakiś sentyment, choć nie powiem by mnie on porywał w nie wiadomo jakim stopniu. Są dobre, ale nie bardzo dobre, no, może "Sobowtór zięcia Tołstoja" jest tym jedynym zasługującym na 5... 
Drugą grupę opowiadań stanowią te odnoszące się do teraźniejszego życia bohatera książki, czyli prawdopodobnie w dużym sensie również samego autora tego zbioru. W tych widoczne jest jednak rozczarowanie życiem, wyobcowanie i chyba takie cwaniactwo człowieka, który w tym 'wielkim świecie' niejedno widział i niejedno o nim wie. To mnie akurat nie pociąga i jednak nudzi, zwłaszcza jeśli mam doszukiwać się w tych tekstach jakiegoś drugiego dna, czegoś więcej, a po prostu mi się nie chce.

"Moje pierwsze samobójstwo" jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Pilcha. Chyba niefortunnie się stało, że nie wybrałam innej książki, która może pozwoliłaby mi odkryć tego Pilcha, którego tylu wokół ceni i podziwia. Nie udało się, Pilch stał mi się obojętny i chyba muszę sięgnąć po kolejną jego książkę, po to by tą moją opinię zamienić albo na szacunek i podziw albo na zniechęcenie. Nie stanie się to jednak szybko...


J. Pilch, Moje pierwsze samobójstwo, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2006, s.299.

2012-03-11

"Rynek w Smyrnie" - zbiór opowiadań Jacka Dehnela.

Cieszę się, że przeczytałam "Rynek w Smyrnie"..... dopiero teraz. Zdaję sobie sprawę, że gdybym sięgnęła po zbiór tych opowiadań zanim w moje ręce trafiła "Lala", zanim zaczęłam śledzić blog Tajny Detektyw! i zanim z taką przyjemnością zaczęłam czytać felietony Dehnela w Polityce, prawdopodobnie nie sięgnęłabym po nie teraz. Niestety "Rynek w Smyrnie" nie do końca spełnił moje oczekiwania, czegoś mi w tej książce brakowało i dodatkowo do tej pory nie mogę znaleźć wspólnego czynnika, który łączyłby w jedno zawarte w niej opowiadania...




W zbiorze znajduje się 6 całkowicie różnych od siebie opowiadań, nie łączy ich ani tematyka, ani czas i miejsce, ani ludzie, ani wrażenie jakie po sobie zostawiają, chyba jedynie styl jakim zostały napisane przypomina o tym, że wyszły spod ręki jednego pisarza. Ja sama fanką opowiadań nie jestem i choć powoli się do nich przekonuję (polecam jeszcze raz bardzo dobre "Imigracje" Kai Malanowskiej), te zawarte w książce "Rynek w Smyrnie" mi w tym nie pomogły. Już pierwsze opowiadanie "Patrząc na Stromboli" zniweczyło moje oczekiwania względem tej książki (pomimo zaskakującego i jednak ujmującego zakończenia) i niestety okazało się, że im dalej tym gorzej. Kolejne trzy: "Rynek w Smyrnie", "Olaf Farbiarczyk" i "Sanctus sanctus sanctus" nie spodobały mi się w ogóle i szczerze mówiąc czytałam je bardzo, bardzo pobieżnie. Jedynymi, które przykuły moją uwagę są "Die Schöpfung" i "Filc". W pierwszym z nich, Michael pracownik techniczny w Operze Wiedeńskiej, dzięki swoim pieniądzom i znajomościom jest w stanie żyć w sześciopokojowym wiedeńskim mieszkaniu, nie ukrywając się zbytnio i mając możliwość obserwacji upadku świata, który znał. Ten oto zostaje stopniowo acz skutecznie zastępowany światem nowym, aryjskim, którego symbolem staje się młoda, blondowłosa śpiewaczka, zatrudniona w Operze Wiedeńskiej do odśpiewania partii anioła w wystawianym na scenie oratorium "Die Schöpfung". Dehnel pokusił się w tym opowiadaniu o przeciwstawienie osobie Michaela osoby Mieczysława Fejgina, Żyda walczącego o życie w getcie. Podoba mi się ten zabieg i sposób w jaki został wykorzystany by temu opowiadaniu dodać tzw. smaczku. "Filc" natomiast to dla mnie pełen ripost i opisów wstęp i przymiarka do "Lali".

Chcąc być w zgodzie ze sobą nie mogę Wam tego zbioru polecić, a już na pewno nie tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z "Lalą". Jeśli jednak uważacie się za fanów twórczości Dehnela i jesteście przekonani, że w każdym jego dziele znajdziecie coś wartego uwagi możecie zaryzykować. Pocieszająca jest zwłaszcza świadomość, że wszystkie opowiadania z "Rynku w Smyrnie" powstały jeszcze zanim "Lala" ujrzała światło dzienne :)

J. Dehnel, Rynek w Smyrnie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007, s.240.

2011-11-05

"Imigracje" - Kaja Malanowska.

Muszę przyznać, że ostatnio zaczynam przekonywać się do opowiadań. Czytam coraz więcej zbiorów opowiadań i z przyjemnością odkrywam, że nie tylko kilkusetstronicowe powieści mogą w ciekawy i przyciągający sposób opisywać rzeczywistość.
Czytając "Imigracje" z przyjemnością po raz kolejny przekonałam się,  że autorzy opowiadań też mają w tej sferze coś do powiedzenia. Szczęśliwie dla mnie okazało się, że Kaja Malanowska jest autorką, która widocznie bardzo dobrze czuje się w tej formie wypowiedzi. Okazało się bowiem, że jej opowiadania zawarte w tym zbiorze, które z założenia miały opowiadać o różnych wymiarach obcości, niedostosowania czy zagubienia, w pełni je realizują:)




"Imigracje" to zbiór 9 opowiadań, które zostały podzielone na dwie grupy: Historie, które się wydarzyły oraz Historie, które wydarzyć się mogły. Sama, już od pierwszego opowiadania "Butterfly" stałam się fanką grupy pierwszej. Niestety, utwory zawarte w grupie drugiej nie zrobiły już na mnie tak dobrego wrażenia. Wydaje mi się, że stało się tak dlatego, iż czułam i zostałam przez autorkę książki już na samym początku uświadomiona, że nie są to opowieści prawdziwe.

Już na okładce czytamy, że "Imigracje" to opowiadania o różnych wymiarach obcości, i tak właśnie jest. W "Butterfly" czytamy o drag queen, która/który pomimo, iż w pełni nie należy do żadnego ze światów, z każdego bowiem umiejętnie się wymyka, to jednak w tym w swoim niedostosowaniu znajduje dla siebie siłę i satysfakcję z życia jakie prowadzi. 
Jak już wspomniałam, to właśnie to opowiadanie przekonało mnie do pisarstwa Malanowskiej, choć tak naprawdę w pełni urzekło mnie opowiadanie drugie pt. "Poza słowami". "Poza słowami" to kilkadziesiąt stron pełnych miłości. Skrytej, ale oczywistej. Trudnej, ale przecież tak prostej. To obraz malowany miłością córki do ojca. Z całego zbioru to opowiadanie jest tym, które urzekło mnie najbardziej. Sposób w jaki córka opisuje swojego ojca, zmiękcza serce. A przecież nie łączy ich więź bez pretensji czy wymagań, przecież ojciec nie jest dla córki mężczyzną idealnym. Jest on dla niej raczej mężczyzną nieprzystosowanym do rzeczywistości, zagubionym, zahukanym, zamkniętym w swoim świecie, z klapkami na oczach a jednak... Córka nie rozumie ojca, ojciec nie rozumie córki a ich miłość jest niezaprzeczalna:)

Już po przeczytaniu tych dwóch pierwszych opowiadań, czytelnik zyskuje pojęcie o tym czym dla Malanowskiej są tytułowe "Imigracje". Imigracje to bowiem nasze podróże wgłąb siebie, to nasze niezrozumiałe nawet dla nas samych lęki, to nasze spowodowane jednym spotkaniem obsesje, to nasze zagubienie w multikulturowym świecie, to nasza niemożność zrozumienia odmienności...

Autorka książki ma według mnie niezaprzeczalną zdolność wnikania w psychikę swoich bohaterów. Każdy z nich jest inny, każdego cechuje inny sposób myślenia o świecie, każdy ma inne troski a jednak w równie ciekawy sposób Kaja Malanowska pisze o wszystkich.
Ta książka to z pewnością sposób na miłe spędzenie kilku wieczorów. Mnie jej lektura sprawiła przyjemność i choć nie zachłysnęłam się nią tak do końca, wydaje mi się, że z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić:)


K. Malanowska, Imigracje, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, s.238.

2011-06-18

Nie taki słodki "Cukrowy Kreml" Władimira Sorokina.

Po "Cukrowy Kreml" sięgnęlam z ciekawości. Pomimo, że natrafiłam na wiele pozytywnych recenzji tej książki, zdarzyło mi się również spotkać z tymi mniej pochlebnymi. Z tego powodu wlaśnie stwierdziłam, że mam ochotę sama wyrobić sobie pogląd na jej temat. No, może również na temat twórczości samego Sorokina, którego "Cukrowy Kreml" jest pierwszym moim z nim spotkaniem (nie ostatnim bo na połce już czeka "Lód").
Samą literaturę rosyjską lubię i cenię sobie od momentu, gdy kilka lat temu po raz pierwszy przeczytałam "Mistrza i Małgorzatę" i pokochałam wszystko co wyszło spod ręki Bułhakowa! Czy Sorokin mu dorównuje? Nie, ale bardzo się stara i mnie się to podoba...:)




"Cukrowy Kreml" to zbiór 16 opowiadań, który jest kontynuacją innej książki Władimira Sorokina "Dzień oprycznika" (o czym dowiedziałam się niestety dopiero w momencie gdy wzięłam książkę do ręki z zamiarem jej przeczytania, no cóż...). Pomimo mojej nieznajomości poprzedniej książki mogę was zapewnić, że w niczym nie przeszkodziło mi to w lekturze "Cukrowego Kremla". Opowiadania te bowiem nawiązują w jakiś sposób do poprzedniej 'części' (choćby poprzez postacie opryczników), ale pomimo to, czytając je nie czułam braku znajomości "Dnia oprycznika".

Dlaczego "Cukrowy Kreml'? Już w pierwszym opowiadaniu zatytułowanym "Radość Marfuszy" tajemnica cukrowego kremla wyjaśnia się. Okazuje się bowiem, że cukrowy kreml to wprost idealny, pozbawiony żadnych wad, wypiekany z największym poświęceniem i dokładnością symbol nowego państwa, rozdawany dzieciom na placu Czerwonym w dniu Bożego Narodzenia. Ten to właśnie cukrowy kreml staje się motywem spotykanym przez czytelnika w każdym opowiadaniu zawartym w książce Sorokina. Słodki ten wyrób trafia bowiem nie tylko do dzieci, ale z czasem, przekazywany z rąk do rąk (nierzadko podzielony na fragmenty, po to by obdarować nim więcej osób, lub by go po prostu dłużej mieć) znajduje się on zarówno u bezdomnych, jak i służbistów państwowych czy artystów. Cukrowy kreml ma im wszystkim przypominać o tym w jakim idealnym, dbającym o swoich obywateli państwie przyszło im żyć. Każdy może go polizać, ugryźć czy doprawić nim jedzenie, ale czy każdy również za jego sprawą zapomni o prawdziwym obliczu Rosji?!

A jakie jest to oblicze? Władimir Sorokin w "Cukrowym Kremlu" przenosi nas do roku 2028. Rosja jest państwem, które przeszło Czerwoną Smutę, Białą Smutę i Szarą Smutę (rewolucje) i w chwili obecnej jest państwem całkowicie totalitarnym, rządzonym przez Monarchę Wszech Rusi, który nakazał wybudowanie dookoła niej Wielkiego Muru majacego na celu odgrodzenie kraju od wszelkiego rodzaju przeciwników i wrogów zewnętrznych. Z wewnętrznymi bowiem Rosja poradzi sobie sama, o czym dowiadujemy się między innymi z opowiadań "Kociuba" czy "Szamanko". 

Każde z 16 opowiadań zawartych w "Cukrowym Kremlu" to wejście w świat innej osoby, innej warstwy społecznej żyjącej pod rządami Monarchy. W każdym z tych opowiadań znajdujemy nawiązania do sowieckich czasów, kiedy pod sklepami stały długie kolejki po każdy produkt, kiedy zastraszanie, łapanki i pełne okrucieństwa przesłuchania były na porządku dziennym, kiedy niektórych rzeczy się nie mówiło, nie robiło. Według Sorokina tak też rysuje się przyszłość Rosji, bogatszej w nowinki techniczne, pewne 'udogodnienia' i pomalowany na biało Kreml na placu Czerwonym, ale jednak takiej samej jak te kilkadzisiat lat temu. Niepokojące są to opowiadania rosyjskiego pisarza. Niepokojąca wydaje się przyszłość Rosji, która obecnie z jednej strony uważa się za państwo demokratyczne, z drugiej zaś nie potrafi wyzbyć się na rzecz tejże właśnie demokracji pewnych zachowań i zwyczajów... Sorokin w odważny i bezkompromisowy sposób opowiada o Rosji teraźniejszej i o jej przyszlości. Nie stroni w swoich opowiadaniach od absurdalnych, groteskowych opisów przyszłości oraz śmiałych i prześmiewczych odnośników do teraźniejszej rosyjskiej władzy i ludzi 'na szczycie' (opowiadanie "Karczma"). Według Sorokina Rosja przyszłości to Rosja przeszła. Nic się w niej nie zmienia, ludzie godzą się ze wszystkim i pomimo, że zauważają minusy swojej sytuacji wolą znaną niedoskonałość niż dążenie do nieznanej poprawy...

Właśnie to krytyczne spojrzenie na swój kraj, na jego wady i zaniedbania połączone z niesamowitą fantazją i momentami absurdalnymi wręcz porównaniami czy poczuciem humoru przypominaja mi mistrza rosyjskiej literatury Bułhakowa. Czyż bowiem opowiadania Michaiła Bułhakowa, czy też sama powieść "Mistrz i Malgorzata" nie były jego sprzeciwem, jego określeniem swojej obawy przed tym jaka przyszłość czeka Rosję?! W tym właśnie Wladimir Sorokin próbuje Michaiła Bułhakowa doścignąć. I mnie się to bardzo podoba, bo uwielbiam taką przesyconą fantazją, niepokojem i groteska literaturę rosyjską. 
Jeśli tylko ktoś literaturę rosyjską lubi lub po prostu interesuje się tematem, polecam:)


W. Sorokin, Cukrowy Kreml, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s.261.

2011-05-19

"Potencjał erotyczny mojej żony" Davida Foenkinosa.

Dziwna to jest książka. Dziwna książka opowiadająca dziwną historię. Bo czy historia człowieka, który kolekcjonuje chwile w których jego żona myje okna może taka nie być?!




David Foenkinos, którego krytycy postrzegają jako autora wzorującego się między innymi na Witoldzie Gombrowiczu, napisał prawdziwie paryską historię. Głównym bohaterem tej historii został Hektor, człowiek cierpiący na manię zbieractwa. Opowieść, którą snuje autor książki zaczyna się w momencie, kiedy Hektor postanawia popełnić samobójstwo. Umęczony swoim uzależnieniem od zbieractwa i niemożnością wyjścia z nałogu nie widzi innego wyjścia. Na miejsce ostatecznego rozprawienia się ze swoim życiem wybiera paryskie metro, które niestety nie spełnia swojej roli... Hektor ląduje na pół roku w szpitalu psychiatrycznym. Nie powiadamia o tym rodziców, bratu natomiast sprzedaje historyjkę o niespodziewanym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Mija sześć miesięcy.  Hektor wychodzi ze szpitala i jedne z pierwszych kroków kieruje do biblioteki - historia o pobycie w USA musi wszakże mieć jakieś potwierdzenie w jego powiększonej wiedzy na temat tego kraju. W bibliotece właśnie Hektor poznaje Brigitte... Między tym dwojgiem szybko rodzi się napięcie erotyczne i uczucie, dlatego też nie zwlekając pobierają się. Hektor czuje, że w końcu dorósł i uwolnił się od swojej chorobliwej manii. Razem z żoną prowadzi unormowane życie, razem zakładają biuro turystyczne dla melomanów, które z miejsca staje się sukcesem, wydaje się, że wszystko jest tak jak być powinno. Do momentu. Pewnego dnia Hektor zaczyna się przyglądać żonie jak ta myje okna... 

Jak już wspomniałam "Potencjał erotyczny mojej żony" to specyficzna opowieść. Jej narratorem i zarazem komentatorem jest jej autor David Foenkinos, który podsumowuje, uspokaja, usprawiedliwia lub naprowadza czytelnika na właściwy tor myślenia. Chyba z tego powodu książka wydaje mi się trochę schizofreniczna... Sama nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony książka wciąga nas w ten absurdalny, przesycony delikatnym erotyzmem świat, z drugiej zaś męczyło mnie momentami to rozdwojenie jaźni pomiędzy Hektorem i autorem / narratorem tej opowieści. Może dlatego, że nigdy fanką Gombrowicza nie byłam??? "Potencjał erotyczny mojej żony" to książka o roli iluzji, kłamstwa i prawdy w naszym życiu. O tym jak ważny w życiu jest dystans do samego siebie i swoich nieporadności i 'niedociągnięć'. Nie mogę również zapomnieć o delikatnie podanej dawce humoru, która jest obecna w tej książce oraz o jej pozytywnym końcowym wydźwięku...

D. Foenkinos, Potencjał erotyczny mojej żony, Wydawnictwo Sic! s.c., Warszawa 2006, s.129.

2011-02-11

Eric-Emmanuel Schmitt "Moje Ewangelie" - moje rozczarowanie.

Tak jak cenię sobie i lubię książki Erica-Emmanuela Schmitta, tak "Moje Ewangelie" rozczarowały mnie zupełnie. Książka, po której oczekiwałam podobnych wrażeń do tych podczas czytania "Małych zbrodni małżeńskich" czy "Oskara i Pani Róży" okazała się  niestety pomyłką... "Moje Ewangelie" nie jest tak jak inne książki Erica-Emmanuela Schmitta próbą pewnego studium uczuć ludzkich czy ich zachowań, jest to natomiast li i jedynie zestaw dwóch opowiastek w których autor, niestety w drażniący mnie sposób, próbuje 'przetłumaczyć' to co zostało napisane na temat Jezusa i Piłata w Nowym Testamencie, na swój język. Czyli mamy tutaj, jak dla mnie momentami niesmaczne, wariacje na temat...




Z tego co wyczytałam w przedmowie autora, w książce "Moje Ewangelie" Schmitt przedwstawia 'swoje chrześcijaństwo' zaznaczając przy tym, że obydwa opowiadania w niej zawarte, czyli "Noc w Ogrodzie Oliwnym" i "Ewangelia według Piłata" są tylko jego sugestywną wizją wydarzeń. I z tym się zgadzam. Obydwa opowiadania moim zdaniem to takie spłycone spojrzenie na Jezusa i Piłata. Eric-Emmanuel Schmitt z tego co opisane w Nowym Testamencie zrobił dziwne opowiastki i pomimo, że mogę zrozumieć, że jest to sposób w jaki on sobie wszystko tłumaczy, nie mogę zrozumieć po co wydawać książkę zawierającą te nieszczęsne opowiadania? Może inni odbierają je inaczej, ale mnie osobiście denerwowało czytanie o Jezusie (Joszua) jako o człowieczku, który założył się z Bogiem, w którego sam nie do końca wierzył, że odda za Niego życie, ale w zamian ma nadzieję Zmartwychwstać... Jak mnie to drażniło! Jednak, chyba jak na czytanie tej książki, mam za bardzo zakorzenione w sobie podstawy swojej wiary i tego typu odstępstwa tylko mnie wyprowadzają z równowagi, nie mówiąc już o tym że miałyby mi dać cokolwiek...

Nie będę się więcej rozpisywać o "Moich Ewangeliach" bo nie chcę się pastwić, nie tyle nad książką, co nad autorem, którego nadal bardzo lubię. Do innych książek Schmitta, które mówią o problemach i uczuciach czy namiętnościach dzisiejszych ludzi będę zaglądała nadal z wielką chęcią, ale do "Moich Ewangelii" z pewnością już nie wrócę. Tą książką mnie nie przekonał, ale ten jeden raz mogę mu wybaczyć...:)


E.-E. Schmitt, Moje Ewangelie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s.155.