Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W podróży. Pokaż wszystkie posty

2014-02-19

Nie dla mnie Breda Beaty Chomątowskiej. "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie".

W zasadzie to nie wiem, dlaczego zdecydowałam się czytać tę książkę. Chyba jednak magia mediów działa na mnie silniej niż myślałam, bo początkowo nie miałam jej w planach. Przeczuwałam, że mi się nie spodoba, ale później trafiłam na xięgarnię i wywiad z autorką i zaczęłam myśleć, że chyba jednak warto zaryzykować. Ponadto ta okładka! Tak przez wszystkich chwalona, z czym akurat się zgodzę. Tym oto sposobem za "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" się zabrałam. Nie miałam wygórowanych oczekiwań w stosunku do tej powieści, ale niestety nawet one nie zostały spełnione, bo po prostu książka Beaty Chomątowskiej mi się nie spodobała. Nie i już. I zdaję sobie sprawę, że wielu osobom się w tym momencie naraziłam :P




Pozwólcie, że tym razem, zanim napiszę coś od siebie, pójdę na łatwiznę i posłużę się 'gotowcem': "Dwójka bohaterów, koniec lat dziewięćdziesiątych, pierwszy wyjazd na Zachód w poszukiwaniu wolności, zakazanych używek i kolorowych guldenów. Cel: Breda, gdzie tuż po przyjeździe za sprawą spotkanego na ulicy nieznajomego znajdują mieszkanie i pracę w knajpie, w której panuje atmosfera jak z Dymu Wayne'a Wanga. Między opowieściami o imprezach, starych polonusach, sprzątaniu urzędu pocztowego i zajęciach na uniwersytecie rysuje się obraz współczesnej Holandii. Kraju, o którym wiemy wciąż niewiele, choć dziś jest drugim w Europie skupiskiem naszej zarobkowej emigracji. Oglądany z bliska okazuje się pod wieloma względami nie mniej egzotyczny, niż gdyby leżał na drugiej półkuli."

Nie przekonuje mnie nazywanie tej książki powieścią, głównie dlatego, że sama autorka w wywiadach przyznaję, że tzw. większa większość tego co znajduje się w "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" to opisane zdarzenia z jej własnego życia. Dodatkowo sprawy nie ułatwiała mi prowadzona w pierwszej osobie narracja (dla niepoznaki główna bohaterka książki i zarazem narratorka ma na imię Beata...). Gdzieniegdzie autorka próbuje nam pokazać, że potrafi 'wejść' w innego bohatera i pokierować jego myślami, ale średnio to wychodzi, zważywszy, że przez większość czasu czytamy tylko o tym co myśli i opowiada nam Beata. 

Jak czytamy w opisie książki miałam w niej znaleźć egzotykę.  I co? I nic. A czekałam na to, bo to i Holandia, w której nigdy nie byłam, choć się wybieram i czasy, niby nie tak dawne, ale jednak zupełnie inne. Dodatkowo omamiła mnie jednak okładka i wywiady z autorką i szukałam jakieś oznak zderzenia dwójki Polaków z zaściankowej jeszcze wtedy, zwłaszcza dla zachodu, Polski z tamtą kulturą, która miała być tak drastycznie inna i nieznana. Nic z tych rzeczy, no chyba, że skupimy się na tym na czym skupiła się autorka, czyli na paleniu trawki. No tak, egzotyka! Zwłaszcza dla dwójki 'Polaczków', którzy przyjeżdżają z ograniczoną ilością kasy do innego kraju i w ciągu kilku dni ją tracą na zioła bez których nagle nie moga się obyć... Trzeba sobie jednak jakoś radzić, a więc tutaj komuś trochę tej trawki ukradniemy, tutaj kogoś naciagniemy na to by nas utrzymywał i jakoś to będzie. Wszystko to podane czytalnikowi z hasłem: młodość! Sama mam w swoim życiorysie podobne doświadczenia, bo i wyjeżdżałam do pracy za granicę w czasie studiów i studiowałam w innym kraju, ale nie potrafię odnaleźć się w tej książce, choć z założenia powinnam, bo aż takiej różnicy wieku pomiędzy mną a autorką i bohaterką książki w jednym nie ma. Nie odnalazłam się. Co więcej, nie rozumiem po co tak naprawdę ta 'powieść' powstała? Nic spaktakularnego, ciekawego, pociągającego się głównym bohaterom w tej Holandii nie przydarzyło, szoku kulturowego jakiegoś wielkiego nie doznali, oprócz tego, że ta trawka taka dostępna, że sex z prostytutką legalny i żarty o Papieżu powszechne, no ale bez przesady egzotyką tego nie nazwę i nie nazwałabym nawet w 1998 roku! Pomijając tych kilka rzeczy, to, co opisała w swojej książce Chomątowska, tak naprawdę zdarzyć się mogło w Polsce a Holendrzy wcale tak inni od Polaków nie są (wiem coś o tym z własnego doświadczenia) i jeśli Chomątowska chciała nam w tej książce udowodnić, że jest inaczej to jej moim zdaniem nie wyszło.

Przyznaję, że "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" nie skończyłam czytać. Poległam gdzieś w połowie, może wcześniej i winię za to autorkę. Po pierwsze uważam, że ta książka dużo bardziej broniłaby się, gdyby była reportażem. Co to bowiem za powieść, gdy wszystkie, a jeśli nawet nie, choć takie mam wrażenie, opisane sytuacje są odpowiednikiem tych prawdziwych. To samo z opisanymi w książce osobami. Nie lubię być w ten sposób wodzona za nos, oczekuję powieści z jakimś wstępem, ciekawym rozwinięciem i zakończeniem, a dostaję relację jak to kiedyś gdzieś komuś było. Tyle. Dla mnie ta książka jest bardzo przeciętna, ale zdaję sobie sprawę, że ma wielu fanów, choć nie rozumiem dlaczego? :P Część z nich pisze, że "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" można przyrównać do książek Kerouaca, może, nie znam autora i nie poznam, bo odkąd o nim usłyszałam, wiedziałam, że nie jest to pisarz dla mnie. Pozostaje mi tylko polecić tą książkę jego wielbicielom, reszty nie zachęcam.


B. Chomątowska, "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s.304.

2014-02-03

"Bukareszt. Kurz i krew" Małgorzata Rejmer.

Czasami mam wrażenie, że reportaże to nie są książki dla mnie, że mi z nimi 'nie po drodze'. Z wyboru nie czytam ich często, a jak już za jakiś się 'zabiorę' to rzadko się zdarza, że naprawdę mnie on porwie, że sprawi, że pomyślę "a może jednak warto częściej dawać im szansę?". Tym razem jednak w moje ręce trafiła taka właśnie ksiażka! Nie dość, że sama Rumunia i dokładniej Bukareszt okazały się bardzo wdzięcznym i niesamowicie ciekawym tematem zarówno dla czytelnika, jak i podejrzewam dla pisarki, to dodatkowo ta potrafiła ten tak różny pod wieloma względami od nas naród opisać z taką pasją i szacunkiem, że nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejne jej ksiażki. "Chapeau bas" pani Małgorzato, odnowiła Pani moją wiarę w to, że reportaż to też gatunek dla mnie :)




Do tej pory o Bukareszcie wiedziałam niewiele, zresztą i sama Rumunia kojarzyła mi się z tym, z czym większości Polaków, czyli Ceausescu 'za komuny' a teraz bieda większa niż w pozostałych krajach osieroconych przez komunizm. Na potwierdzenie tego ostatniego stwierdzenia miałam swoją jedyną w życiu wizytę w Rumunii (jakieś 10 lat temu z pewnym zespołem pieśni i tańca :P), kiedy to zaraz po przekroczeniu węgiersko - rumuńskiej granicy nagle, niewiadomo skąd nasz autokar został niemal oblężony przez biegnące za nim boso dzieci cygańskie. Później było trochę lepiej, ale jednak pierwsze wrażenie, to które w człowieku zostaje najdłużej, było negatywnie powalające. Co jeszcze kojarzyło mi się z Rumunią do tej pory? Mój kolega, którego poznałam w Danii i którego rodzice, po tym jak chyba w 1986 roku urodziła się jego młodsza siostra, uciekli z Rumunii do Danii właśnie. Nigdy nie rozmawiałam z nim o tym, bo myślałam: ilu to ludzi uciekało zza Żelaznej Kurtyny do lepszego świata? Teraz z chęcią dowiedziałabym się jakie były powody tego ich wyjazdu, czy nie chcieli być kolejną rodziną, która jest przymuszona do tego by rodzić 'dzieci Ceausescu'? Bardzo możliwe.

W swojej książce Małgorzata Rejmer chyba jako pierwsza uświadomiła mi tak dobitnie, że w dawnym tzw. bloku wschodnim były aż takie różnice bytowe i polityczne pomiędzy poszczególnymi państwami. Można powiedzieć "co kraj, to komunizm". Można również powiedzieć, że w Polsce był komunizm, a w Rumunii KOMUNIZM. I te dwa raczej trudno ze sobą porównywać. 

Jak Małgorzata Rejmer mówiła w wywiadzie dla xięgarni, "Bukareszt. Kurz i krew" składa się jakby z dwóch części, choć nie są one bynajmniej oddzielone od siebie grubą kreską, a raczej się uzupełniają. Mianowicie mamy tutaj opisy Rumunii dawnej i Rumunii teraźniejszej. Nie potrafię powiedzieć, które są ciekawsze. Okazuje się, że ten kraj jest tak inny od tego co znamy 'z własnego podwórka', że o czym by autorka nie pisała, czyta się wyśmienicie z ogromną ciekawością. Oczywiście najbardziej barwne, filmowe wręcz są te rozdziały ksiażki, które opowiadają o dyktaturze Ceausescu. Niesamowite zastraszenie narodu, bieda, donosicielstwo na każdym kroku, niemożliwe do ogarnięcia przepisy, do których zwykły człowiek musiał sie stosować by nie trafić do więzienia, a wcześniej na znane z niesamowitego okrucieństwa, nieporównywalnego z żadnym innym przesłuchania (no może oprócz tych stosowanych przez nazistów w czasie wojny), w trakcie których brat musiał katować brata, czy ojciec syna. Wszystko to, a i jeszcze więcej, sprawia, że ta nasza 'komuna' blaknie i człowiek zaczyna sobie myśleć "było źle, ale jak widać mogło być 1000 razy gorzej". Wspomnenia ludzi, którzy żyli za czasów dyktatury Ceausescu są tym bardziej poruszające, że Rumunii przyjmowali każde kolejne obostrzenie przepisów z takim spokojem, poddaniem wręcz. Ciężko zrozumieć taką mentalność, która to co przynosi los przyjmuje z jakąś zgodą (nawet ta kilkudniowa rewolucja (1989) w trakcie której zostali osądzeni i zabici Nicolae i Elena Ceausescu wydaje się być dziełem przypadku, chwilowym zrywem, który tak naprawdę niewiele nowego przyniósł, bo Ceausescu został po prostu zastąpiony przez kolejnego w hierarchii partyjniaka). Fascynujące, jak inny jest to naród od naszego.

Oczywiście "Bukareszt. Kurz i krew" to również Rumunia współczesna, z tęsknotą za twardą ręką, która weźmie i poprowadzi naród ku lepszemu (nie mogę wyjść ze zdziwienia, że po doświadczeniach zafundowanych im przez Ceausescu, wciąż tak duży procent ludności tak bardzo go ceni), z przekonaniem o swojej szarości, braku wyjątkowości i tożsamości, choć z drugiej strony podkreślanie z dumą faktu, iż Rumuni wywodzą się od Rzymian i Daków, z wszechobecną rezygnacja, która jako cecha narodowa staje się powodem do swego rodzaju dumy.

W końcu, jak sam tytuł wskazuje, książka Rejmer to również książka o samej stolicy Rumunii, Bukareszcie, który jawi się z jednej strony jako miasto widmo z bandami bezpańskich psów, do którego człowiek nie ma ochoty się wybierać, a z drugiej jako "Paryż Europy Wschodniej", który pociąga swoją innością i wyjątkowością architektury chociażby.

Bardzo polecam! Ta ksiażka to świetny reportaż.


M. Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, s.288.

2011-07-18

W podróży z Leszkiem Talko i resztą...

Do Leszka Talko nabrałam sympatii za sprawą jego felietonów w moim ukochanym "Twoim Stylu" oraz nielicznych wywiadów jakie było mi dane zobaczyć w tv (głównie TVN). Inteligentne, niepozbawione humoru i przewrotności wypowiedzi Leszka Talko skutecznie zachęciły mnie do tego, by zapoznać się z jego książkami. Całkiem przez przypadek zaczęłam od książki "Talki w podróży" i pomimo, że książka fajna, myślę, że seria książek o dzieciach (o których Leszek wypowiada się w przezabawny sposób) ma szansę bardziej przypaść mi do gustu:)




"Talki w podróży" to zapis dwóch podróży jakie Leszek Talko odbył ze swoją rodziną po Polsce. Pierwsza odbyła się gdy jego syn miał półtora roku, druga pięć lat później (do podróżującej ekipy dołączyła córka autora). 

Celem pierwszej wyprawy rodziny Talków było po prostu przejechanie przez Polskę. Sposobem na to okazało się rozpoczęcie podróży w jej prawym górnym rogu (Suwałki) i zakończenie w Zgorzelcu. Druga wyprawa Leszka Talki, jego żony i dzieci obejmowała głównie tereny Dolnego Śląska. Obie natomiast pełne były interesujących miejsc, nieprzeciętnych osób, zapomnianych legend, 'niezwykłych' miejsc noclegowych i wszelkiego rodzaju jedzenia.

Leszek Talko napisał ciekawą, lekką książkę, którą można traktować jako przewodnik po miejscach, do których zwykle się nie jeździ lub po prostu jako przyjemną, niezobowiązującą lekturę. Książka "Talki w podróży" napisana jest prostym językiem pełnym humoru, dygresji, ale również trafnych spostrzeżeń dotyczących Polaków, podróżowania czy dzieci. Polecam jeśli ktoś szuka lektury na jeden, góra dwa letnie dni:)


L. Talko, Talki w podróży, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009, s.302.