Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

2015-04-27

"Babska stacja" Fannie Flagg.

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu najnowszej książki Fannie Flagg? Czytadło babskie do potęgi, ale na szczęście nie z tych najgorszych, z tych najlepszych również nie. 

Z pisarstwem Fannie Flagg zetknęłam się po raz pierwszy chyba z 10 lat temu za sprawą cudownych "Smażonych zielonych pomidorów". Do tej pory pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie tamta książka i choć od tamtego czasu już do niej nie wróciłam to nigdy o niej nie zapomnę. Na fali tego mojego przeszłego zachwytu nad powieścią autorki skusiłam się na lekturę "Babskiej stacji". Dodatkowo, nie wiem dlaczego, ubzdurałam sobie, że ta książka jest jej pierwszą od czasu "pomidorów"! Jak tego dokonałam? Nie mam pojęcia! Chyba po prostu czasami mózg płata nam figle :D

Po "Babską stację" sięgałam zatem z ogromnymi oczekiwaniami i trochę się jednak zawiodłam, bo miałam nadzieję, że po "Smażonych zielonych pomidorach" autorka poszła ze swoją twórczością do przodu, a wychodzi na to, że się cofa. Najnowsza jej książka z pewnością nie jest z gatunku tych grafomańskich (jak np. książki pani Michalak, o których ostatnio znowu głośno...), ale nie jest to też nic szczególnego, nic na co warto z niecierpliwością czekać. Myślę, że dobrym pomysłem jest wypożyczenie jej z biblioteki, bo to jest tylko i wyłącznie 'książka na raz'. Lekka, łatwa i przyjemna, niestety nic więcej.




Sookie Poole ma 59 lat i wiedzie spokojne, ustatkowane życie u boku kochającego męża i w cieniu apodyktycznej, znanej całemu miasteczku matki. Gdy wydaje za mąż trzecią ze swoich córek myśli, że oto nadszedł czas na nagrodę, na długo wyczekiwany odpoczynek, upragniony wyjazd z mężem. Niestety tak szybko jak Sookie zaczyna o tym myśleć, tak szybko zostaje sprowadzona na ziemię. Dostaje oficjalny list, który rozpoczyna w jej życiu małą rewolucję. Sookie odkrywa, że tak naprawdę nie jest tym, kim od dzieciństwa myślała, że jest, że jej matka nie jest jej matką, że zamiast krwi irlandzkiej w jej żyłach płynie krew polska. Początkowo przerażona tym kobieta, za namową męża, powoli zaczyna zagłębiać się w historię swojego życia. Odkrywa, że jej adopcyjna matka nie jest jedyną silną kobietą z jaką ma coś wspólnego. Okazuje się, że zarówno jej biologiczna matka jak i jej trzy siostry były kobietami o których próżno mówić: słabe, bezbronne i zależne od innych.

Akcja "Babskiej stacji" prowadzona jest dwutorowo. Oprócz historii Sookie czytelnik wprowadzony jest przez autorkę w losy polskiej rodziny Jurdabralinskich z Pulaskiego (swoją drogą, nazwisko takie, że i Polak sobie język połamać może! Skąd Flagg je wytrzasnęła? :P). To w tej właśnie rodzinie rodzą się 4 nietuzinkowe kobiety, w czasie wojny najpierw prowadzące stację paliw, później pilotujące samoloty transportowe. To z tej właśnie rodziny wywodzi się Sookie.

Do książek Fannie Flagg już raczej nie wrócę (z wyjątkiem "Smażonych zielonych pomidorów"). Wydaje mi się, że atmosfery, którą znalazłam w tamtej nie znajdę już w żadnej innej tej autorki. Na tym zatem zakończy się moja przygoda z tą pisarką. Na tym etapie swojego życia wolę babską literaturę w bardziej wyrafinowanym wydaniu :)


F. Flagg, Babska stacja, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2015, s.427.

2014-03-16

Niedokończona opowieść, czyli o tym jak czytałam "Zgubionych" Charlotte Rogan.

Co za okropna, okropna książka od której nie można się oderwać! Chyba nigdy jeszcze nie czytałam powieści, która w ten sposób by na mnie oddziaływała. Takiej, która z jednej strony niesamowicie pociaga a z drugiej sprawia, że w mojej głowie kiełkuje co rusz myśl, by to czytanie zakończyć jak najszybciej, by w tą opowieść nie brnąć głębiej, bo źle się to dla mnie skończy. Wymęczyła mnie ta książka emocjonalnie do tego stopnia, że pomimo, iż chciałam czytać dalej postanowiłam tego nie robić. Nie skończyłam i chyba się z tego powodu cieszę, zwłaszcza, że swoją przygodę ze "Zgubionymi" skończyłam w takim momencie, po przekroczeniu którego prawdopodobnie budziły by mnie w nocy koszmary...




Charlotte Rogan w swojej powieści "Zgubieni" tak jakby wyjęła z mojej głowy mój największy strach, napisała o nim książkę a później z satysfakcją kazała mi to czytać wiedząc, że nie będę mogła przestać. Dlaczego tak piszę? Jestem osobą, która panicznie boi się dużej wody, otwartych wodnych przestrzeni, oceanów, mórz, a moim największym koszmarem jest lot samolotem, który spada do oceanu lub wypłynięcie statkiem w morze, gdzie statek ten ulega jakiemuś wypadkowi i razem z innymi pasażerami jestem zdana niestety na łaskę i niełaskę sił natury. W moim przypadku natura nie musiałaby się długo męczyć. Wszystko to wynika głównie z faktu, iż nie umiem pływać i mogę topić się nawet w brodziku (ta część basenu dla maluchów, nie brodzik prysznicowy) czy wannie (obie rzeczy zresztą robiłam). Nie wiem zatem co podkusiło mnie do tego by za "Zgubionych" się zabierać?! Chyba po prostu naczytałam się za dużo pozytywnych recenzji i nie bacząc na nic postanowiłam zobaczyć 'z czym to się je'. Oj, nie dobrze.

Główną bohaterką a zarazem narratorką książki jest Grace Winter. Jest rok 1914, gdy ze świeżo poślubionym Henrym wypływa w poślubny rejs statkiem o nazwie Cesarzowa Aleksandra. Niestety, jak się okazuje, nowożeńcom nie było pisane "i żyli długo i szczęśliwie". Statek ulega tajemniczemu wypadkowi (tajemniczemu dla pasażerów, którzy nie znają przyczyny katastrofy) i ulega zatopieniu. Grace zostaje uratowana przez swojego męża, który całą swoją energię poświęca na to by umieścić ją w jednej z szalup ratunkowych, w której dla niego miejsca już brak. Oprócz Grace w tej jednej z łodzi 'ratunek' znajduje 38 innych osób, szybko jednak okazuje się, że ta jest przeciążona a pomoc w postaci innego przepływającego tym szlakiem statku nie nadchodzi tak szybko jak wszyscy tego oczekiwali. Mijające dni sprawiają, że szalupa staje się miejscem, w którym walka o życie nabiera całkiem nowego znaczenia a sama powieść staje się aż duszna od emocji, które targają tymczasowymi mieszkańcami tego okropnego miejsca. Każdy z rozbitków chce być tym, który przeżyje, każdy stara się wierzyć w ratunek, ale każdy również wie, że jego szanse na przeżycie wzrastają jedynie wtedy, gdy inna osoba tego życia zostanie pozbawiona. Dni bowiem mijają, jedzenie i woda pitna powoli się kończą, a przeciążona szalupa przy każdej niekorzystnej zmianie pogody nabiera coraz więcej wody. Co zatem robić? Jak zdecydować kto ma żyć, a kto nie? Jak uratować siebie, ale też nie stać się katem, który wyrzuca inną osobę za burtę? Powieść "Zgubieni" pełna jest tego typu pytań i rozważań, które przecież w końcu muszą znaleźć jakieś rozwiązanie, jakieś wyjście z sytuacji. Jakie? Tego Wam nie powiem, bo psychicznie nie byłam w stanie dotrwać do końca tej książki. Okazało się, że tego typu decyzje są tymi, których ja w życiu nie chciałabym podejmować i o których nawet nie umiem czytać bez zbyt dużej dawki nerwów i emocji, które sprawiają, że później trudno myśleć mi o czymś innym niż ta nieszczęsna książka!

Nie oczekujcie ode mnie zatem, że będę Wam ją polecać, ale też nie odradzam jej tym, którzy wiedzą, że na tego typu 'zabiegi' w książkach są odporni. Pomijajac bowiem jej temat, który po prostu mnie przerósł uważam, że powieść została napisana bardzo dobrze. Takie mocne czytadło. 


Ch. Rogan, Zgubieni, Wydawnictwo Znak, 2012, s.304.

2012-09-04

Nie taki anioł krystaliczny... "Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn" - Donald Spoto.

Odkąd zobaczyłam Audrey po raz pierwszy w filmie "Breakfast at Tiffany's" stała się ona 'moją' gwiazdą, taką na wieki wieków, niedoścignioną, nie do zastąpienia. Wystarczył jeden jedyny film (w przeciwieństwie do Marilyn Monroe, do której przekonywałam się latami i która dopiero ostatnio trafiła na mój prywatny firmament 'tych ukochanych i uwielbianych') i byłam nią oczarowana, zresztą nadal jestem. Audrey Hepburn to dla mnie bowiem klasa sama w sobie, delikatna uroda połączona z silnym charakterem w jej wydaniu tworzyły mieszankę wybuchową, duma której nigdy nie łączyła z wywyższaniem się nad innymi, wiara w miłość i hierarchia wartości w której rodzina, zwłaszcza dzieci zawsze stały na pierwszym miejscu, w moich oczach przysparzały jej tylko i wyłącznie podziwu. Dodatkowo, to była naprawdę dobra aktorka, nie najlepsza, ale z pewnością dobra!:)




Książka Donalda Spoto pozwoliła mi odkryć inną Audrey, nie tak krystalicznie czystą i doskonałą jaką była w moich wyobrażeniach, co nie koniecznie znaczy, że gorszą. 'Moja gwiazda' nabrała po prostu bardziej ludzkiego kolorytu!:P Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że Audrey nie obce były romanse, i te z żonatymi mężczyznami, i te podczas których ona sama była żoną innego mężczyzny, nie obca jej była również strata dziecka (doświadczyła kilku poronień, a także raz urodziła dziecko, które niestety było już martwe), czy głód, który niemal doprowadził ją do śmierci podczas II Wojny Światowej. I pomimo, iż dla wielu jej historia jest jak bajka o Kopciuszku, to jednak nie jest tak do końca, no chyba, że ta wersja Kopciuszka nie kończyłaby się słowami "i żyli długo i szczęśliwie", bo pomimo, iż kilka ostatnich lat swojego życia spędziła w towarzystwie kochającego mężczyzny, to jej dwa poprzednie małżeństwa do udanych nie należały i choć przyniosły jej dwóch synów, przepłaciła je depresjami. Wychowywana przez nie umiejącą okazywać swych uczuć matkę i pozbawiona w dzieciństwie ojca, który emocjonalnie upośledzony opuścił córkę i nie wyrażał żadnego nią zainteresowania przez długie lata, sama marzyła o miłości na całe życie i rodzinie, dla której gotowa byłaby zrezygnować z blichtru jaki przynosiło ze sobą aktorstwo i sława. Niestety jak to w życiu bywa, pomimo, że była gotowa poświęcić wiele dla swoich współmałżonków, oni mimo iż ją kochali, widzieli w niej przede wszystkim gwiazdę filmową, która pomoże im w ich własnych karierach (zwłaszcza Mel Ferrer próbował aktorsko i reżysersko 'wypłynąć' na jej osobie). Z każdym z nich Audrey wytrwała w małżeństwie około 10 lat i każdy dał jej jednego syna (Sean Hepburn Ferrer ze związku z Melem Ferrerem i Luca Dotti ze związku z Andreą Dottim). Oczywiście Hepburn nie była naiwną, wiernie trwającą przy boku męża żoną, która nie chce widzieć, że w jej małżeństwie dzieje się źle. Z biografii dowiadujemy się bowiem, iż pomimo, że do końca starała się ratować swoje małżeństwa, to jednak sama również szukała czasami pocieszenia w ramionach innego mężczyzny. Tak było w trakcie trwania jej małżeństwa z Ferrerem kiedy wdała się w romans, najpierw ze scenarzystą Robertem Andersonem, a później z młodszym od niej aktorem Albertem Finneyem. Jak już pisałam, nie taki anioł krystaliczny...:P Przyznaję zatem, że "Oczarowanie" Donalda Spoto otworzyło mi oczy na prawdziwą Audrey, nie tak idealną jak myślałam, ale nadal czarującą i pociągającą kobietę 'z krwi i kości'.

Warto jednak pamiętać, że książka ta nie skupia się tylko i wyłącznie na życiu prywatnym Audrey Hepburn. Jak bowiem wiadomo, to bardzo mocno splatało się w jej wypadku z  życiem publicznym, filmowym. I tutaj muszę przyznać, że Spoto w bardzo wyczerpujący i satysfakcjonujący sposób opisał powstawanie praktycznie każdej sztuki w jakiej Audrey zagrała i każdego filmu z jej udziałem jaki powstał. Mamy więc garść faktów dotyczących tworzenia danego dzieła scenicznego czy filmowego, a także garść plotek i ciekawostek na temat osób, które poszczególne filmy i spektakle tworzyły. Ja sama często odnosiłam spisane przez Spoto informacje do swoich prywatnych spostrzeżeń jakie miałam podczas oglądania poszczególnych filmów, w których Audrey była gwiazdą nr.1. Tak było np. w przypadku filmu "Sabrina", w którym Audrey, czyli tytułowa Sabrina porzuca przystojnego blondyna (Williama Holdena w roli Davida Larrabee) na rzecz starszawego już, średnio ciekawego bruneta (Humphrey Bogart, czyli Linus Larrabee). Nie przepadam za tym filmem właśnie ze względu na ten nietrafiony zabieg, dzięki któremu Sabrina wygląda na zdesperowaną, nie umiejącą rozsądnie myśleć dziewczynę, która na wybranka swojego serca wybiera mrukliwego, przepitego starca! Jak się dzięki tej biografii dowiedziałam nie jestem w swoich osądach osamotniona, a Bogart mrukliwy i przepity był nie tylko w filmie... W ogóle Spoto zwrócił moją uwagę na kolejną ciekawostkę z życia Audrey, a mianowicie na fakt, iż w większości swoich filmów jej bohaterki oddawały swoje serce mężczyznom, którzy swobodnie mogliby być jej ojcami. Sama, przy poszczególnych filmach zwracałam na to uwagę, ale nigdy nie zebrałam tego 'do kupy' i dlatego nie zdawałam sobie sprawy, że w istocie dziwne upodobania mieli reżyserowie ją obsadzający...:P

Książka jest wyczerpująca, ilość poruszonych wątków z życia Audrey Hepburn w całości mnie usatysfakcjonowała i jedyne co mogę jej zarzucić, to minimalna ilość zdjęć. Jako fanka urody Audrey chciałabym ich więcej, ale widocznie od tego są inne wydawnictwa:) Polecam zainteresowanym!


D. Spoto, Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, s.266.

2012-08-31

Dobra literatura. "Homer i Langley" E. L. Doctorowa.

Są takie książki, o których gdy usłyszymy to wiemy że się nam one spodobają, że są napisane dla takiego czytelnika jakim właśnie jesteśmy my, że to jedne z tych przez które przejdziemy z przyjemnością i na pewno nie będziemy żałować czasu z nimi spędzonego. Często tak mam, że kupuję książki na tzw. 'przeczucie', nie czytam wtedy recenzji, nie szukam ich szczegółowych opisów a decyduję się na nie li i wyłącznie po przeczytaniu notki okładkowej, która budzi we mnie wiarę w to, że dana powieść mnie nie zawiedzie. Oczywiście, nie raz i nie dwa zawiodłam się na sobie i swoich wyobrażeniach o danym utworze literackim, ale ostatnimi czasy widzę, że staję się w wyborze książek dla siebie coraz lepsza, mądrzejsza, rzadziej ulegam pochlebnym recenzjom innych jeśli sama widzę, że dana książka na pierwszy rzut oka nie budzi we mnie żadnych pozytywnych odczuć, nie ciekawi mnie. Dorastam literacko i bardzo cieszy mnie fakt, że znam siebie i swoje gusta coraz lepiej oraz, że moje lektury stają się jakby na to nie patrzeć coraz mądrzejsze, choć oczywiście nigdy nie pogardzę dobrym, podkreślam dobrym czytadłem czy 'wspomnieniówką':P




"Homer i Langley" jest jedną z takich właśnie książek. Kupiona pod wpływem przeczucia, pomimo, że  koniec końców okazała się trochę inna od mojego o niej wyobrażenia, to jednak poruszyła mnie dogłębnie, czytałam ją z wielką przyjemnością i z pewnością szybko o niej nie zapomnę! Dlaczego?

1. Powieść, pomimo iż jest literacką fikcją to jednak opiera się na życiu prawdziwych postaci, prawdziwego Homera i Langleya Collyer. Bracia, z których młodszy był ślepcem, a starszy rannym weteranem I Wojny Światowej wywodzili się z zamożnej nowojorskiej rodziny, co nie uchroniło ich od ekonomicznego upadku i choroby zwanej chorobliwym zbieractwem, która koniec końców doprowadziła do ich tragicznej śmierci. Doctorow w swojej książce wysługuje się postacią Homera, niewidomego brata. Staje się on narratorem powieści, a także przewodnikiem po przeszłości i teraźniejszości braci, którzy po śmierci rodziców, powoli wyzbywali się ze swojego domu służby, po to by w końcu być zdanymi jedynie na siebie. Snuje zatem Homer swoją opowieść, jak się później okazuje kierując ją do swojej bardziej wyimaginowanej niż realnej znajomej, francuskiej dziennikarki Jacqueline. Opowieść Homera jest fascynująca, tak jak fascynujące było życie jego i Langleya, które przypadło na bogate w wydarzenia historyczne lata początku XX wieku. Ślepiec próbuje wyjaśnić czytelnikowi dlaczego życie jego i jego brata potoczyło się takim a nie innym torem i dlaczego pod jego koniec żyją oni odcięci od świata, światła i przestrzeni, zamknięci w swoim domu i otoczeni zgromadzonymi przez lata rzeczami, miast wieść życie do jakiego predestynował ich odziedziczony po rodzicach majątek.

2. "Homer i Langley" to niezwykłe studium choroby, jaką niewątpliwie jest chorobliwe zbieractwo a także rozpadu rodziny, majątku, statusu społecznego. Prawda jest jednak taka, iż autor książki bardziej skupia się na pokazaniu swych bohaterów jako sympatycznych, choć trudnych w obyciu dziwaków, niż chorych psychicznie szaleńców. Z pewnością pomaga mu w tym postać narratora, Homera, który kocha swojego brata i wytrwale i z wielką wyrozumiałością tłumaczy jego kolejne dziwactwa, teorie na życie, wojny z otoczeniem, które w pewnym momencie zaczyna ingerować w ich życie.

3. Sama historia braci Collyer, poparta prawdą, jest bardzo poruszająca i głęboko zapadająca w pamięć. Czytelnik (w tym przypadku ja:P) darzy bowiem jej bohaterów sympatią, próbuje ich zrozumieć i życzy im jak najlepiej. Tym bardziej jej dramatyczne zakończenie, pomimo iż oczekiwane, jest szokiem i zostawia pewną pustkę. Dodatkowo, to co można doczytać o prawdziwym życiu Homera i Langleya nie pomaga w uporaniu się z samą książką i wrażeniem jakie po sobie pozostawia. Z pewnością można powiedzieć, że E. L. Doctorow stworzył prawdziwie mistrzowską powieść, która wciąga, porusza i dotyka w człowieku jego najwrażliwszych strun. Nawet zabieg literacki polegający na przedłużeniu życia bohaterów o dobrych kilkadziesiąt lat nie zaszkodził powieści (prawdziwi bracia zmarli w 1947 roku, ci książkowi na poczatku lat 70'tych) a wręcz pomógł jeszcze dokładniej ukazać naturę obu braci, którzy zapędzili się sami w tzw. 'kozi róg', ale którzy wciąż potrafili bywać normalnymi ludźmi, rządnymi akceptacji nie tylko swojej nawzajem, ale również otoczenia.

"Homer i Langley" E. L. Doctorowa to z pewnością książka godna polecenia nie tylko ze względu na swoją formę, styl, opowiedzianą historię ale również odczucia jakie po sobie zostawia, dziwne odczucia, ale warte doświadczenia...


E. L. Doctorow, Homer i Langley, Świat Książki, Warszawa 2011, s.207.

2012-07-12

Mój powrót na Hawaje, czyli "Spadkobiercy" Kaui Hart Hemmings.

Zastanawiam się, czy jest ktoś kto o tej książce lub filmie nakręconym na jej podstawie jeszcze nie słyszał? Podejrzewam, że nie:) Już nawet ja sama nie wiem, czy najpierw usłyszałam o książce, czy o filmie. Choć nie, chyba jednak mogę być pewna, że o filmie, wszak ta książka nie weszła nigdy na nasz rynek wydawniczy bez okładki filmowej, czyli film musiał być pierwszy! I choć rozważałam zobaczenie "The Descendants" i nie czytanie książki, nadarzyła się okazja i powieść trafiła jednak w moje ręce. 



Dla mnie książka "Spadkobiercy" to dobre czytadło i słowo 'czytadło' ma tutaj jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Jest to jedna z tych książek, które czytają się same, są lekkie, łatwe i przyjemne. Tym razem te cechy zostały jeszcze szczęśliwie uzupełnione głębią. Bo ta książka czegoś uczy, a mianowicie jak przeżywać trudne chwile, jak wybaczać, jak uczyć się być razem z innymi choć wcześniej wydawało nam się to zbyt trudne. I cieszę się, że pomimo, iż w jakimś stopniu jest to książka dramatyczna, to patrząc na nią po zakończonej lekturze, widzę, że jest ona również bardzo podnosząca na duchu. Widocznie nie ma takich sytuacji, których człowiek nie potrafiłby w sobie przerobić i przetrawić po to, by móc iść dalej.

Gdy po około 20 latach małżeństwa żona Matta Kinga, spadkobiercy ogromnych połaci ziemi na Hawajach, zapada w śpiączkę powypadkową, ten jest przekonany, że jego rodzinę spotkało najgorsze. Żyje jednak nadzieją, że żona wróci do zdrowia a on nie będzie musiał stawać się ojcem jakim do tej pory nie był, a jakiego jego córki będą teraz potrzebować. Gdy okazuje się, że jego nadzieje są złudne, Matt postanawia stanąć na wysokości zadania. Mężczyzna przewartościowuje swoje życie, w którym to teraz córki zaczynają grać główną rolę (swoją drogą podoba mi się to, że nie jest on ojcem, dla którego wcześniej córki nie istniały i teraz on chce nagle zostać ich tatą. On zawsze tym tatą był, choć rodzicielskie pole do popisu oddał swojej żonie) To one stają się jego podporą, gdy okazuje się, że Joanie, jego żona, nie do końca była osobą, jaką myślał, że jest.

Podobała mi się ta książka, choć nie jest jedną z tych do których będę wracać. "Spadkobiercy"  to bowiem powieść na jeden raz, trudno byłoby mi doszukiwać się w niej czegoś nowego za kolejnym razem, a i sama historia nie jest na tyle poruszająca i ciekawa, by chcieć ją po raz drugi odkrywać (chyba, że w filmie:P). Dla mnie głównym jej atutem zdecydowanie są jej bohaterowie, niby zwykli ludzie, ale jednak z bagażami, które każdy z nich w sobie nosi i z którym próbuje sobie radzić. Podoba mi się to jak sobie z nimi radzą, jak rozwiązują problemy, jak szukają czegoś co połączy ich w jedno, jak są dla siebie wsparciem, jak próbują się nie oceniać, choć nie jest to łatwe, w końcu jak odnajdują dla siebie światło w tunelu. Po prostu fajną rodzinę stworzyła nam na łamach tej powieści autorka. Właśnie: fajną!

Oczywiście nie mogę nie zaznaczyć, iż pomimo że nie przepadam za 'wyspowymi' książkami to osadzenie tej akurat historii na Hawajach było strzałem w dziesiątkę. Oczywiście, autorka Hawajka prawdopodobnie i tak nie osadziłaby jej gdzie indziej, ale to już inna sprawa:P Sama spędziłam na Hawajach jeden z piękniejszych tygodni mojego życia i teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wręcz czuje się w tej powieści ducha tych wysp, ich zapach, dźwięki, niesamowitą naturę, powietrze lekkie, ciepłe i relaksujące. Miło mi było tam wrócić dzięki tej właśnie książce, w której piękno miejsca w jakiś sposób równoważy skomplikowanie sytuacji w jakiej znalazła się rodzina Kingów:)



Jedna z piosenek wokalisty, którego utwory towarzyszyły nam niemal codziennie podczas naszych wakacji na wyspie Kona:D

2012-03-20

"Zaklęci w czasie" Audrey Niffenegger.

"Zaklęci w czasie" to jedna z tych książek, od których nie oczekuje się nic więcej jak tylko miłej rozrywki i sposobu na relaks. Z tych właśnie prostych powodów książka ta wylądowała na jednej z moich półek. Wiedziałam, że przyjdzie taki czas kiedy będę miała ochotę na lekturę powieści lekkiej i łatwej w odbiorze, która przy okazji sprawi mi trochę przyjemności i pozwoli się rozluźnić. Nie bez znaczenia był również fakt, że wcześniej zobaczyłam niezły film "The time traveler's wife" nakręcony na jej podstawie. 
Po lekturze "Zaklętych w czasie" z przyjemnością stwierdzam, że dostałam od tej powieści wszystko to czego oczekiwałam. Było miło:)




"Zaklęci w czasie" to pokrętna historia miłości Henry'ego i Clare. Ciężko określić kiedy tak naprawdę on, podróżnik w czasie, poznaje ją, dziewczynę z dobrego domu. Ich pierwsze spotkanie odbywa się bowiem dwa razy: dla niej przypada ono na czas gdy ona ma 6 lat a on 36, dla niego gdy on ma 28 a ona 20 lat... Faktem jest, że Henry i Clare są sobie przeznaczeni i że w walce o swoją miłość i w miarę normalne życie będą musieli wiele poświęcić, wiele przeżyć i wiele przeczekać. Na ile bowiem można liczyć od mężczyzny, który wbrew własnej woli potrafi zniknąć, gdy jego żona traci dziecko, lub gdy wcześniej będąc jego narzeczoną przygotowuje się do ślubu, na ile można polegać na mężczyźnie, który podróżuje w czasie do miejsc i lat, gdy żył w związku z inną kobietą, ile można oczekiwać od człowieka, który jest niewolnikiem własnego ciała i czasu?

Ponieważ powieść składa się z niezliczonej ilości rozdziałów, z których każdy to inna podróż w czasie Henry'ego, inne spotkanie kochanków, inne miejsce i czas, inny wiek obojga, trudno o niej pisać. Wręcz niemożliwym wydaje mi się sklecenie w miarę czytelnego opisu fabuły tej książki, dlatego też tego nie zrobię. To o czym warto jednak wspomnieć to fakt, że "Zaklęci w czasie" to romans, dramat i tzw. paranormal (?, nie czytam to nie wiem czy terminu użyłam właściwie:P) w jednym, czyli 'dla każdego coś dobrego'. Mnie osobiście najbardziej urzekły te rozdziały, które bezpośrednio dotyczyły związku Henry'ego i Clare, pozostałe nie są mi do szczęścia potrzebne i dlatego tym bardziej byłabym za skróceniem książki. Wydaje mi się, że jak na tego typu powieść, ponad 600 stron to zdecydowanie za wiele, niektóre rozdziały bowiem nie tylko nic do powieści nie wnoszą, ale wręcz drażnią, tzw. 'lanie wody' nigdy nie jest wskazane. Poza tym jednym minusem, uważam jednak, że książka się broni i doskonale spełnia funkcję jaka została jej nałożona przez autorkę. To by było na tyle:)


A. Niffenegger, Zaklęci w czasie, Wydawnictwo Nowa Proza, Warszawa 2009, s.636.

2012-03-03

Marilyn Monroe "Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy".

"Oh damn I wish that I were
dead - absolutely non existent - 
gone away from here - from
everywhere but how would I
There is always bridges - the Brooklyn
bridge -
But I love that bridge (everything beautiful from there
and the air is so clean) walking it seems
peaceful even with all those
cars going crazy underneath. So
it would have to be some other bridge
an ugly one and with no view - except
I like in particular all bridges - there's some-
thing about them and besides I've 
never seen an ugly bridge"




Książkę Marylin Monroe "Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy" dosłownie połknęłam w jeden wieczór i przyznaję, że zaskoczyło mnie to, bo raczej nastawiałam się na powolną lekturę, na dozowanie sobie jej fragmentów, skrawków. Nie dało się. Głównym tego powodem jest chyba fakt, że Marilyn, którą poznawałam podczas czytania tej książki tak dalece odbiegała od swojego medialnego wizerunku. Ta postać, którą wcześniej fascynowałam się jako gwiazdą kina, ikoną lat 50'tych i 60'tych, teraz pozwoliła mi siebie odkryć jako skomplikowaną, ale jednak piękną osobę ciągle walczącą z sobą o siebie...

Marilyn urodziła się w czerwcu (dwa dni przede mną:)) i jako zodiakalny Bliźniak całe swoje życie podkreślała, że czuje jakby żyli w niej "Jekyll and Hyde, two in one". Już sam ten fakt pozwolił mi jeszcze bardziej 'zbliżyć się' do jej osoby, bo sama jestem spod tego znaku zodiaku, sama zawsze wszystkim powtarzam, że nie ma mnie jednej, że żyją we mnie dwie całkowicie różne od siebie osoby, z których tylko jedna jest tą znaną wszystkim.
W przypadku Marilyn tą znaną jej twarzą była pewna swojej wartości, radosna, wzbudzająca pożądanie i zazdrość kobieta, która miała wszystko. Dzięki tej książce poznajemy drugą stronę Marilyn, kobiety niesamowicie wrażliwej, niepewnej, nie radzącej sobie z przeszłością, która ciągle ma wpływ na jej życie, nie wierzącej w swój talent i możliwości a przy tym kochającej poezję i niesamowicie oczytanej (jej biblioteka domowa liczyła ponad 400 tytułów (w tym "Ulisses" Joyce czy 6-tomowa biografia Lincolna), a mimo to Marilyn regularnie robiła sobie zdjęcia z książką w ręku, po to tylko by udowodnić, że jest nie tylko głupiutką, zabawną blondynką na ekranie, ale również inteligentną osobą poza nim).

Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, choć nie, to nie książka a Marilyn tak mną zawładnęła za jej pośrednictwem, że uznanie dostało się jej. Nie potrafię zbytnio o niej pisać, tym bardziej nie wydaje mi się tutaj potrzebne moje szczegółowe opisywanie zawartych w tej książce listów czy wierszy. Jeden z nich zamieściłam na początku tego posta, zrobił on na mnie niesamowite wrażenie. Ponieważ nie znam się na poezji, prawdopodobnie gdyby nie szczegółowa jego analiza na początku książki przeszłabym może nad nim obojętnie, a tak zatrzymałam się, przeczytałam nie raz i nie dwa i już wiem choć w części jaka była Marilyn i jak bardzo dramatyczny ten wiersz jest. Ta ikona potrafiła mówić, tylko tak niewielu chciało tak naprawdę jej słuchać...

"Żeby przeżyć, musiałaby być bardziej cyniczna lub przynajmniej bliższa rzeczywistości. Ona tymczasem była poetką, która na rogu ulicy próbuje recytować tłumowi wiersze, ten zaś zdziera z niej ubranie."
[A. Miller]


M. Monroe, Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy, Wydawnictwo Literackie, 2011, s.269.

2012-02-18

Elizabeth Strout - "Okruchy codzienności".

Wszechogarniająca samotność, to są pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl po przeczytaniu tej powieści. Wszak to właśnie samotność jest głównym tematem każdego rozdziału "Okruchów codzienności". Brak rozmowy pomiędzy małżonkami, strach przed przyszłością, nieuporządkowane historie z przeszłości, niezrealizowane namiętności, wszystko to prowadzi nasze życie w jednym, wiadomym kierunku: samotności. Niestety takie są właśnie moje odczucia po tej lekturze i jeśli mam być szczera, nie lubię ich.




Po przeczytaniu zamieszczonego na tylnej okładce książki 'wprowadzenia' przekonana byłam, że "Okruchy codzienności" to głównie powieść o Olive Kitteridge i jej życiu, które ta z pozoru arogancka osoba prowadzi w małym nadmorskim miasteczku. Jakież było więc moje zdziwienie, gdy już po przeczytaniu pierwszego rozdziału odkryłam, że tak w istocie nie jest, że Olive pomimo tego, iż niewątpliwie pojawia się w każdym opowiadaniu (jest postacią, która łączy wszystkie oddzielne rozdziały w jedną całość) tak samo jak i inni ich bohaterowie jest tylko tłem dla głównej bohaterki tej powieści, czyli samotności. Jak dla mnie bowiem to samotność, strach przed nią, pragnienie walki lub właśnie walka z nią są niezaprzeczalnie centrum każdego z opowiadań zawartych w tej książce.

Olive Kitteridge mieszka ze swoim mężem Henrym i synem Christopherem w małym nadmorskim mieście Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Ta nauczycielka matematyki w miejscowej szkole podstawowej, przez mieszkańców miasta często określana jest mianem surowej, despotycznej i oschłej osoby, z którą trudno się rozmawia oraz która swoim zachowaniem wzbudza respekt połączony z niechęcią. To jej mąż, Henry jest tym z kim warto rozmawiać, tym który pomoże, pocieszy, uśmiechnie się i zażartuje kiedy trzeba. Pomimo tego, że ludzie w taki a nie inny sposób ich oceniają, zastanawiając się przy tym dlaczego nadal są razem, to tak naprawdę Olive i Henry są jednym z wielu mniej lub bardziej udanych małżeństw. 
Z kolejnych rozdziałów powieści, kolejnych okruchów codzienności Olive oraz innych mieszkańców jej miasteczka czytelnik jest w stanie ułożyć sobie nie tylko prawdziwy obraz Olive, ale również jej małżeństwa, stosunków z synem oraz współmieszkańcami. To czego się o niej dowiadujemy pozwala nam na częściowe zrozumienie jej zachowań, na próbę ich sprawiedliwej oceny...
Olive nie potrafi żyć inaczej niż żyje, nie potrafi być taka jak Henry, nie umie zmienić swojego zachowania w taki sposób, by nie tylko wpłynąć na zmianę opinii mieszkańców o sobie, ale również by w swoim małżeństwie, w obecności męża, który ją kocha nie czuć się samotnie. 

Jak już jednak napisałam wcześniej, nie tylko Olive jest bohaterką tej powieści. Prawie każdy bowiem rozdział to nowi bohaterowie borykający się z codziennością, swoimi lękami, tęsknotami, pragnieniami niemożliwymi do spełniania i przejmującą samotnością w świecie pełnym ludzi...

"Okruchy codzienności" to z pewnością książka skłaniająca do myślenia, ale choć jej zakończenie jest w miarę optymistyczne, sama książka trochę mnie przygnębiła. Czytelnik bowiem (w tym wypadku ja) zaczyna przy jej lekturze analizować życie swoje, swoich bliskich i choć wiele zrozumie nie znaczy to tym samym, że książka ta go nie przygnębi w jakiś sposób. Bo tak naprawdę od samotności chyba nie ma ucieczki i wcześniej czy później wszystkich nas ona dopadnie...


E. Strout, Okruchy codzienności, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010, s.341.

2011-07-30

Kilka słów o "Światła pochyleniu"...

Nie, nie i jeszcze raz nie! To są moje pierwsze i ostatnie przemyślenia dotyczące powieści Laury Whitcomb. Towarzyszyły mi one od początku i nie opuściły mnie ani na chwilę w żadnym momencie tej lektury. Dlatego też, moja przygoda ze "Światła pochyleniem" zakończyła się na stronie 106 z 231...




Pierwsze skojarzenie, jakie mnie nawiedziło zaraz po tym jak zaczęłam czytać "Światła pochylenie" to saga "Zmierzch". "Zmierzch" mnie nie zachwycił, nie zrobiła tego również ta powieść. Dodatkowo czytając "Zmierzch" miałam przynajmniej wrażenie, że czytam coś po raz pierwszy, tutaj natomiast już od początku czułam wtórność tej książki i to mnie od niej skutecznie odtrącało.

Helen od ponad 130 lat jest Światłem (duchem), który nie opuścił ziemi, ale błąka się po niej, co kilkadziesiąt lat znajdując sobie nowego gospodarza, który gwarantuje jej bezpieczeństwo i spokój. Jej ostatnim gospodarzem jest Brown, nauczyciel w liceum. Helen, która zawsze stara się przebywać w pobliżu swoich 'opiekunów', na jednej z lekcji prowadzonych przez Browna zauważa, że jeden z uczniów patrzy się w jej kierunku. Najpierw tłumaczy to sobie przewidzeniem, bo przecież to jest niemożliwe, aby ten chłopak, którego widziała już na poprzednich zajęciach, mógł ją zobaczyć. Kiedy jednak przy okazji następnej lekcji prowadzonej przez Browna sytuacja się powtarza, Helen ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że ktoś nie tylko ją widzi i słyszy, ale również uśmiecha się do niej i chce się z nią zaprzyjaźnić. Po rozmowie z Jamesem okazuje się, że chłopak sam jest Światłem, jednak w przeciwieństwie do Helen, James potrafił zaryzykować. To ryzyko polegało na wejściu w ciało chłopaka, który je opuścił, po to by doświadczyć życia na nowo. James proponuje Helen by zrobiła to samo...

Na tym skończyła się moja 'przygoda' z tą książką. Nigdy nie byłam fanką fantastyki, a już na pewno nie fantastyki połączonej z romansem. Ta książka jest przykładem tego drugiego rodzaju i wydaje mi się, że jeśli ktoś został opanowany manią "Zmierzchu", ta książka może mu się spodobać. Do mnie ona nie przemówiła kompletnie. Moim zdaniem "Światła pochylenie" to nudne i łzawe tworzysko, które ani nie wnosi nic nowego do literatury ani nie ulepsza tego, co już wcześniej w niej zaistniało. Nie polecam!


L. Whitcomb, Światła pochylenie, Wydawnictwo Initium, Kraków 2010, s.231.

2011-01-24

"Pamiętnik". Jedyna powieść Nicholasa Sparksa na której przeczytanie czekałam.

Muszę przyznać, że na przeczytanie tej powieści czekałam ze zniecierpliwieniem. Po przeczytaniu dwóch innych książek Sparksa wiem, że raczej już do jego twórczości nie wrócę, ale dla "Pamiętnika" chciałam zrobić wyjątek. I zrobiłam. Dlaczego? A dlatego, że film nakręcony na podstawie tej książki niewątpliwie mnie urzekł i uwiódł...




Rzadko zdarza się, że film jest lepszy od swojego książkowego pierwowzoru. Tym razem, niestety muszę stwierdzić, że tak się stało... "Uczeń przerósł mistrza".

"Pamiętnik" opowiada historię miłości Allie i Noaha. Bohaterowie powieści poznają się na początku lat 30'stych XX wieku. Ona ma piętnaście, on siedemnaście lat. Zakochują się w sobie i spędzają razem wakacje swojego życia. Poznają swoje tajemnice, marzenia, plany, razem odkrywają po raz pierwszy czym jest seks i miłość ponad wszystko. Planują wspólną przyszłość. Niestety wakacje się kończą i Allie musi wyjechać... Zanim to następuje obiecują sobie jednak, że wytrwają, że nie przestaną kochać, że będą do siebie pisać i pamiętać.

Nadchodzi rok 1941 i Ameryka przystępuje do II Wojny Światowej. Noah, który od czasu rozstania z Allie zdążył wyjechać do New Jersey, zaciąga się do wojska i wyrusza na wojnę. Będąc tam dostaje list, z którego dowiaduje się, że jego poprzedni pracodawca, zapisał mu w spadku niewielki procent swoich dochodów, który wynosi kilkadziesiąt tysięcy dolarów.

Noah wraca po wojnie na Południe i wiedziony miłością i wspomnieniem Allie, kupuje dom w którym pierwszy raz się kochali, a który obiecał swojej ukochanej. Dom jest w rozsypce, ale Noah nie poddaje się i spędza każdą chwilę na jego remontowaniu.

Nadchodzi rok 1946. Allie szykuje się do ślubu z Lonem. Czuje się szczęśliwa, jednak to odczucie szczęścia zostaje zaburzone przez jeden artykuł w gazecie, w którym Noah chwali się odremontowanym domem. W Allie odżywają przysypane przez kurz, ale ciągle żywe uczucia w stosunku do Noaha. Przyszła panna młoda postanawia bez wiedzy narzeczonego wyruszyć do New Bern i po raz ostatni spotkać się z byłym ukochanym - Noahem Calhounem. Kiedy tam jednak dociera ich wzajemna miłość rodzi się na nowo. Odżywają dawne wspomnienia i namiętności, których nie da się powstrzymać...

Historię miłości tych dwojga ludzi poznałam za pośrednictwem filmu pod tym samym tytułem - "Pamiętnik". Urzeczona nim, po książce oczekiwałam jeszcze więcej. Niestety ta nie spełniła moich oczekiwań. Oczywiście dalej jest to ta sama opowieść, ta sama historia, ta sama głęboka miłość, lecz nie towarzyszyły mi przy czytaniu tej książki odczucia, które były ze mną przy oglądaniu filmu. Spodziewałam się książki głębokiej, opisującej skomplikowane dzieje miłości, tęsknoty i wytrwałości. Dostałam płytko napisaną opowieść. Film spodobał mi się nie tylko ze względu na na samą historię, ale również na pięknie pokazane dzieje tej miłości. Podobało mi się poznawanie uczuć nastolatków żyjących w latach 30'stych, dorosłych ludzi w latach 40'stych i staruszków w latach 90'tych. W książce tego nie ma. Cała historia poznania Noaha i Allie opisana jest w kilku słowach, nie mamy możliwości obserwować w jaki sposób ich uczucie się rozwija, dojrzewa. Główna akcja książki skupia się na latach 40'stych i współczesnych, co spowodowało u mnie pewnego rodzaju tęsknotę za tym co nie opisane...

Zastanawiam się oczywiście czy moje spojrzenie na książkę nie jest 'skrzywione' tym, że tak bardzo polubiłam film. Pewnie tak jest, co nie zmienia jednak faktu, że książka mnie nie zachwyciła. Wydaje mi się, że gdybym nie widziała filmu i tak moje zdanie o niej byłoby podobne. Zresztą można się o tym przekonać, gdy czyta się moje inne recenzje książek Nicholasa Sparksa. Zecydowanie nie można zarzucić pisarzowi tego, że jego książki źle się czyta, bo tak nie jest. Czyta się je błyskawicznie (zdecydowana zasługa krótkich zdań), jednak wydaje mi się, że ja osobiście już 'dorosłam' do książek, które wymagają ode mnie czegoś więcej, niż tylko przelatywania wzrokiem po kartkach (oczywiście wykluczam z tego wybrane powieści młodzieżowe do których wracam z taką przyjemnością). Nawet od tzw. romansidła wymagałabym jakiejś głębi uczuciowej. U Sparksa tego nie ma i nawet przewijające się na praktycznie każdej stronie słowa "Kocham Cię" mnie do tego nie przekonują...

Nie wiem, nie wiem... Może tak: polecę to książkę wielbicielom Sparksa, którzy na pewno się na niej nie zawiodą, pozostałym polecam ją w sytuacji gdy mają kilka wolnych godzin i chcą je spędzić z niezobowiązującą, lekką lekturą:)

Ps. Żeby jednak nie kończyć zbyt gorzko to powiem, że sama historia wymyślona przez pisarza jest piękna i zazdroszczę Allie takiego mężczyzny jakim był Noah. Mam nadzieję, że gdyby mnie spotkało coś takiego jak ją, mój mąż byłby przy mnie, tak jak jej był przy niej...


N. Sparks, Pamiętnik, Wydawnictwo Albatros, Poznań 2010, s.253.

2010-11-19

"I wciąż ją kocham" Nicholasa Sparksa.

Muszę przyznać, że szczęśliwie dla mnie "I wciąż ją kocham", okazało się dużo lepsze od pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści Sparksa "Wybór". Pozytywnie mnie to zaskoczyło i pomimo, że nadal opuszczałam niektóre jej fragmenty, książka mnie naprawdę zaciekawiła.




John, główny bohater książki wychowywany był przez samotnego ojca. Chłopak, który nigdy swojej matki nie poznał, nie potrafił znaleźć porozumienia ze swoim, zamkniętym w sobie i wydawałoby się swoim świecie rodzicem. John początkowo buntuje się przeciw ojcu, przesiaduje w barze, zatraca cel życia. Dochodzi jednak do punktu w którym postanawia zaciągnąć się do wojska. Jako żołnierz wojsk lądowych wyjeżdża do jednostki do Niemiec. Tam stacjonuje i stamtąd wysyłany jest co jakiś czas z misją do regionów w których panuje  konflikt.
Pewnego roku, dostaje przepustkę i przyjeżdża na dwutygodniowy urlop do swojego domu. Chłopak, dalej nie mogąc znaleźć kontaktu z ojcem, wybiera się na plażę, gdzie poznaje Savannah. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia i jak się okazuje jest to uczucie odwzajemnione. 

John i Savannah przez dwa tygodnie spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, John przedstawia Savannah swojego ojca, który wzbudza w niej zainteresowanie i sympatię. Wszystko jest doskonałe, zakochani wyznają sobie miłość i wiedzą, że chcą byc ze sobą już zawsze. Nadchodzi jednak dzień wyjazdu Johna do Niemiec. Pomimo, że obiecują sobie na siebie czekać wiedzą, że jest to ogromna próba dla ich związku. John wyjeżdża. Żeby podtrzymać miłość Savannah i John regularnie korespondują i zawsze kiedy jest pełnia księżyca, patrzą na niego myśląc o sobie. Po roku John przylatuje do Stanów na ostatnią przepustkę przed końcem służby wojskowej. Chłopak poznaje rodziców Savannah, odżywają na nowo, pielęgnowane, ale jednak trochę ostygłe uczucia. Zakochani żyją przyszłością, bo wiedzą, że jeszcze tylko kilka miesięcy i będą ze sobą na zawsze. Po raz ostatni John wylatuje do Niemiec. I wtedy następuje 11 września 2001 roku. Pomimo obietnicy danej Savannah, John postanawia zachować się jak prawdziwy patriota i zaciąga się do wojska na kolejne lata... Wszystko się komplikuje.

No co ja mogę o tej książce powiedzieć? Nie jest to literatura, która mnie pociąga, ale przynajmniej ta książka pomogła mi zmienić trochę moje zdanie o twórczości Nicholasa Sparksa. Czytało mi się ją bardzo szybko, nie była taka denna i przewidywalna jak "Wybór", co naprawdę jest dużym plusem moim zdaniem. Tego typu literatura służy jednak jedynie do rozrywki i rozpatruję ją w takich kategoriach. Nie doszukuję się w niej niczego innego, bo tego tutaj nie ma. "I wciąż ją kocham" to po prostu dobra książka o różnych odcieniach miłości i poświęcenia:) Polecam fanom Sparksa!

Ps. Może mnie ktoś dobry uświadomić jak dodaje się tutaj filmiki z Youtube? Chyba za głupia jestem na to:P


N. Sparks, I wciąż ją kocham,  Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010, s.351.

2010-11-01

"Coś niebieskiego" Emily Giffin.

Rok temu pod choinkę dostałam książkę Emily Giffin "Coś pożyczonego", moja szwagierka natomiast "Coś niebieskiego". Od razu stwierdziłam, że książka nie jest raczej dla mnie, ale oczywiście przeczytałam ją, gdyż "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby". Książka okazała się być tym, czego się spodziewałam, czyli męczącą mnie lekturą o przedstawicielkach amerykańskich kobiet (bardziej inteligentna brunetka Rachel i głupiutka blondynka Darcy, która jednak w tej parze wiedzie prym) i ich problemach miłosnych. Szczerze mówiąc nie zachwyciła mnie ta książka i sama się sobie dziwię, że pożyczyłam od szwagierki jej drugą część, czyli "Coś niebieskiego".




W "Coś pożyczonego" Rachel opowiadała swoją wersję wydarzeń, które doprowadziły do rozpadu jej przyjaźni z Darcy, oraz do jej romansu a później związku z narzeczonym Darcy, Dexem.
Darcy przedstawia swój punkt widzenia na tą sprawę i swoją wersję zdarzeń w "Coś niebieskiego". Ja nazwałabym tą część "spowiedzią rozpieszczonej blond piękności". Już na początku książki odrzuciła mnie główna bohaterka, wspominając w co drugim zdaniu o swojej urodzie, popularności i facetach. 

Darcy, która poznała Dexa za sprawą Rachel uważała, że wszystko jej można i potrafiła zradzać narzeczonego najpierw z przygodnym facetem z baru a później z jego kolegą, który miał być drużbą Marcusem. Wszystko było w porządku do momentu, gdy okazało się, że narzeczony też ją zdradzał. I to nie z byle kim bo z jej przyjaciółką Rachel - jak to wogóle możliwe, skoro ona jest dużo brzydsza! Ta kobieta to potwierdzenie moich wyobrażeń o durnych amerykańskich blondynkach w stylu Paris Hilton, które widzą tylko czubek własnego nosa i zawsze stawiają się ponad innymi (ale się wyżyłam:P). Oczywiście urażona Darcy, nie bacząc na to, że robiła narzeczonemu to samo i w dodatku z kochankiem zaszła w ciążę, poczuła się niemożliwie zdradzona i dotknięta i po pewnych perturbacjach z ojcem swojego dziecka i rodziną wyjechała do Wielkiej Brytanii, gdzie wprosiła się z wizytą do Ethana, przyjaciela jej i Rachel. Ethana w którym Rachel kochała się w szkole podstawowej i którego Darcy jej odbiła. Podczas pobytu w Anglli, nieszczęśliwa dziewczyna wciąż nie widzi swojej winy w tej sprawie. Sytuacja wygląda tak do momentu, gdy Ethan jednego wieczoru wykrzykuje jej całą prawdę i wszystko co o niej myśli prosto w oczy. Na następny dzień od razu wszystko się zmienia (Darcy nawet czuje ruchy swojego dziecka po raz pierwszy)...

Nie, nie i nie! Nie dla mnie twórczość tej autorki. Książkę przeczytałam (jeśli tak można nazwać zatrzymywanie wzroku tylko na dialogach) z tej prostej przyczyny, że jak się coś zaczyna to trzeba to skończyć... Nie spędziłam z nią miłych chwil, nie wciągnęła mnie i w sumie chciałam ją mieć jak najszybciej za sobą. Nie polecam! Choć z drugiej strony: "różni ludzie, różne potrzeby".
Sorry za taki zgryźliwy wydźwięk tej opinii:) 

E. Giffin, Coś niebieskiego, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009, s.378.

2010-10-20

"Oddech, oczy, pamięć" Edwige Danticat, czyli życie nie łatwe...

"Oddech, oczy, pamięć" kupiłam całkiem przypadkowo. Po przeczytaniu opisu książki na jej tylnej okładce, mówiącego, że jest to książka o kobietach, nie spodziewałam się po niej niczego więcej jak tylko łatwej, prostej i przyjemnej lektury... 
I tutaj zaskoczenie! Książka przerosła w pozytywny sposób moje oczekiwania wobec niej. Jak przedstawiono to w jej opisie, jest to książka o kobietach i więziach między nimi, ale również jest to książka o niesamowitym cierpieniu, niezrozumieniu i szukaniu siebie...




Sophie Caco jest haitańską dziewczynką wychowywaną przez swoją ciotkę Atie.  Nie znając swojej mamy dziewczynka traktuje Atie jako tą naważniejszą osobę w swoim życiu. Atie również uważa Sophie za swoje dziecko, choć nie daje zapomnieć małej o tym kim jest jej matka. Ciotka Atie zajmuje się Sophie do momentu, gdy przychodzi wiadomość od jej siostry Martine, mieszkającej w Nowym Jorku, że ta chce dostać swoją córkę spowrotem. Dziesięcioletnia Sophie zostaje odwieziona przez Atie na lotnisko i wysłana samolotem do matki, do Nowego Jorku. Po przylocie dziewczynka spotyka na lotnisku nieznaną osobę, swoją mamę i razem z nią jedzie do jej mieszkania. Sophie dowiaduje się od matki, że jest jej córką, ale jest również córką gwałciciela...

Dziewczyna mieszka z matką, chodzi do szkoły, dorasta. W wieku 18 lat poznaje mężczyznę i zakochuje się w nim. Wtedy zaczyna się też "sprawdzanie" przez matkę tego, czy dziewczyna nadal jest dziewicą. Każdego wieczoru matka przychodzi do Sophie i sprawdza, czy jej córka nie przyniosła jej jeszcze hańby. Pewnego dnia, córka upokarzana przez matkę w ten właśnie sposób, postanawia zrobić coś co spowoduje, że będzie się mogła od matki uwolnić... Sophie przeprowadza się z Josephem do Providence, wychodzi za niego za mąż i rodzi córkę. Po jakimś czasie wraca jednak na Haiti, wiedziona potrzebą zrozumienia kobiet swojego rodu, potrzebą zrozumienia siebie... Dziewczyna bowiem boryka się z problemem intymności. Upokarzana podczas "sprawdzania" przez matkę w młodości, nie potrafi się radować bliskością z mężem, jest to natomiast dla niej coś co łączy się z cierpieniem i bólem... Życie jej matki również jest pełne bólu, cierpienia i tych okropnych koszmarów, które przychodzą każdej nocy i nie pozwalają spać...

"Oddech, oczy, pamięć" to książka niełatwa, opowiadająca o próbie szukania przez wszystkie kobiety rodziny Caco siebie nawzajem. O próbie przezwyciężenia urazów i bolesnych wspomnień, po to by cieszyć się miłością względem siebie... Książka porusza, szokuje i skłania do myślenia. Dodatkowym atutem na pewno jest to, że czyta się ją błyskawicznie i z wielkim zainteresowaniem. Polecam!

E. Danticat, Oddech, oczy, pamięć, seria Demony, Wydawnictwo książkowe G+J, Warszawa, s.223.

2010-10-13

"Ex libris" Anne Fadiman.

O książce "Ex libris" Anne Fadiman dowiedziałam się z artykułu "Śladem zagiętych rogów", który ukazał się na stronie internetowej Polityka.pl/kultura. W artykule tym wyczytałam, że Anne Fadiman jak nikt inny potrafi pisać o książkach i to było wszystko co musiałam wiedzieć, żeby chcieć do tej książki zajrzeć... 




Książkę pokochałam miłością czytelnika, który lubi być utwierdzany ciągle na nowo, że należy do tej cudnej, coraz bardziej elitarnej i tak bardzo wartościowej grupy "ludzi czytających książki". Uważam, że książka Anne Fadiman jest świetna i każdy bibliofil powinien po nią sięgnąć. Znajduje się w niej 18 esejów z których każdy opisuje inne przemyślenia i zwierzenia autorki dotyczące książek. Eseje są pełne humoru, niezwykle trafnych cytatów (niektóre podkradłam dla siebie) i opowieści z życia rodzinnego. Autorka przez cały czas utwierdza nas tylko w tym, jakimi cudnymi czynnościami są: przeglądanie, kupowanie, układanie i w końcu czytanie książek. Pisze o tym, jak czytanie jest darem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, z rodziców na dzieci...

Jest w tej książce tyle elementów z którymi się zgadzam, że nie sposób ich wyliczyć, np. to, że prawdopodobnie każdy bibliofil ma w swoim zbiorze książki z tzw. Specjalnej Półki, które nie są podobne do pozostałych swoją tematyką, ale są dla nas równie ważne. Dla autorki taką Specjalną Półkę stanowią książki o wyprawach polarnych, dla mnie książki kucharskie, które uwielbiam kupować i przeglądać (Mmmm...). Każdy z tych 18 esejów opowiada inną historię z życia bibliofila. Mnie najbardziej spodobały się "Tak nie wolnno obchodzić się z książką", "Słowa na szmucpaginie" i "Zamki moich przodków" Dowiedziałam się z nich między inymi tego, że jestem "dworskim kochankiem", czyli, że jestem pedantyczna w stosunku do książek (używam płaskich zakładek, żeby nie było po nich śladów, nie piszę po nich, nie zaginam rogów, rzadko pożyczam przerażona, że mogą do mnie wrócić w innym stanie, niż bym sobie życzyła). Z czasem natomiast jak autorka tej książki mogę przekształcić się w "zmysłowego kochanka", który jest całkowitym przeciwieństwem "kochanka dworskiego". W eseju "Słowa na szmucpaginie" czytamy o sztuce, jaką jest pisanie dedykacji, a w "Zamkach moich przodków" o tym jak to rodzice przekazują dzieciom pasję czytania (mi tę pasję przekazała moja mama czytając mi na głos bajki i książeczki gdy byłam mała i jestem z tego baaaaaaaaardzo dumna). 

Książka "Ex libris" konieczna do przeczytania przez każdego bibliofila (świetna na prezent moim zdaniem:)) spowodowała we mnie chęć szukania innych książek o książkach (lista tego typu dzieł znajdziemy u Anne Fadiman)!

A. Fadiman, Ex libris, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s.184.

2010-10-11

"Wybór" - moje pierwsze spotkanie z Nicholasem Sparksem.

"Wybór" to moje absolutnie pierwsze spotkanie z Nicholasem Sparksem (nie licząc filmu "Pamiętnik" nakręconego na podstawie jego książki). Co mogę powiedzieć po tym spotkaniu, to to, że raczej nie jest to moja bajka... 




Książka napisana jest przystępnym językiem, co powoduje, że czyta się ją naprawdę bardzo szybko. Jak dla mnie jest to jednak jedyny plus dla Sparksa. Szczerze mówiąc, rzadko mi się zdarza by powieść amerykańskiego autora naprawdę mnie porwała (dziwne, ale prawdziwe). Ostatnio zdarzyło mi się to, gdy czytałam "Służące" Kathryn Stockett, której moim zdaniem Sparks do pięt nie dorasta. Zraziła mnie chyba przewidywalność tej książki, bo pomimo, że nie czytałam wcześniej książek jego autorstwa. 

"Wybór" opowiada historię Travisa i Gabby, którzy poznają się w momencie, gdy Gabby sprowadza się do małego miasteczka w którym mieszka Travis i zostaje jego sąsiadką. Dziewczyna poznaje Travisa w niezbyt sprzyjających okolicznościach, gdy okazuje się, że jej suczka Molly jest w ciąży. Gabby myśli, że sprawcą tej "sytuacji" jest pies Travisa i wybiera się do niego zrobić mu awanturę. Oczywiście zdenerwowana, nie daje mu dojść do głosu i dopiero następnego dnia, gdy wybiera się do weterynarza, dowiaduje się, że jest nim Travis i że jego pies jest wysterylizowany. To spotkanie powoduje jednak, ze Travis zauważa w niej ciekawą, intrygującą kobietą. Pomimo, że Gabby ma chłopaka zaczynają ze sobą flirtować, spotykać się, by w końcu zostać parą. Tak to się zaczyna. Zostają małżeństwem i wszystko układa się wspaniale. Rodzą się im dwie córeczki, są szczęśliwi. Do momentu... Staje się coś, co powoduje, że Travis musi dokonać wyboru, który ma zaważyć na jego przyszłym życiu.

Dla fanów autora na pewno jest to ciekawa pozycja. Nie można Sparksowi zarzucić, że nie zna ludzkiej natury czy uczuć, bo jest wręcz odwrotnie. Jednak jak już napisałam wcześniej, nie jest to typ literatury, który mnie pociąga. Za bardzo kojarzy mi się z romansami:/ Fanom autora polecam, sobie nie bardzo.
Żeby jednak nie było, że wystawiam swoją ocenę o autorze na podstawie jednej książki, przeczytam jeszcze jedną,  już pożyczoną: "I wciąż ją kocham".

N. Sparks, Wybór, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2009, s.335.

2010-09-14

"Moje życie we Francji" Julia Child - gdy gotowanie i jedzenie staje się czymś więcej.

Jak to jest gdy czynność taka jak gotowanie, staje się sposobem na osiągnięcie szczęścia i spełnienia w życiu??? Ile jest osób, które uważają gotowanie i jedzenie za coś tak prozaicznego, że nawet nie zwracają na nie uwagi? A ile osób jest w stanie zmienić swoje zdanie na temat gotowania po przeczytaniu tej pełniej pasji i miłości do jedzenia książki?! Oj wiele...




                                                              
"Moje życie we Francji" to 500 stron pełnych zapachów, smaków, przypraw i masła. Biograficzna książka Julii Child, która powstała we współpracy z Alexem Prud'homme  powoduje w czytelnikach uczucie zazdrości (przynajmniej mi się to zdarzyło!), bo czyż to nie jest cudowne gdy największa pasja w życiu staje się również sposobem na zarabianie pieniędzy?! 

Julia Child, wzór Amerykanek próbujących swoich sił w kuchni, rozpoczęła swój intensywny "związek" z kuchnią i jedzeniem po przypłynięciu wraz z mężem do Paryża. Paul Child jako pracownik rządowy Stanów Zjednoczonych został wysłany do Francji "na placówkę". Dla Julii jak się okazało później był to najlepszy zwrot w życiu jaki może się przydarzyć. Julia wychowana na tłustej, ciężkiej kuchni amerykańskiej we Francji odkrywa, że jedzenie służy nie tylko dla zaspokajania głodu, ale jest również sztuką. 37-letnia kobieta idzie tutaj do szkoły kulinarnej, gdzie poznaje tajniki francuskiej sztuki kulinarnej, następnie razem z dwoma koleżankami zakłada własną szkołę i zaczyna pracę nad kultową obecnie w Stanach Zjednoczonych książką kucharską "Mastering the Art of French Cooking". 

Książka "Moje życie we Francji" zaraża swoją energią, pasją i apetytem na życie. Jestem pewna, że nie pozostawi obojętnym nikogo, ani ludzi kochających spędzać czas w kuchni ani tych, którzy może jeszcze nie do końca wiedzą co chcą w swoim życiu robić, jakie cele sobie wyznaczać, do czego dążyć... Jak doskonale widać na przykładzie Julii Child: na życie nigdy nie jest za późno! Na spełnianie marzeń, cieszenie się każdym dniem zawsze jest czas i nie ważne ile ma się lat, gdzie się jest i jak się wygląda. Cudne przesłanie podnoszące na duchu w gorsze dni:)

J. Child, Moje życie we Francji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.474.