Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

2014-08-22

Życie nieznośne. "Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej.

Czytając "Miłość z kamienia" jedno chodziło mi po głowie: nie mogłabym tak żyć. Z drugiej jednak strony, po lekturze tej książki wiem jedno, nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć co i jak może nas i innych dotknąć, do jakiego stopnia jesteśmy w stanie poświęcić swoje życie dla drugiej osoby. Chyba dopiero gdy TO się dzieje zaczynamy sobie zdawać sprawę, gdzie może nas zaprowadzić...




Wydaje mi się, że o tej książce napisano i powiedziano już tyle, że moim zadaniem jest oszczędzić Wam kolejnej dawki tych samych frazesów. Zarówno liczne grono recenzentów, blogerów, jak i sama autorka wiele o "Miłości z kamienia" powiedzieli, dlatego ja skupię się w tym poście tylko na swoim jej odbiorze. Ułatwię sprawę sobie i Wam :)

"Miłość z kamienia" to książka, która powinna być przepisywana przyjaciółkom przez przyjaciółki, gdy te zaczynają biadolić nad tym jak to ciężko z tym swoim mężem czy chłopakiem mają w życiu. Przy tym co opowiedziała Grażyna Jagielska trudy życia codziennego to pikuś niewart większej uwagi, a już na pewno nie nerwów. Taka mała, skuteczna i poruszająca odtrutka na głupoty. Nagle okazuje się bowiem, że życie małżeńskie może być bardzo trudne, samotne, wyniszczające, pozbawiające woli do jakiegokolwiek działania. Okazuje się, że życie małżeńskie może takim życiem być tylko z nazwy, że tak naprawdę może to być wegetacja jednej ze stron, podczas gdy ta druga rozkwita żyjąc innym życiem, innym światem. I nie o rodzinie patologicznej autorka pisze, przynajmniej nie w szeroko rozumianym znaczeniu tego słowa, ale o takiej, w której mąż kocha żonę a ona jego, oboje pracują i wychowują dzieci, jest jak być powinno. Czyżby?

Grażyna Jagielska w bardzo przejmujący sposób opisała to jak jej szare, codzienne życie stopniowo przemieniało się w koszmar. Jak praca Wojciecha Jagielskiego, jej męża, coraz głębiej wchodziła w ich związek, rodzinę, jak zabierała dla siebie coraz więcej czasu i zaangażowania w zamian zostawiając przytłaczający strach, ból, samotność i przymus czekania na najgorsze. Zawsze na najgorsze, bo ono przecież kiedyś nadejdzie, musi nadejść. W końcu zostawiła również chorobę.

"Miłość z kamienia" bardzo mnie poruszyła, ale też otworzyła mi oczy na wiele spraw, na to jak musimy być uważni na drugiego człowieka w związku, jak w pogoni za realizacją swoich potrzeb nie możemy zamykać oczu na potrzeby drugiej osoby, które to, jak w przypadku Grażyny, mogą być potrzebami podstawowymi! 
To również książka, która niezwykle dobitnie tłumaczy szaremu człowiekowi czym tak naprawdę jest wojna, i dla tych, którzy aktywnie w niej uczestniczą, i dla tych, których zadaniem jest jej obserwacja i dla tych, dla których mimo woli staje się ona drugim tłem życia. Nie ma w niej nic ludzkiego, nic co przynosi nadzieję, nic co pozwala normalnie funkcjonować. W jakikolwiek sposób nie mamy z nią do czynienia, wojna nas niszczy.

Warta uwagi.


G. Jagielska, Miłość z kamienia, Wydawnictwo Znak, 2013, s.208.

2014-03-18

"12 opowieści żydowskich" - Anka Grupińska.

"12 opowieści żydowskich" to dość specyficzna książka. Jak już wskazuje sam tytuł, autorka umieściła w niej 12 opowieści polskich Żydów, które zostały wybrane spośród dziesiątek innych, zebranych w ramach dwóch projektów historii mówionej prowadzonych w latach 2003 - 2012. Po przeczytaniu tej książki chciałoby się rzec: na szczęście zdążyła. Czytając bowiem kolejne opowieści dowiadujemy się, że większość z rozmówców już nie żyje, co wiąże się z tym, że ich relacje dotyczące życia Żydów w przedwojennej, wojennej i powojennej Polsce stają się z każdym dniem, miesiącem czy rokiem coraz bardziej wyjątkowe. Umarł tamten świat a teraz umierają ostatni z tych, którzy go jeszcze pamiętają.




Jak to w tego typu publikacjach bywa najczęściej, wybór 12 osób z wielu innych odbywać musiał się wedle jakiegoś klucza. W książce Anki Grupińskiej chodziło chyba po pierwsze o to, by był to przekrój żydowskiego społeczeństwa przedwojennego, czyli by czytelnik na jej łamach mógł spotkać osoby reprezentujące różne wartwy społeczne, o różnym wykształceniu, różnym stopniu zasymilowania, pochodzące z różnych miejsc czy mające różny stosunek do religii. Drugim wyznacznikiem, który podkreśla sama autorka jest fakt, że każda z tych osób po zakończeniu II Wojny Światowej zdecydowała się zostać w Polsce, co dla wielu z nich nie było łatwe.

Pomimo, że rozmówcy są tak różni, z ich opowiadań wysnuwa się bardzo spójny obraz przedwojennego współistnienia ze sobą społeczeństw polskiego i żydowskiego. Okazuje się, że pomimo narastającego w Europie i Polsce antysemityzmu, czasy przedwojenne charakteryzowała jednak harmonia wspólnego życia Żydów i Polaków. Oczywiście ten obraz ulega różnym wychyleniom w jedną lub drugą stronę, w zależności od tego czy 'słuchamy' opowieści osoby ze wsi, która z Polakami miał sporadyczny kontakt, a jej znajomość języka polskiego ograniczała się do kilku słów, czy z osobą pochodzącą z zasymilowanej mieszczańskiej, dobrze prosperującej rodziny, w której bycie Żydem było niemalże wspomnieniem jako że jej członkowie identyfikowali się głównie jako Polacy. 

Już od pierwszych stron książki czytelnik widzi, że zarówno autorka, która rozmowy prowadziła i nimi kierowała, jak i jej bohaterowie, którzy w opowiadaniu akurat o tej części swojego życia czuli się chyba najbardziej komfortowo, najwięcej czasu poświęcili na wspominanie czasów przedwojennych. To ta część życia książkowej 12-stki stanowi jakoby oś tej książki. To co działo się w czasie i po wojnie często opowiedziane jest dużo bardziej lakonicznie, szybko, pobieżnie. Tak jakby to był tylko dodatek, bo prawdziwe życie było zanim nad Europą zapanowała ciemność. Wojna natomiast przyniosła ze sobą inne życie, nie do końca prawdziwe, spędzane na ukrywaniu się, wiecznym uciekaniu, wiecznym strachu, który po wojnie nie do końca opuścił bohaterów tej książki. Chyba dlatego część z nich została przy swoich przybranych, nieżydowskich imionach i nazwiskach, przy swojej nowej, nabytej tożsamości. Dla niektórych żydowskie pochodzenie stało się najgłębiej skrywanym sekretem, który nieśmiało wyjawiali w odpowiednich momentach członkom swoich rodzin.

Tak naprawdę w przypadku tej ksiażki nie można mówić o jakiejś jej wartości literackiej, tym razem chodzi bowiem o coś innego. Chodzi o zatrzymanie na chwilę zegara, o wartość emocjonalną jaką niosą ze sobą wspomnienia, o pamięć, która pomimo, iż po tak długim czasie zawodzi nadal chowa w sobie obrazy tamtego świata. Dlatego też nie ma sensu zwracanie uwagi na to, że niekiedy przedstawione opowieści są bardzo 'poszarpane', że składają się w dużej mierze z pojedynczych, luźno połączonych ze sobą obrazów. Nie to przecież jest tutaj najważniejsze. Ważna jest ich prawdziwość, ważna jest szczerość rozmówców, którzy nie raz i nie dwa w swoich opowieściach potwierdzają stereotypy istniejące na temat przedwojennego życia Żydów w Polsce, jak np. lewicowskie, komunistyczne poglądy większości z nich.

Mnie osobiście czytanie tej książki przywodziło na myśl film "Po-lin. Okruchy pamięci", który widziałam kilka lat temu. Atmosfera "12 opowieści żydowskich" i sposób w jaki jej rozmówcy mówili o swojej i nie tylko swojej przeszłości przypominały mi atmosferę tego właśnie filmu, w którym pojedyncze obrazy, fragmenty filmów opatrzone pełnym emocji komentarzem składają się na piękną całość. Tak jest również w przypadku tej książki. Cieszy mnie, że ona powstała.


A. Grupińska, 12 opowieści żydowskich, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s.365.

2014-03-08

Piękna "Zorkownia" Agnieszki Kalugi.

Od wczoraj zastanawiam się w jaki sposób powinnam zacząć tego posta. Czy od tego, że w ogóle nie miałam tej książki w planach? Czy od tego, że już dawno nie czytałam czegoś z taką zachłannością i zachwytem zarazem? Czy od tego, że chyba czekałam na taką właśnie książkę, która tak pięknie otworzy mi oczy na niektóre sprawy? Czy od tego, że po raz kolejny utwierdziłam się, że, dzięki Bogu, niektóre książki przychodzą do nas same? Czy w końcu od tego, że zazdroszczę autorce takiej niesamowitej wrażliwości w przeżywaniu i opisywaniu kolejnych ludzkich KOŃCÓW? Może po prostu zacznę od początku.




Odkąd zapowiedź "Zorkowni" pojawiła się w księgarniach internetowych i na stronie wydawnictwa wiedziałam, że jej nie przeczytam. Nie teraz w każdym bądź razie. Przecież pół roku temu urodziło mi się dziecko, które dopiero co wchodzi w życie i ostatnią rzeczą na którą miałam ochotę, było czytanie takiej właśnie książki. O hospicjum. O umieraniu. Tkwiłam w swoim przekonaniu do momentu, gdy całkiem przypadkowo na jednym z obserwowanych blogów natrafiłam na recenzję "Zorkowni". Pobieżnie ją przeczytałam, wychwytując jednak z niej słowa wyrażające zachwyt książką i polecające bloga autorki. Z ciekawości weszłam na tegoż i... przepadłam! Kto tak pisze?! Kto potrafi coś tak ostatecznego jak śmierć i cierpienie z nią związane ubrać w takie słowa, że czytelnik nie może przestać czytać?!

Tego samego dnia kupiłam książkę (e-booka, bo jak wiadomo nie mieszkam w Polsce). Następnego dnia od rana zaczęłam czytać i po kilku godzinach, dosłownie wyrwanych z życia, skończyłam lekturę "Zorkowni" (trudno mi wyrazić jak wdzięczna jestem swojemu synkowi, który jakby wiedział, że mama jest nie do końa dostępna i był niesamowicie grzeczny i samowystarczalny). Połknęłam tę książkę, bo inaczej się nie da. Nie znaczy to jednak, że czytałam ją bez większej refleksji, że nie przystawałam co chwilę, by się wzruszyć, by zapamiętać co czytam, by, dzięki autorce, przyjąć słowa ofiarowane mi przez ludzi, którzy już odeszli z tego świata, by przyjąć lekcje na temat tego jak żyć teraz i tu, jak się tym życiem cieszyć pomimo wszystko, jak je doceniać i jak kochać bliskich, których jeszcze mam, a z którymi kiedyś przyjdzie mi się pożegnać.

"Najwięcej jednak uczę się o rodzicielstwie, gdy opowiada o pielęgnacji pelargonii. - Nie kupuj kwiatów w markecie, są pędzone, mają ograniczane korzenie, pozbawia się je naturalnej odporności, nie obronią się przed mszycą, nie znają słońca. Sławek dba o swoje kwiaty, dogrzewa je zimą, nie niszczy korzeni, nie przyspiesza rozwoju." [loc. 191-194]

"Znów przekonuję się, że dom to nie miejsce. Serce kolejnego domu pulsuje na moich oczach." [loc. 648-649]

"Pamiętam też jak mądrze mówił o małżeństwie. O okrągłym stole. - Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. O wszystkim trzeba rozmawiać, wszystko wyjaśniać na bieżąco, siedząc przy okrągłym stole." [loc. 954-956]

Agnieszka Kaluga, autorka książki i bloga o tej samej nazwie (zorkownia.blogspot.com) swoją pracę w hospicjum rozpoczęła w 2010 roku. Wtedy też powstał blog, ta książka to wycinek tegoż. Blog stał się dla Agnieszki chyba takim miejscem gdzie oczyszcza swoją psychikę z nadmiaru emocji, nadmiaru bólu, cierpienia, ale i miłości które to spotyka w hospicjum. Pięknie to wszystko oddaje swoim czytelnikom, którzy dzięki niej mają szansę na to, by lepiej zrozumieć sens tego wszystkiego co zwie się życiem i umieraniem. Już dawno nie byłam pod tak wielkim wrażeniem tego, jak ktoś pisze. Agnieszka Kaluga łączy niesamowitą prostotę przekazu z poetyckością. Dopatrzyłam się tutaj inspiracji Herbertem, którego nie raz cytuje, a którego wrażliwość i sposób pisania trochę przejęła. Zachwyciło mnie to, bo bałam się, że książka traktująca o czymś tak ostatecznym jak śmierć będzie epatować cierpieniem i bólem, a na to w tym momencie swojego życia po prostu się 'nie piszę', bałam się też, że jej ładunek emocjonalny będzie tak wielki, że nie będę go w stanie unieść. Szczęśliwie tak nie jest, książka jest lekka, delikatna i jasna mimo wszystko (pięknie wnętrze książki obrazuje okładka). To co bolesne, trudne do przyjęcia opisane jest z wielkim taktem, bez przekraczania nieprzekraczalnych granic. Po prostu pięknie. Od teraz "Zorkownia" staje się również moim miejscem w sieci, będę ją odwiedzać, będę podziwiać autorkę za siłę z jaką ciągle staje oko w oko z tym z czym większość z nas marzy by nigdy się nie zetknąć, będę się uczyć dalej. Bardzo Wam polecam zarówno książkę jak i bloga!

Na koniec zostawiam Was z kilkoma cytatami, które tak wiele mówią o tej książce:

"Skłamałbym, mówiąc, że nie. - Uśmiecha się lekko. Zachwyt i rozpacz, o których pisała Szymborska, wyglądają właśnie tak jak oczy pana Kazimierza, które po dziecięcemu wpatrzone we mnie, są zupełnie nagie." [loc. 216-218]

"Bogumiła patrzy na mnie uważnie tym samym wzrokiem co Kazimierz - nie natrętnie, ale też bez strachu, kurtuazji. Nic do stracenia, gdy wszystko do stracenia." [loc. 292-293]

"Trudno przyjmować miłość, która wszystko znosi, wszystko przetrzyma." [loc. 2531-2531]


A. Kaluga, Zorkownia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s.288.

2014-02-11

"Umarł mi. Notatnik żałoby" Ingi Iwasiów. Poruszająco.

Dużo ostatnio czytam, tak dużo, że nie nadążam z pisaniem postów i ciągle mam te trzy w zanadrzu, które muszą powstać. Postanowiłam sobie jednak, że ksiażki będę recenzować po kolei, tak jak kończyłam je czytać, co by nie zapomnieć swoich przemyśleń czy odczuć w stosunku do nich. System dobry, choć dzisiaj muszę się z niego wyłamać. "Umarł mi. Notatnik żałoby" to bowiem książka, o której muszę pisać 'na gorąco'. Nie da sie inaczej, nie dam rady czekać z tym co chcę o niej powiedzieć.




Przeżywająca skrajnie dramatyczne wydarzenie jakim jest śmierć ojca, taty, tatuli, Inga Iwasiów napisała piękną, niezwykle poruszającą książkę. Jak sama w niej pisze, nie miał to być jeden z elementów terapii, która pozwoliłaby się jej otrząsnąć z szoku i bólu wywołanego odejściem rodzica. To nie był jej zamysł, ale ja pomimo wszystko trochę tę książkę tak odebrałam. Może dlatego, że sama autorka mówi: "Pisałam, bo nie mogłam robić nic innego."

Śmierć rodzica to zdarzenie w życiu, którego nie chcemy sobie nawet wyobrażać, nie chcemy przyjąć do wiadomości faktu, że prędzej czy później coś takiego nastąpić musi. Tym trudniej (tak myślę) poradzić sobie, gdy TO się staje. O tym jak trudno pisze właśnie Iwasiów. Autorka nie kryje się w tej książce ze swoim bólem ("Mama podeszła szybko, jak na oczekiwane spotkanie, niecierpliwie starała się dać tacie świeżo wyprasowaną chusteczkę. Nie brał jej od niej, leżał sztywno, grzeczny, lecz obojętny. Mówiła do niego "koteczku". Nie wiedziałam, że kiedyś komuś o tym opowiem. Teraz, pisząc te słowa, płaczę, aż bolą mnie uszy. Okazuje się, że od płaczu mogą boleć uszy." [s.36]), żałobą czy niezgodą i niezrozumieniem tego co się stało. Śmierć taty staje sie dla niej jakimś momentem zwrotnym w życiu, który zmienia sposób patrzenia na swoją przyszłość, ale nie tylko. To tragiczne wydarzenie i następujące po nim kolejne elementy układanki zwanej żałobą stają się przyczynkiem do wspomnień i podsumowań. Inga Iwasiów pisze nie tylko o tym jaki był jej ojciec, jaką rolę pełnił w życiu rodziny, ale również przygląda się bliżej zapamiętanym rodzinnym pogrzebom. 

Ta książka to jedna z tych, które czyta się ze ścisniętym sercem i nadzieją, że podobne sytuacje są daleko przed nami, że nas to spotka, gdy będziemy bardziej gotowi, tak by ten niewyobrażalny ból móc znieść z jakąś choćby odrobiną godności... Bardzo wymagająca emocjonalnie, ale piękna w tym wszystkim. Czytacie na własną odpowiedzialność, bo na pewno obudzi ona w Was strach o najbliższych i o siebie w tym wszystkim.


I. Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s.128

2014-01-23

"Papusza" Angeliki Kuźniak i moje Kindle-love początki.

Ten post z zamierzenia miał być poświęcony tylko i wyłącznie książce Angeliki Kuźniak, ale niestety "Papusza" będzie się musiała podzielić przestrzenią z moim najnowszym nabytkiem, czyli Kindlem Paperwhitem. Nie wyobrażam sobie bowiem, że mogę nie napisać tutaj choć kilku słów o tym jak wielkim odkryciem stał się dla mnie czytnik e-booków! :)

Przyznaję, wzbraniałam się przed posiadaniem czytnika książek przez bardzo długi czas. Wzbraniałam się rękami i nogami, gotowa nadstawiać swojej piersi w obronie książek papierowych i tylko takich! Do głowy mi nie przyszło (pomimo zachwytów z każdej niemal strony), że komuś (zwłaszcza mnie samej) może sprawiać frajdę czytanie książek nie-książek, bo co to za książka, która nie pachnie tuszem, papierem i nowością lub starością?!
Wydawało mi się, że nie ma na mnie mocnych, ale nadchodziły Święta Bożego Narodzenia i z tej okazji postanowiłam sięgnąć po rozum do głowy. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw, gdzie wielkim ZA okazało się moje mieszkanie w Danii i fakt, że niektóre książki mam ochotę przeczytać, ale niekoniecznie chcę je posiadać na swojej półce, a biblioteki polskiej tutaj przecież nie uświadczę, postanowiłam napisać list do Aniołka (nie wiem jak u Was, ale u nas prezenty pod choinkę przynosi Aniołek, Mikołaj zarezerwowany jest na 6 grudnia :)), w którym z wielkim żarem poprosiłam go o Kindle'a Paperwhite'a. Ten spisał się wyśmienicie i tym oto sposobem 24 grudnia trafił w moje ręce Kindle Paperwhite 2013! Cudo!
W ciągu kilku dni okazało się, że nie mogę bez niego żyć, bo a to umili kilkunastogodzinną podróż samochodem z Polski do Danii, a to sprawi, że czas przeznaczony na karmienie synka stanie się również czasem przeznaczonym na czytanie, a to okaże się, że mogę w końcu czytać dowolne książki po angielsku (nie, że wcześniej ktoś mi tego zabraniał, ale chyba rozumiecie o co chodzi? :P). Jestem zachwycona i już okazało się, że uzależniam się od szukania ciekawych, łatwo dostępnych i tanich książek, które ściągam na e-booka 'tak na zapas' :D





Wracając do "Papuszy". Przyznaję bez bicia, że pomimo zachwytów nad tą książką płynących z każdej niemal strony, nie miałam jej w planach. Historia wydawała mi się średnio pociągająca i tylko i wyłącznie fakt posiadania nowego czytnika książek sprawił, że skusiłam się na "Papuszę" w wersji elektronicznej. Jak podejrzewałam książka nie powaliła mnie na kolana, ale jej lektura na pewno nie była czasem straconym :)

Do momentu powstania tej książki, a później filmu opowiadającego o losach Papuszy, prawdopodobnie tak jak większość z Was, o Bronisławie Wajs nie słyszałam. Dopiero książka Angeliki Kuźniak uświadomiła mi, że taki ktoś jak Papusza w Polsce żył i tworzył. A żył jak nikt inny, a tworzył jak nikt inny...
Papusza, urodzona niewiadomego dnia i niewiadomego roku, Cyganka. Większość życia spędziła tak jak cała jej rodzina i pobratymcy, wędrując z taborem z miejsca na miejsce, żyjąc pod dyktando zmieniających się pór roku. Była piękna, ale to nie to wyróżniało ją spośród Cyganów najbardziej. Papusza, jako jedna z nielicznych nauczyła się czytać i pisać, jako jedyna została poetką... Kochająca swoją kulturę i swoje niałatwe życie Bronisława Wajs, dla świata literackiego odkryta została, całkiem przypadkowo, przez Jerzego Ficowskiego, byłego żołnierza Armii Krajowej, który w taborze Papuszy ukrywał się przed władzą stalinowską. To przed nim Papusza odkryła swoją duszę, to on stał się pierwszym odbiorcą jej wierszy, jej pierwszym recenzentem, a później przyjacielem. To właśnie Ficowski, zauroczony wrażliwością Papuszy i wyjątkowością jej wierszy, polecił ją uwadze Juliana Tuwima. Tuwim tylko potwierdził jej talent, co koniec końców zaowocowało wydaniem tomiku wierszy tej pierwszej cygańskiej poetki. Na krótką chwilę Bronisława Wajs stała się chlubą Cyganów. Szczęście opuściło ją bowiem w momencie, gdy Tuwim wydał  książkę "Cyganie polscy". Papusza została posądzona o wyjawienie poecie sekretów języka cygańskiego co spowodowało wykluczenie jej ze wspólnoty Cyganów. Pozbawiona oparcia u swoich pobratymców, Papusza powoli traciła grunt pod nogami. Życie, takie przecież trudne, stało się jeszcze mniej znośne. Peotka powoli wpadała w chorobę psychiczną, którą tylko pogłębiało odejście jedynego syna czy obowiązek prowadzenia osiadłego trybu życia nałożony na Cyganów przez władze staliowskie  (o propagowanie czego Cyganie również posądzili Papuszę). 

"Papusza" Angeliki Kuźniak to gorzka opowieść o życiu osoby wyjątkowej pod każdym względem. Niezwykle utalentowana a jakby przeklęta Papusza staje się dla czytelnika przewodniczą po tym zamkniętym dla obcych oczu świecie Cyganów, świecie, który w Polsce nie ma prawa bytu już od kilkudziesięciu lat (zniknęły z naszych ulic tabory, zmieniły się czasy). To co mnie podobało się w "Papuszy" najbardziej to fakt, iż autorka pozwoliła w tej książce mówić Bronisławie Wajs samej za siebie, co powoduje, że czyta się ją bardziej jak autobiografię niż reportaż biograficzny. "Papusza" to z pewnością kawał dobrej literatury. Polecam, aczkolwiek jak dla mnie nie jest to absolutny 'must read'.


A. Kuźniak, Papusza, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s. 142.

2013-01-19

Mój pierwszy Szczygieł. "Zrób sobie raj".

Przyznaję bez bicia, że mało czytam literatury faktu, która opisywałaby współczesność. Jeśli już za takową się zabieram to przeważnie skupia się ona na wydarzeniach z przeszłości. Dzieje się tak głównie dlatego, iż mam wrażenie, że książki reportażowe, które obecnie powstają, skupiają się w przerażającej mnie większości na tematyce wojennej, a ja wolę, raczej częściej niż rzadziej, żyć w przekonaniu, że wojna to przeszłość. Oczywiście jest to bardzo błędne i głupie myślenie, ale nic nie poradzę na to, że nadmiar złych wiadomości, które krążą dookoła nas, kompletnie mnie rozbija i nie pozwala porządnie funkcjonować. Z tego właśnie powodu wzbraniam się rękami i nogami przed otrzymywaniem tego typu informacji z książek - telewizja, internet i radio w zupełności mi wystarczą...




Książki Mariusz Szczygła chodziły za mną już od dłuższego czasu, choć nigdy nie trafiły na sam szczyt mojej listy czytelniczych marzeń. Chyba podejrzewałam, zresztą całkiem dobrze, że ich czytanie sprawi mi przyjemność, ale raczej nie staną się one dla mnie 'kultowe'. Czytając "Zrób sobie raj" z pewnością odkryłam w czym tkwi siła pisarska Mariusza Szczygła i sukces jego publikacji, ale tak jak podejrzewałam, książka ta mnie nie zaczarowała, choć przyznaję, że Czechy stały się mi bliższe, a ochota na to by je odwiedzić wzmogła się.

W krótkiej przedmowie autor pisze tak: "Marzyła mi się książka o moim ulubionym kraju bez napinania się. Żeby nie musiała odzwierciedlać, obiektywizować, syntetyzować." Po przeczytaniu "Zrób sobie raj" jestem w stanie przyznać Mariuszowi Szczygłowi, że taką właśnie książkę napisał. Powstało dzieło bardzo profesjonalne, logiczne i inteligentne, w którym autor był w stanie zwrócić uwagę swoich czytelników na prawdopodobnie wszystkie główne, zadziwiające nas - Polaków, cechy narodu czeskiego, których nie rozumiemy lub które podziwiamy i których chcielibyśmy uszczknąć dla siebie. Nie wiem na czym skupiał się autor w swoich poprzednich książkach, ale "Zrób sobie raj" to według mnie napisane ze smakiem i bez napięcia rozważania na temat życia duchowo - etycznego Czechów.
Co z nich wynika? Między innymi to, że bez Boga można mieć taki sam kręgosłup moralny  jak ten, który posiadają ci co w Niego wierzą. To, że w Czechach przyznanie się do bycia osobą wierzącą można porównać do przyznania się do bycia gejem w Polsce. To, że Czesi to jeden z najbardziej autoironicznych narodów świata (znany artysta może w centrum stolicy postawić rzeźbę przedstawiającą dwóch mężczyzn sikających na mapę tego kraju i nikogo to nie obejdzie). To, że Czesi mają bardzo stonowany stosunek do przeszłości swojego narodu oraz to, że z punktu widzenia Czecha humorem można zwalczyć wszystko.

"Zrób sobie raj" Mariusza Szczygła to z pewnością przykład bardzo dobrej literatury faktu. Podobała mi się ta książka, przeczytałam ją z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością. Nie jest to jednak książka do której wrócę. Traktuję ją bardziej jako informator niż jako utwór literacki, który wywarł na mnie wielkie wrażenie. Widocznie ja skrytym czechofilem nie jestem:P


M. Szczygieł, Zrób sobie raj, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s.290.