Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty

2015-03-27

"Uparte serce. Biografia Poświatowskiej" - Kalina Błażejowska.

Powaliła mnie ta książka na łopatki. Dokładniej rzecz biorąc, powaliło mnie na łopatki życie Poświatowskiej, takie w cieniu, w cieniu nierówno bijącego serca. I choć Halina Poświatowska z pewnością nie jest osobą, na znajomości której by mi zależało, to już jej poezja tak. Dzięki tej książce poznałam ją w minimalnym stopniu i teraz mam ochotę na dużo więcej i dużo intensywniej! Kolejna bardzo dobra biografia, którą dane mi było czytać, mam do nich szczęście (chyba też mają do nich szczęście ich autorzy, bo bez interesującego życia, nie ma interesującej opowieści o nim) :) 




Poświatowska zmarła w wieku 32 lat, to ja za rok (!) i chyba właśnie dlatego ta biografia jest mi w jakimś sensie bliska. Nie wyobrażam sobie przez tyle lat żyć w cieniu choroby, która wiem, że w końcu mnie wykończy, przed którą wiem, że mimo prób i nieustannej walki, nie ucieknę. Halina tak żyła. Nie dość żyła, ona tak kochała, cierpiała, pisała i podróżowała. I choć momentami miała dość, nie chciała się poddać temu co niósł jej los.

Choroba serca poetki to choroba nabyta w dzieciństwie, konsekwencja innej. Przed nią Halina była normalnym, zdrowym dzieckiem, pierwszą córką swoich rodziców, kochaną i zaopiekowaną. Chore serce zmieniło wiele w jej życiu, zmieniało jej teraźniejszość, zmieniło przyszłość. Z młodej, rezolutnej dziewczynki, Halina stała się nieustanną wręcz wizytatorką szpitali i senatoriów, która gdy akurat nie była w nich, leżała niemal plackiem w swoim domowym łóżku. O chodzeniu do szkoły nie było mowy, o spacerach z przyjaciółmi, o wspólnych wypadach, zabawach, potańcówkach również. Gdy udało jej się wywalczyć u rodziców uczęszczanie do liceum niedaleko domu, sama po jakimś czasie musiała oddać im rację. I tak było do końca, Halina walczyła o normalność z zaciętością i uporem, ale koniec końców zawsze przegrywała z dusznościami i nierównym rytmem bicia serca, które skutecznie sprowadzały ją do pionu. Tak było również z operacją ratującą jej życie, którą przeszła w wieku 23 lat. Zorganizowana w Stanach Zjednoczonych operacja 'załatania' jej niedomykającej się, nie spełniającej swojej funkcji, zastawki przyniosła jej ulgę i nadzieję na przyszłość. Nagle mogła swobodnie oddychać, spacerować i tańczyć. Nagle zaczęła mieć plany na dalsze swoje życie, na to co robić z nim dalej, gdzie i co studiować, gdzie i jak pracować, kogo kochać. Przez kilka lat spędzonych w Stanach Zjednoczonych, gdzie najpierw dochodziła do siebie po operacji a później uczyła się w collegu, głównymi zmartwieniami Haliny była tęsknota za Polską, rodziną i niespełnione miłości, których miała w swoim życiu kilka. I pisanie, z którym raz było jaj bardzo po drodze a raz wręcz odwrotnie. Po powrocie do Polski Poświatowska nadal nie zwalniała, kontynuowała studia, później pracowała na uczelni i tylko serce zaczęło jej dawać znaki, że jednak jest, że ta walka o jej życie wcale nie jest wygrana.

Kalina Błażejowska napisała książkę od której ciężko się oderwać. Biografia poetki jest bardzo zajmująca a przy tym nie przytłaczająca ogromem faktów. Jest w niej miejsce i na chorobę, i na poezję, i na pisane namiętnie przez Poświatowską listy. Jest w niej miejsce na męża i kolejnych kochanków, na przyjaciela z myślą o którym powstała jej książka "Opowieść dla przyjaciela", na rodzinę i miasta, w których się zakochiwała. Jest w końcu miejsce na śmierć, której Halina oczekiwała (?), która oczekiwała jej. "Uparte serce. Biografia Poświatowskiej" to po prostu kawałek dobrej literatury, wart polecenia.


K. Błażejowska, Uparte serce. Biografia Poświatowskiej, Wydawnictwo Znak, 2014, s.338.

2015-03-21

"Sześć pięter luksusu. Przerwana historia kamienicy braci Jabłkowskich" - Cezary Łazarewicz.

Są scenariusze, nad którymi piszący je scenarzyści główkują miesiącami, jeśli nie latami, czasami wydaje się, że zbyt niewiarygodne. Są też takie jak ten przedstawiony w książce Cezarego Łazarkiewicza, równie niewiarygodne, ale napisane przez życie. Nie można im zatem zarzucić sztuczności, choć trudno uwierzyć, że tak właśnie było, że losy ludzi i (jak to w tym wypadku ma miejsce) miejsc mogą być tak niewiarygodne. Takie właśnie historie lubię najbardziej. Dlaczego o tym piszę właśnie tutaj? Bo dla mnie książka "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia kamienicy braci Jabłkowskich" jest jak scenariusz do serialu kostiumowego, w stylu tych kręconych przez BBC. Wszystko w niej jest spektakularne, i to jak Dom Towarowy Braci Jabłkowskich powstawał, i to jak rósł w siłę, i to jak przetrwał II Wojnę Światową i to jak w końcu upadł po to, by powoli odradzać się jak Feniks z popiołów. Fascynująca historia i fascynująca książka! Do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak bardzo mi się spodobała, bo nie miałam jej w planach i dziełem przypadku jest, że do mnie trafiła :)




W swojej książce Cezary Łazarkiewicz oddaje niejako hołd braciom Jabłkowskim i ich ojcu, pomysłodawcom, twórcom i właścicielom Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. I gdy czyta się tą książkę, nie można się z jej autorem nie zgodzić! Pierwszy w Polsce, wzorowany na najlepszych tego typu budynkach Dom Towarowy Braci Jabłkowskich jawi się nam, tym, którzy urodzili się ponad 100 lat za późno, by móc go oglądać w pełniej krasie i świetności, jako miejsce niezwykłe. Po pierwsze, pionierskie, bo wszystko w nim było nowe i pierwsze (możliwość zamawiania towarów wysyłkowo na przykład! Jabłkowscy dbali o rozwój swojej firmy pod każdym względem). Po drugie, przyjazne i to nie tylko klientowi, ale również pracownikom, o których dbano jak o członków rodziny (oj, wielu, bardzo wielu rzeczy dzisiejsi pracodawcy mogliby się nauczyć od Jabłkowskich...). Po trzecie, architektonicznie piękne i przemyślane w najdrobniejszym szczególe (co na szczęście można nadal podziwiać, bo Dom Towarowy Braci Jabłkowskich szczęśliwie ocalał z pożogi Powstania Warszawskiego).

Oczywiście, jak to w bajkach bywa, po latach przedwojennej prosperity przyszły lata trudne. Czego nie zabrała i nie zniszczyła wojna tego dokonała Polska Ludowa. Jabłkowscy, wrogowie ludu pracującego, wyzyskiwacze i proletariusze, nie mieli szans na to by wygrać z nową władzą, która nie wahała się podejmować żadnych kroków, by bezpodstawnie, bezprawnie , ale jednak 'w świetle obowiązującego prawa' odebrać im Dom Towarowy Braci Jabłkowskich. Jabłkowscy stracili zatem wszystko na kilkadziesiąt lat. Dopiero przemiany polityczne, które zaszły w Polsce w latach 90'tych pozwoliły potomkom założycieli starać się o odzyskanie skradzionego mienia. Jak jednak dowiadujemy się z książki Łazarkiewicza i jak pewnie wiedzą nieliczni (głównie mieszkańcy Warszawy), którzy o tej sprawie słyszeli już dużo wcześniej, batalia o Dom Towarowy Braci Jabłkowskich trwała długimi, długimi latami.

Książka "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia kamienicy braci Jabłkowskich" to pasjonująca lektura. Zwłaszcza część opisująca przedwojenne i wojenne losy Domu Towarowego jak i rodziny Jabłkowskich jest bardzo zajmująca i po prostu przyjemna w odbiorze. Niestety powojenne losy Jabłkowskich i ich własności powodują, że co wrażliwszym na krzywdę ludzką i niesprawiedliwość (czyt. mnie) otwiera się nóż w kieszeni (i nie dotyczy to tylko tego co działo się w czasach PRL, ale w większym nawet stopniu tego, co działo się już w latach '90-tych i kolejnych w wolnej Polsce!). Autor książki, dziennikarz pracujący dla znanych tytułów prasowych, przeprowadza w swojej książce coś na kształt śledztwa dziennikarskiego. Tym sposobem jej czytelnik zostaje dogłębnie poinformowany o tym jak próby odzyskania Domu Towarowego przez prawowitych właścicieli raz za razem spełzały na niczym i kto za tym wszystkim stoi. Niektórych taka forma poprowadzenia tej historii może mierzić, mnie natomiast przypadła ona do gustu, choć przepłaciłam lekturę niektórych fragmentów książki dość mocnymi nerwami.

Podsumowując, uważam, że "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia kamienicy braci Jabłkowskich" jest pozycją literacką godną uwagi. Przyznaję, że nim po nią sięgnęłam nie miałam pojęcia o tym, że takie miejsce w Polsce istniało i istnieje i tym bardziej cenię sobie pracę Łazarkiewicza, który pomimo to potrafił mnie historią tego Domu Towarowego tak bardzo zainteresować. Bardzo dobrze napisana, ciekawa książka. Polecam!


C. Łazarkiewicz, Sześć pięter luksusu. Przerwana historia kamienicy braci Jabłkowskich, Wydawnictwo Znak, 2013, s.256.

2014-06-28

"Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" Joanna Jurgała - Jureczka.

Można by powiedzieć, że o Kossakach napisano już wszystko, a jednak ciągle pojawiają się autorzy, którzy chcą nam udowodnić, że jednak nie, że ta rodzina to niekończące się źródło anegdot, historii i nieznanych wcześniej faktów. Oczywiście najtrudniej o takie 'nowości' u rodziny Wojciecha Kossaka, która nie tylko wiele razy została sportretowana przez Magdalenę Samozwaniec, ale o której również powstało wiele innych publikacji, bo co tu dużo mówić, barwnych postaci w tej części rodu Kossaków nigdy nie brakowało. O bracie bliźniaku Wojciecha, Tadeuszu, już tak głośno nie było, nie jest i prawdopodobnie nigdy nie będzie, bo choć jego córka, Zofia Kossak, była postacią niesłychanie ciekawą, to reszta tej rodziny, z samym Tadeuszem na czele, w porównaniu z barwnymi Kossakami z Krakowa, wypada dość blado niestety. Ale, ale, no właśnie, Zofia Kossak. Czyż to nie ona jest tą najbardziej cenioną z córek braci Kossaków? Czyż to nie ona obdarzona była największym talentem wśród Kossakowych panien? Czy to nie ona udowodniła swoimi działaniami w trakcie II Wojny Światowej, że pod wieloma względami przewyższa swoje bardziej znane (z innych zgoła powodów) córki Wojciecha i tym samym zasługuje na to, by jej osobie poświęcić jednak więcej uwagi? Wiele osób, wśród nich zapewne autorka tej książki, twierdzi, że tak i chyba właśnie dlatego powstała ta książka.




Zofia Kossak (później kolejno Kossak - Szczucka i Kossak - Szatkowska) to jedyna córka (miała czterech braci) Tadeusza i Anny Kisielnickiej - Kossakowej. W przeciwieństwie do swoich kuzynek, które jednak dość łatwo rozgryźć, Zofia jest postacią bardzo niejednoznaczną i przez to ciekawą. Wychowana w zgoła innych warunkach niż Maria i Magdalena, była dla nich uosobieniem głośnej wieśniary, zbyt poważnej by móc z nią utrzymywać ciepłe stosunki. Ta nie była im oczywiście dłużna, bo uważała obie siostry Kossakówny za rozpieszczone i marnujące swoje talenty. Jak wynika z książki Jurgały - Jureczki rzeczywiście Zofia Kossak była 'twardą babą', ale miała i drugą, delikatną stronę, tą która sprawiała, że nie potrafiła obojętnie przejść wobec cierpienia ludzkiego. Wszystko to sprowadza się głównie do faktu jej niezwykłej wręcz działalności na rzecz Żydów w trakcie II Wojny Światowej. To ona przecież, żarliwa katoliczka uważająca Żydów za zagrożenie dla polskiej polityki i gospodarki, gdy w trakcie wojny działa im się krzywda nieporównywalna do innych, stanęła na baczność, zakasała rękawy i razem z innymi, których co rusz zachęcała, a nawet przymuszała do pomocy zajęła się ofiarami Holocaustu. Pomysłodawczyni Żegoty sama wydobywała ludzi z getta, szukała im miejsc ukrycia po drugiej stronie, ludzi, którzy przechowają i nie zdradzą. Po wojnie okazało się, że zarówno postawa Zofii w czasie jej trwania jak i przedwojenna, przesiąknięta patriotyzmem twórczość literacka działają na jej niekorzyść. Uprzedzona o istniejącym niebezpieczeństwie przez osobę 'życzliwą' wyjechała z mężem do Wielkiej Brytanii, gdzie jednak do końca swojego tam pobytu nie mogła się tak naprawdę odnaleźć. Tęsknota za ojczyzną, wspomnienia i mylne pojęcie o samej Polsce tamtych czasów sprawiły, że po latach wróciła na łono swojej ojczyzny.

Książka Joanny Jurgały - Jureczki to biografia, aczkolwiek dość nietypowa, bo posiadająca małe, bo małe, ale jednak, fragmenty fabularyzowane. Autorka podeszła do swojej pracy nad biografią Zofii Kossak bardzo rzetelnie i dlatego wierzę, że osoby, które Zofię Kossak kojarzą jedynie 'z nazwiska', a które chcą się o tej nieprzeciętnej kobiecie dowiedzieć czegoś więcej, będą z tej książki bardzo zadowolone. Ja mam do niej trochę mniej entuzjastyczny stosunek, a to dlatego, że wcześniej czytałam cudowną książkę Anny Szatkowskiej (córki Zofii Kossak) pt. "Był dom...", którą Joanna Jurgała - Jureczka nie raz i nie dwa się wspierała przy pisaniu tej biografii. Chyba właśnie dlatego momentami czułam jakby książka "Zofia Kossak. Opowieść biograficzna" była książką bardzo wtórną, bo powtarzającą to, co już kiedyś zostało przez kogoś opisane. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że nie ma fizycznej możliwości by autorka biografii nie korzystała z różnych źródeł przy jej tworzeniu i dlatego w żaden sposób tej książki nie neguję, zwłaszcza, że i ja znalazłam w niej fragmenty, które przykuwały moją uwagę (głównie chodzi mi tutaj o te opisujące dzieciństwo Zofii Kossak oraz okres jej przymusowej emigracji).


J. Jurgała - Jureczka, Zofia Kossak. Opowieść biograficzna, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s.327.

2013-06-15

O ojcu z polotem. "Awantury na tle powszechnego ciążenia" Tomasz Lem.

Nierzadko zdarza się, że potomkowie lub małżonkowie ludzi wielkich i znanych biorą się za pisanie książek, które życia tychże dotyczą i w jakiś sposób mają nam je przybliżyć. I jak to w życiu bywa te dobre wydawnictwa przeplatają się z tymi, o których chcielibyśmy zapomnieć lub które tak naprawdę, dla dobra ich głównego bohatera, powstać nie powinny. 
Jako, że jestem nieuleczalną fanką wszelakich autobiografii, biografii czy wspomnień, na mojej półce znajduje się określona (regularnie zwiększająca się) liczba książek, które zostały napisane przez dzieci czy współmałżonków ludzi, których cenię. Pojawienie się na tej półce książki Tomasza Lema "Awantury na tle powszechnego ciążenia" nie było przypadkowe, aczkolwiek Stanisław Lem nie jest pisarzem, którego dzieła znam i którymi się zaczytuję. Niestety, fanką fantastyki, w tym fantastyki naukowej, nie byłam nigdy i raczej nie zanosi się na to, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić. Po książce Tomasza Lema natomiast stałam się niejako fanką samego Stanisława Lema!




Tomasz Lem jest jedynym, późnym dzieckiem, Stanisława Lema i jego żony Barbary. Jak sam przyznaje, pisanie książki o ojcu okazało się o wiele trudniejsze niż przypuszczał i jak nic innego uświadomiło mu jak bezstresowe w porównaniu z pisaniem tekstu własnego, jest tłumaczenie książek innych. Całe jednak szczęście, że trudności, które napotykał w trakcie jej tworzenia, nie zniechęciły go do tego, by "Awantury na tle powszechnego ciążenia" skończyć. I to z powodzeniem.

Przedstawiony w "Awanturach na tle powszechnego ciążenia" Stanisław Lem jest człowiekiem, którego chce się poznać. Nie sposób bowiem nie polubić tego "opiekuna słodyczy", który w swoim gabinecie chowa przed pozostałymi członkami rodziny całe pokłady słodyczy zjadanych później w tajemnicy, tego obdarzonego niesamowitym poczuciem humoru uparciucha, tego kochającego ojca, stojącego murem za swoim synem, tego fana wszelakich zabawek dla chłopców i w końcu tego znanego na całym świecie autora książek, który do swoich współpracowników wysyłał "listy rozwodowe".
Tomasz Lem napisał o ojcu świetną książkę, która pomimo, że bardzo prywatna i przepełniona miłością do ojca, nie idealizuje go, ale szczerze i z humorem opowiada o jego zaletach i wadach. Tej książki nie da się nie czytać z wielką przyjemnością, a samego Stanisława Lema nie da się nie polubić! Wielobarwny portret autora "Solarisa" czy "Bajek robotów" stworzony przez jego syna, nawet takiego laika w dziedzinie fantastyki jak ja, zachwyca do tego stopnia, że wiem już, iż ze Stanisławem Lemem spotkam się jeszcze nie raz (w najbliższych planach "Lem Mrożek Listy").

"Awantury na tle powszechnego ciążenia" są naprawdę świetną, lekką lekturą, po którą warto sięgnąć. Polecam!

"Musiałem przerwać pisanie, bo Tomek, odrabiając kaligrafię, wypisał wszystkie litery sposobem Leonarda da Vinci, tj. zwierciadlanym - to się dzieciom zdarza - i była kłótnia, czy ma powtarzać; uważał, iż Pani może użyć lusterka. Uznałem jako arbiter, że MUSI...
(Z LISTU DO ALEKSANDRA ŚCIBORA-RYLSKIEGO, WRZESIEŃ 1975)"


T. Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s.268.

2013-05-08

"Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty" - Danuta Grechuta i Jakub Baran.

Marek Grechuta jest moim idolem od zawsze. Nie potrafię nawet odnaleźć w swojej pamięci momentu, w którym tego artystę odkryłam i w którym jego muzykę poznałam. Chyba po prostu takiej chwili nie było. Chyba po prostu wrodziłam się w jego twórczość. Do tej pory pamiętam jak w wieku kilku lat biegałam po domu i śpiewałam "Dni, których nie znamy" Grechuty. Wraz z mijającymi latami podobne zachowania mnie nie opuściły, wszak kto raz pozna jego utwory, nie uwolni się spod ich wpływu nigdy. 

Gdy tylko na horyzoncie pojawiła się zapowiedź książki o Marku, wiedziałam, że prędzej czy później znajdzie się ona na mojej półce. I cieszę się, że ją kupiłam, choć przyznaję, że jej forma trochę mnie rozczarowała. Nie byłam przygotowana bowiem na wywiad, raczej oczekiwałam narracji tak jak to było np. w przypadku książki "Gustaw i ja" Magdaleny Zawadzkiej. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi taka forma spisywania i wydawania wspomnień niż  wywiad - rzeka z żoną artysty. Pomijając jednak ten fakt, który i tak przecież dla większości czytelników wcale problemu stanowić nie musi, książka z pewnością warta jest uwagi, zwłaszcza jeśli jest się fanem Grechuty. 




Książka osnuta jest wokół wspomnień żony Marka Grechuty dotyczących ich wspólnego życia, które zaczęło się w roku 1968 i trwało ponad trzydzieści lat, do momentu, w którym Marek zmarł w wyniku ciężkiej choroby. Danuta Grechuta opowiada zatem wiele o początkach znajomości z Grechutą, o tym jak wyglądało późniejsze życie młodego małżeństwa, czas gdy na świecie pojawił się ich syn Łukasz a także kolejne lata ich wspólnego życia. Oczywiście wspomnienia dotyczące życia prywatnego nierozerwalnie połączone są z tymi dotyczącymi życia zawodowego Marka Grechuty, któremu to również była podporządkowana Danuta. Z książki dowiadujemy się zatem wiele, nie tylko o tym jak toczyła się i jakie kierunki obierała kariera Marka, ale również o tym jakie były początki czy koniec istnienia zespołu Anawa (który to wyłonił się z kabaretu studenckiego), jakie stosunki panowały pomiędzy jego członkami, jak zmieniał się skład zespołu i co takowe zmiany powodowało. Poznajemy historię powstawania wielu sztandarowych utworów Marka Grechuty i Anawy, takich jak chociażby "Tango Anawa", "Serce", "Niepewność" czy "Nie dokazuj". 

Z pewnością zaletą tej książki jest fakt, iż Danuta Grechuta była naocznym świadkiem niemal wszystkich opisywanych w niej zdarzeń, a jeśli nawet tak nie było, był Marek, który o tym co go na co dzień dotykało czy spotykało opowiadał żonie. Dlatego właśnie książka Jakuba Barana i Danuty Grechuty jest bardzo wiarygodna, co sprawia, że czyta się ją z niekłamaną przyjemnością. Oczywiście dla chcącego nic trudnego i dlatego znajdą się również wady. Jak już pisałam wcześniej, mnie samej nie bardzo spodobała się sama forma książki. Chyba również dlatego, że wywiad - rzeka w całej okazałości pokazuje czytelnikom jakim człowiekiem jest żona Marka, Danuta Grechuta. Okazuje się bowiem, że ja osobiście wyobrażałam sobie żonę takiego człowieka jak Marek Grechuta całkiem inaczej i trochę się rozczarowałam poznając ją jako osobę tak bardzo pragmatyczną, tak mocno stąpającą po ziemi i tak krytyczną wobec mojego idola. Poza tym niesamowicie wręcz drażniło mnie, gdy żona mówiła o mężu tymi słowy: "pan Grechuta", "artysta Grechuta" czy "pan mąż". Nie wiem jak Wam, ale mnie tego typu zwroty rażą sztucznością i jakoś nie potrafię zrozumieć dlaczego żona, najbliższa osoba swojego męża, mówi o nim w ten właśnie sposób? Nagle czytelnikowi wydaje się, że rozmówczyni mówi o kimś dla siebie obcym lub co najmniej średnio bliskim. Może to jednak tylko moje wrażenia.

O jakich wadach tej książki bym jednak nie napisała, uważam, że sięgnięcie po nią było dobrą decyzją. Wszak moim celem było poznanie bliżej osoby Marka Grechuty i cel ten, za sprawą tej książki, został osiągnięty. Polecam :)


D. Grechuta & J. Baran, Marek. Marek Grechuta we wspomnieniach żony Danuty, Wydawnictwo Widnokres, Kraków 2012, s.432.

2012-09-04

Nie taki anioł krystaliczny... "Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn" - Donald Spoto.

Odkąd zobaczyłam Audrey po raz pierwszy w filmie "Breakfast at Tiffany's" stała się ona 'moją' gwiazdą, taką na wieki wieków, niedoścignioną, nie do zastąpienia. Wystarczył jeden jedyny film (w przeciwieństwie do Marilyn Monroe, do której przekonywałam się latami i która dopiero ostatnio trafiła na mój prywatny firmament 'tych ukochanych i uwielbianych') i byłam nią oczarowana, zresztą nadal jestem. Audrey Hepburn to dla mnie bowiem klasa sama w sobie, delikatna uroda połączona z silnym charakterem w jej wydaniu tworzyły mieszankę wybuchową, duma której nigdy nie łączyła z wywyższaniem się nad innymi, wiara w miłość i hierarchia wartości w której rodzina, zwłaszcza dzieci zawsze stały na pierwszym miejscu, w moich oczach przysparzały jej tylko i wyłącznie podziwu. Dodatkowo, to była naprawdę dobra aktorka, nie najlepsza, ale z pewnością dobra!:)




Książka Donalda Spoto pozwoliła mi odkryć inną Audrey, nie tak krystalicznie czystą i doskonałą jaką była w moich wyobrażeniach, co nie koniecznie znaczy, że gorszą. 'Moja gwiazda' nabrała po prostu bardziej ludzkiego kolorytu!:P Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że Audrey nie obce były romanse, i te z żonatymi mężczyznami, i te podczas których ona sama była żoną innego mężczyzny, nie obca jej była również strata dziecka (doświadczyła kilku poronień, a także raz urodziła dziecko, które niestety było już martwe), czy głód, który niemal doprowadził ją do śmierci podczas II Wojny Światowej. I pomimo, iż dla wielu jej historia jest jak bajka o Kopciuszku, to jednak nie jest tak do końca, no chyba, że ta wersja Kopciuszka nie kończyłaby się słowami "i żyli długo i szczęśliwie", bo pomimo, iż kilka ostatnich lat swojego życia spędziła w towarzystwie kochającego mężczyzny, to jej dwa poprzednie małżeństwa do udanych nie należały i choć przyniosły jej dwóch synów, przepłaciła je depresjami. Wychowywana przez nie umiejącą okazywać swych uczuć matkę i pozbawiona w dzieciństwie ojca, który emocjonalnie upośledzony opuścił córkę i nie wyrażał żadnego nią zainteresowania przez długie lata, sama marzyła o miłości na całe życie i rodzinie, dla której gotowa byłaby zrezygnować z blichtru jaki przynosiło ze sobą aktorstwo i sława. Niestety jak to w życiu bywa, pomimo, że była gotowa poświęcić wiele dla swoich współmałżonków, oni mimo iż ją kochali, widzieli w niej przede wszystkim gwiazdę filmową, która pomoże im w ich własnych karierach (zwłaszcza Mel Ferrer próbował aktorsko i reżysersko 'wypłynąć' na jej osobie). Z każdym z nich Audrey wytrwała w małżeństwie około 10 lat i każdy dał jej jednego syna (Sean Hepburn Ferrer ze związku z Melem Ferrerem i Luca Dotti ze związku z Andreą Dottim). Oczywiście Hepburn nie była naiwną, wiernie trwającą przy boku męża żoną, która nie chce widzieć, że w jej małżeństwie dzieje się źle. Z biografii dowiadujemy się bowiem, iż pomimo, że do końca starała się ratować swoje małżeństwa, to jednak sama również szukała czasami pocieszenia w ramionach innego mężczyzny. Tak było w trakcie trwania jej małżeństwa z Ferrerem kiedy wdała się w romans, najpierw ze scenarzystą Robertem Andersonem, a później z młodszym od niej aktorem Albertem Finneyem. Jak już pisałam, nie taki anioł krystaliczny...:P Przyznaję zatem, że "Oczarowanie" Donalda Spoto otworzyło mi oczy na prawdziwą Audrey, nie tak idealną jak myślałam, ale nadal czarującą i pociągającą kobietę 'z krwi i kości'.

Warto jednak pamiętać, że książka ta nie skupia się tylko i wyłącznie na życiu prywatnym Audrey Hepburn. Jak bowiem wiadomo, to bardzo mocno splatało się w jej wypadku z  życiem publicznym, filmowym. I tutaj muszę przyznać, że Spoto w bardzo wyczerpujący i satysfakcjonujący sposób opisał powstawanie praktycznie każdej sztuki w jakiej Audrey zagrała i każdego filmu z jej udziałem jaki powstał. Mamy więc garść faktów dotyczących tworzenia danego dzieła scenicznego czy filmowego, a także garść plotek i ciekawostek na temat osób, które poszczególne filmy i spektakle tworzyły. Ja sama często odnosiłam spisane przez Spoto informacje do swoich prywatnych spostrzeżeń jakie miałam podczas oglądania poszczególnych filmów, w których Audrey była gwiazdą nr.1. Tak było np. w przypadku filmu "Sabrina", w którym Audrey, czyli tytułowa Sabrina porzuca przystojnego blondyna (Williama Holdena w roli Davida Larrabee) na rzecz starszawego już, średnio ciekawego bruneta (Humphrey Bogart, czyli Linus Larrabee). Nie przepadam za tym filmem właśnie ze względu na ten nietrafiony zabieg, dzięki któremu Sabrina wygląda na zdesperowaną, nie umiejącą rozsądnie myśleć dziewczynę, która na wybranka swojego serca wybiera mrukliwego, przepitego starca! Jak się dzięki tej biografii dowiedziałam nie jestem w swoich osądach osamotniona, a Bogart mrukliwy i przepity był nie tylko w filmie... W ogóle Spoto zwrócił moją uwagę na kolejną ciekawostkę z życia Audrey, a mianowicie na fakt, iż w większości swoich filmów jej bohaterki oddawały swoje serce mężczyznom, którzy swobodnie mogliby być jej ojcami. Sama, przy poszczególnych filmach zwracałam na to uwagę, ale nigdy nie zebrałam tego 'do kupy' i dlatego nie zdawałam sobie sprawy, że w istocie dziwne upodobania mieli reżyserowie ją obsadzający...:P

Książka jest wyczerpująca, ilość poruszonych wątków z życia Audrey Hepburn w całości mnie usatysfakcjonowała i jedyne co mogę jej zarzucić, to minimalna ilość zdjęć. Jako fanka urody Audrey chciałabym ich więcej, ale widocznie od tego są inne wydawnictwa:) Polecam zainteresowanym!


D. Spoto, Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, s.266.

2012-07-18

"Już nie zapomnisz mnie. Opowieść o Henryku Warsie" Ryszard Wolański.

Kto z nas nie zna takich piosenek filmowych jak "Miłość Ci wszystko wybaczy", "Pierwszy znak", "Ach jak przyjemnie", "Już taki jestem zimny drań" czy "Ach śpij kochanie"? Ja sama często z przyjemnością nucę je pod nosem i choć nie zawsze pamiętam, kto i w jakim filmie daną piosenkę śpiewał, nie gra to żadnej roli w momencie gdy przed oczami błyskają mi fragmenty czarno białych produkcji filmowych, w których aktorzy wymawiają cudne 'l' zamiast 'ł'. I choć o naszym rodzimym kinie tamtych lat można powiedzieć wiele złego, zwłaszcza jeśli jego poziom porównamy z tym w pozostałych państwach przedwojennej Europy, to o muzyce, którą polskie filmy tamtego okresu były hojnie okraszone m.in. przez Henryka Warsa, nic niepochlebnego chyba powiedzieć się nie da.




Książkę Ryszarda Wolańskiego swobodnie można nazwać podwójną biografią. Dlaczego? Po pierwsze jest to opowieść o życiu jednego z największych twórców filmowych przebojów, czyli Henryka Warsa. Po drugie natomiast jest to biografia utworów przez niego stworzonych, ponieważ jak się okazuje każdy ma inną, ciekawą historię, którą ze sobą niesie i która towarzyszyła jego powstaniu. Podzielenie książki na trzy zasadnicze części pomaga czytelnikowi w uporządkowaniu tych opowieści, mamy tutaj zatem część warszawską, wojenną oraz hollywoodzką, i każda to nowy rozdział nie tylko w życiu samego Warsa, ale również w życiu jego utworów.

Henryk Wars urodził się w 1902 roku w zasymilowanej żydowskiej rodzinie Warszawskich (jak większość żydowskich rodzin, tak i ta przybrała sobie za nazwisko nazwę miasta z którego się wywodzili). Jedyny syn był nadzieją ojca na posiadania w rodzinie lekarza lub prawnika i dlatego podczas gdy jego trzy siostry pobierały nauki gry na fortepianie jemu była ona oszczędzona, co nie oznacza, że siostry nie zaraziły go swoją muzykalnością. Co więcej, z czasem okazało się, że to jego właśnie natura obdarzyła największymi muzycznymi talentami. Wydaje się, że Wars urodził się w najgorszym możliwym czasie, gdyż nie tylko jego nauka i kariera były regularnie niemal przerywane przez wojny i rewolucje, ale również czas w którym przyszło mu żyć nie pozwolił mu na całkowite rozwinięcie swoich muzycznych możliwości. Niestety to uczucie niespełnienia towarzyszyło mu do końca życia.

Jego przedwojenna kariera rozpoczęła się od teatru rewiowego Morskie Oko oraz kolejno zespołu rewelersów, wytwórni fonograficznej Syrena Record i różnorakich rewii w których występowali aktorzy i piosenkarze. Na końcu znalazł się film, który upomniał się o Warsa w roku 1929. Wtedy to Henryk został kompozytorem muzycznym, a zaczęło się od filmu "Na Sybir". Wars się sprawdził i stopniowo stał się jednym z trzech najchętniej zatrudnianych kompozytorów muzyki filmowej, która obejmowała również tworzenie piosenek, które byłyby nie tylko częścią filmu, ale również jego reklamą poza ekranem kinowym. Henryk Wars tworzył zatem melodie dla Ordonówny, Bodo, Dymszy, Pogorzelskiej, Żabczyńskiego i innych ekranowych gwiazd okresu międzywojennego. Wypracował własny, niepowtarzalny w tamtym czasie styl, który był połączeniem tradycyjnej polskiej muzyki z jazzem uważanym za nowość na polskim gruncie muzycznym i choć marzenia o tworzeniu i komponowaniu muzyki, która zagościłaby na dużych, poważnych scenach muzycznych go nie opuszczały, to  właśnie film stał się jego powołaniem...

Książka Ryszarda Wolańskiego powinna chyba być uznana jako publikacja popularnonaukowa ze względu na ilość informacji w niej zawartych. Szczęśliwie dla 'zwykłego' czytelnika napisana jest jednak na tyle lekkim językiem, że ta jej popularnonaukowość nie rzuca się w oczy w stopniu, który przeszkadzałby w płynnej lekturze. Książka uzupełniona jest bardzo licznymi zdjęciami oraz notkami bibliograficznymi wszystkich ważniejszych osób w niej wymienianych. Dodatkowo do publikacji dołączona została płyta z zestawem 26 piosenek, które nagrane w latach 30-stych XX wieku przenoszą słuchacza w świat, który bezpowrotnie zginął wraz z nastaniem wojny... 


R. Wolański, Już nie zapomnisz mnie, Wydawnictwo Literackie Muza S.A., Warszawa 2010, s.294.

2012-07-10

"Singer. Pejzaże pamięci" Agata Tuszyńska.

Tuszyńska umie pisać dobre biografie i właśnie po raz kolejny się o tym przekonałam. Jak dotąd przeczytałam trzy książki, które wyszły spod jej ręki, mianowicie "Oskarżona: Wiera Gran", "Rodzinna historia lęku" i najnowsza w mojej osobistej kolekcji "Singer. Pejzaże pamięci". Zastanawiające, że najsłabsza z tych książek to ta druga, biografia jej własnej rodziny, która jakoś mi się nie kleiła. Za to pozostałe dwie, świetne! Książka o Gran może trochę lepsza, ale fakt iż wczorajszego dnia przeczytałam prawie 400 stron biografii Singera świadczy o tym, że i ta jest niczego sobie. Wciąga bardzo!




Isaac Bashevis Singer, laureat Nagrody Nobla z 1978 roku i autor między innymi "Sztukmistrza z Lublina" urodził się w 1902 w Leoncinie jako trzecie dziecko rabina Pinkasa Mendela Singera i jego żony Batszewy z domu Zylberman. Ojciec Isaaca był chasydzkim rabinem dla którego religia, jej zagadnienia i szukanie w niej odpowiedzi na problemy życia codziennego były sensem życia. Pinkas spędzał całe dnie nad Torą, robiąc notatki i komentarze, tłumacząc ją ludziom, którzy zwracali się do niego z problemami, natomiast zajmowanie się dziećmi spadło na Batszewę, która wychowana przez ojca rabina chciała takiej przyszłości dla swoich synów. Jak napisze kiedyś starszy brat Isaaca, Israel Joszua, dom Singerów był jednym z tych, w których "wszystko było grzechem". Dzieci pozbawione zabawek bawiły się (jak napisał o tym Isaac) pustymi kałamarzami, kartkami papieru bądź przewracając kartki książek tam i z powrotem. "Nasz dom był raczej domem nauki niż normalnym domem, domem Boga bardziej niż domem człowieka" [s.49] powie kiedyś Joszua. Religia była powietrzem, którym oddychali na co dzień, miała stać się ich przyszłością.

To Israel Joszua był tym pierwszym znanym Singerem. Oczekiwany z niecierpliwością pierwszy syn, urodzony po rozczarowujących narodzinach córki, był ulubieńcem matki. Gardzący pobożnym ojcem Joszua buntował się nie tylko przeciwko niemu samemu, ale również przeciw wierze ojca. Stał się ateistą, zaczął działać literacko w prasie żydowskiej. Gdy zaczął odnosić pierwsze sukces literackie pociągną za sobą młodszego brata, najpierw do Warszawy, później w 1935 roku do Nowego Jorku. Wszędzie tam, Isaac był zdolnym, acz młodszym, fajtłapowatym i nierozgarniętym bratem TEGO Singera, wybitnego pisarza. Wydaje się, że dopiero po przedwczesnej śmierci starszego brata, swojego protektora i opiekuna, Isaac Singer rozwinął pisarskie skrzydła. 

Isaac Singer nigdy nie pisał o Zagładzie, nie wspominał swojej matki i najmłodszego brata, którzy zginęli w jednym z obozów, nie pisał po polsku choć spędził w tym kraju 30 lat, nie znał  Polaków, do pewnego momentu nie znał również języka polskiego, później posługiwał się nim, ale z bardzo mocnym żydowskim akcentem, nie potrafił pisać swoich książek w innym języku niż jidysz, pomimo iż twierdził, że jidysz to język kupców, biedaków i rabinów nie natomiast lekarzy czy prawników i że w tym języku z pewnością wszystkiego powiedzieć się nie da. Jemu to wystarczało, swoje książki bowiem osadzał w przedwojennych społecznościach żydowskich zamieszkujących tereny Polski. Przeszłość i tylko przeszłość tworzyła fabułę jego książek.

Kiedyś napisał: "My, Żydzi, jesteśmy jednocześnie obywatelami Polski i obcymi w tym kraju. Mój ojciec na przykład nie znał polskiego. Ja mówiłem po polsku z silnym akcentem. Moi przodkowie żyli w tym kraju kilkaset lat, a ciągle byliśmy tu obcy. Zdawałem sobie sprawę, że żadna rewolucja nie mogła zjednoczyć, połączyć tych dwóch głęboko podzielonych i obcych społeczności" [s.232]. I jak można wywnioskować z książki Tuszyńskiej tak właśnie było, nierzadko Żydzi wydawali się mniej ciekawi świata swoich nieżydowskich sąsiadów niż to było na odwrót. Sam Isaac Singer przyznawał się do tego, że nie znał Polaków, nie obchodzili go ani oni, ani to co działo się w Polsce, jego rodzina nie zwróciła żadnej uwagi na fakt odzyskania przez Polskę niepodległości, tak jakby Żydzi w Polsce stanowili odrębne państwo. Faktem jest jednak, że Warszawę nazywał swoim miastem i poruszał się po niej bezbłędnie. 
W jego książkach Polacy to pijaki i zapatrzone w siebie nieroby, dla których pozycja w społeczeństwie jest wszystkim. Singer uważał Polaków za antysemitów, ale twierdził również, że Żydzi to komuniści, którzy pójdą tak gdzie upatrzą jakiś interes dla swojego narodu.

Nie lubiany przez Żydów, którzy w większości uważali, że niesłusznie dostał Nagrodę Nobla, że jego brat był lepszym pisarzem, a on został nagrodzony na fali europejskiego poczucia winy po tym co działo się w trakcie II Wojny Światowej. Dla tych którzy ocaleli, byli świadkami lub wiedzieli po prostu jaki był Holocaust, jego pisanie o polskich Żydach jako o szaleńcach, fanatykach religijnych ogarniętych w tym samym czasie rządzą seksu było niemoralne i niewłaściwe. Buntowano się przeciwko niemu jako pisarzowi, który obrażał Żydów, stwarzał niepochlebny obraz żydowskiego społeczeństwa, zakłamywał rzeczywistość pisząc tylko o brudzie, ubóstwie, seksie i klapkach na oczach tego narodu wybranego. Nie godziło się. Oskarżany był tym samym o antysemityzm, choć sam uważał, że nie wyrządza narodowi żydowskiemu żadnej krzywdy. Powiedział: "Pisarz nie staje się zły, ponieważ pisze o złych ludziach i vice versa. A poza tym dobrzy ludzie są nudni. Nawet dobrzy ludzie nie chcą czytać o dobrych ludziach" [s.390] Był tym, który pozwolił 'nie Żydom' zajrzeć wgłąb żydowskiej społeczności i to go przekreślało w ich oczach.

Nazywany był często dziwakiem i skąpcem, który porozmawiał ale nigdy nie pomógł. Faktem jest, że od swoich lat młodzieńczych Bashevis nie chciał od nikogo pomocy, nawet od starszego brata, do wszystkiego chciał dojść sam, później uważał, że inni powinni postępować jak on i nie ułatwiał im niczego. Nawet własnemu synowi. 
Pociągała go duchowość i choć nie wyobrażał sobie bycia chasydem, uważał, że odejście od religii i wiary jest pierwszym stopniem do unicestwienia. 
Nazywany był potomkiem Szeherezady, mistrzem opowieści. Sztuki tej nauczył się w żydowskich miasteczkach przedwojennej polski, gdzie gawędziarstwo było istotną częścią życia. Później tak również obrał sobie cel pisania: opowiedzieć historię.

Agata Tuszyńska napisała naprawdę porywającą, ciekawą biografię równie ciekawej osobowości. Pomimo, iż jak wspomina na początku książki, spóźniła się na śmierć Isaaca Singera, ze strzępków informacji, rozmów, z książek które napisał potrafiła wyodrębnić to co do napisania ciekawej, porywającej i rzetelnej biografii jest najważniejsze. Dodatkowo uzupełniła książkę wspomnieniami osób pamiętających przedwojenne żydowskie społeczności, to jak i gdzie żyli, jakie były stosunki między Polakami a Żydami. Na kanwie tych wszystkich zdobytych informacji powstała naprawdę bardzo dobra książka. Warta przeczytania.

"Jestem obcy w żydowskiej literaturze. Jestem obcy wśród Żydów. Jestem obcy wśród gojów. W ogóle jestem obcy. I pogodziłem się z tym." [s.391]


A. Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.568.

2012-03-16

Niezwykłe dzieje rodziny Bronte, czyli "Na plebanii w Haworth" Anny Przedpełskiej - Trzeciakowskiej.

Zastanawiam się jak to się stało, że sięgnęłam po książkę Anny Przedpełskiej - Trzeciakowskiej "Na plebanii w Haworth"? Przyznaję bowiem, że nigdy fanką twórczości sióstr Bronte nie byłam i chyba nigdy nią nie zostanę. Do tej pory przeczytałam jedynie "Dziwne losy Jane Eyre" autorstwa Charlotte Bronte i bardzo prawdopodobne, że na tym poprzestanę. Po "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte nie sięgnę na pewno, nie lubię odczuwać lęku czy niepokoju podczas lektury, zwłaszcza tych wynikających z szaleństwa czy tajemniczości bohaterów, które to odczucia w pewnym stopniu dały mi się we znaki już w "Dziwnych losach Jane Eyre", a które to przecież dopiero w "Wichrowych wzgórzach" dochodzą w pełni do głosu. Co do książek, które wyszły spod ręki Anne Bronte, to mam do nich podobny stosunek i obawiam się ich atmosfery. Książki sióstr Bronte po prostu nie są dla mnie i przeczytana właśnie przeze mnie biografia tylko potwierdza moją opinię.

A biografia jest porywająca! 
Jeśli mam być szczera muszę przyznać, że początkowo byłam przekonana iż książki nie skończę czytać, a to dlatego, że pierwsze 40 czy 50 stron nie zapowiadało mi tak fascynującego rozwinięcia. Z tego właśnie powodu, trochę znudzona niezbyt atrakcyjnym początkiem swoją jej lekturę na jakiś czas zawiesiłam... Dwa dni temu zdecydowałam, że 'wezmę byka za rogi' i do "Na plebanii w Haworth" wróciłam. Tym razem wsiąkłam na dobre o czym świadczy fakt, że pozostałe 450 stron przeczytałam w niecałe dwa dni!:)




Postanowiłam sobie, że pisząc o "Na plebanii w Haworth" będę jak najmniej starała się wspominać o opisanych w niej faktach z życia sióstr Bronte. Napiszę Wam więc o czymś innym. 
Pamiętam czas, gdy czytałam "Dziwne losy Jane Eyre" (nie miałam wtedy jeszcze bloga, więc nie podzieliłam się z Wami swoimi odczuciami co do tej książki, ale mniejsza z tym:P). Cały czas podczas jej lektury czułam jakiś niepokój z niej płynący, jakiś mrok i tajemnicę, które nie pozwalały mi się od tej książki uwolnić. Nie wiedziałam wtedy nic, ani o życiu Charlotty Bronte, ani o losach jej młodszych sióstr i brata i dlatego właśnie mroczność tej książki wydawała mi się tak bardzo pociągająca i odpychająca w tym samym czasie. Po skończeniu "Dziwnych losów Jane Eyre" wiedziałam i do tej pory jestem o tym przekonana, że do tej powieści już nie wrócę. Nie o tym jednak chcę pisać. Chcę napisać o tym jak biografia autorstwa Anny Przedpełskiej - Trzeciakowskiej otworzyła mi oczy na życie rodziny Bronte i jak bardzo pozwala ona na zrozumienie prawdopodobnie wszystkich powieści, które zostały napisane przez Charlottę, Emilię czy Annę. Nie sądzę, by inna książka w równie wyczerpujący sposób była w stanie wyjaśnić to w jaki sposób ich życie wpłynęło na ich twórczość. A przecież wpływ ten był ogromny, niezaprzeczalny i nieunikniony! Siostry, które prawie całe swoje życie spędziły w murach plebanii w Haworth, które prowadziły drugie, równoległe życie w świecie wyobraźni, które od najmłodszych lat otoczone były tragedią, śmiercią i świadomością nieuniknionego, w końcu które wolne chwile spędzały na dzikich wrzosowiskach nie mogły pisać powieści w stylu Jane Austen czy Elizabeth Gaskell, to nie byłyby one!!! 

Po przeczytaniu "Na plebanii w Haworth" w moim umyśle zbudził się niemały podziw dla wszystkich trzech sióstr, których życie nigdy nie rozpieszczało, które były tak bardzo nieprzystosowane do życia w społeczeństwie i poza plebanią, a które pomimo wszystko umiały o siebie zawalczyć i nadać swojemu życiu dodatkowy sens! Ta wyczerpująco napisana biografia, to umiłowanie Anny Przedpełskiej - Trzeciakowskiej do szczegółów z życia swoich bohaterek, ta umiejętność łączenia faktów w jedną całość sprawiają, że "Na plebanii w Haworth" staje się pasjonującą lekturą czy się tego chce czy nie i czy się tego oczekiwało czy nie! Ja sama, podkreślam jeszcze raz, jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki i tego, że odnalazłam w niej ducha powieści "Dziwne losy Jane Eyre", obecny tam niepokój towarzyszył mi również podczas całej lektury tej biografii! Polecam ją zarówno fankom twórczości Charlotty, Emilii czy Anne Bronte, ale również tym, którzy tak jak ja za ich powieściami nie przepadają, bo ich życie to kolejna niepisana, ale fascynująca powieść.

Na koniec chciałam się z Wami podzielić cytatem, który w bardzo trafny sposób podsumowuje wszystkie siostry zarówno jeśli chodzi o ich stosunek do pisarstwa, jak i pośrednio do samego życia:

"Dla Emilii sztuka była manifestacją jej wewnętrznych doświadczeń, dla Anny była aktem wiary, dla Charlotty stała się zawodem."


A. Przedpełska - Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2010, s.510.

2011-02-22

"Czym jest los? To nasze własne pułapki." [I.B. Singer] czyli genialna "Oskarżona: Wiera Gran" Agaty Tuszyńskiej!

Wiosną 2003 roku Agata Tuszyńska, autorka książki "Oskarżona: Wiera Gran" po raz pierwszy spotkała się ze swoją bohaterką w jej paryskim mieszkaniu niedaleko wieży Eiffela. W maleńskim, zagraconym, zakurzonym miszkaniu Agata Tuszyńska poznała się ze starą, samotną, zgorzkniałą, złośliwą, chorą, ogarniętą manią prześladowczą kobietą - Wierą Gran! Zarówno to pierwsze jak i kolejne, następujące po nim spotkania z legendą przedwojennej Warszawy, pozwoliły nie tylko autorce tej książki, ale również jej czytelnikom poznać siłę zawiści i pomówienia, które nie mają litości nad człowiekiem nimi dotkniętym, niszcząc go całkowicie, dogłębnie i na zawsze...




Agata Tuszyńska napisała genialną biografię fascynującej, silnej kobiety, która przez całe życie nie wyzwoliła się spod wpływu plotki i pomówienia, która przez całe życie walczyła o swoje uniewinnienie i którą te wszystkie działania (zarówno innych jak i swoje) zniszczyły i wpędziły w chorobę psychiczną.

Wiera Gran urodziła się prawdopodobnie na terenie Rosji w 1916 roku (od pewnego momentu swego życia podawała za swój rok urodzin rok 1918) w rodzinie Liby i Eljasza Grynberg. Była ich trzecią, nie do końca chcianą córką (jak się później okazało jedyną, która przeżyła Holocaust). Od wczesnego dzieciństwa Wiera wiedziała, że chce zostać artystką i pomimo, że gdy miała kilka lat ojciec zostawił jej matkę Libę z trzema córkami samą, co tym samym wiązało się z biedą w domu, Wiera dopięła swego. Na początku planowała zostać tancerką, jednak jej zamierzenia pokrzyżował wypadek samochodowy, w którym uszkodziła miednicę a tym samym utraciła swoją szansę na rozwój w tym kierunku. Brak szansy rozwoju jednego talentu otworzył miejsce dla rozwoju drugiego - śpiewu. Pomimo, że Wiera zdawała sobie sprawę, że będąc Żydówką nie ma szans na zrobienie wielkiej kariery w Warszawie, podążyła tym torem i pokonując przeciwności stała się jedną z najlepiej znanych śpiewaczek Warszawy. Jej niski alt uwodził, porywał i wypełniał po brzegi klubo-restaurację Paradis chętnymi, którzy chcieli ją oglądać i jej słuchać.
Wiera Gran zdobyła majątek i sławę, ale wtedy w 1939 roku wybuchła wojna. Miała 23 lata. Postanowiła uciec na wschód z Kazimierzem Jezierskim, zakochanym w niej bez wzajemności młodym lekarzem. Dotarli do Lwowa, gdzie przez jakiś czas mieszkali: on pracował w szpitalu, ona grała w teatrze (już wtedy zsowietyzowanym). Nie potrafiła jednak znieść tęsknoty za ukochaną matką i siostrami. Postanowiła wrócić do Warszawy. Kazek (już wtedy jej mąż, choć do tej pory nie wiadomo czy małżeństwo zostało zalegalizowane) jej towarzyszył. Nie wiedziała do czego wraca, a wróciła do opasek na ramionach, do getta, biedy i głodu. W marcu 1941 roku zapłaciła policjantowi, żeby ją wpuścił do Getta Warszawskiego, chciała być z matką i siostrami. Kazek został po drugiej stronie muru. Żeby nie zwariować i utrzymać w jakiś sposób rodzinę, zgodziła się na występy w Sztuce - kawiarni do której przychodzili nie tylko bogaci Żydzi, ale również Żydzi gestapowcy... To właśnie ona wstawiła się za Szpilmanem, gdy ten przyszedł do Sztuki błagając o pracę, ona przy akompaniamencie jego muzyki pomagała swoim śpiewem jakoś przetrwać to piekło. Zdając sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej sytuacji (zarabiała w Sztuce dobrze jak na warunki getta) starała się pomagać potrzebującym dzieciom organizując zbiórki pieniędzy, jedzenia, dając koncerty na rzecz dzieci czy żebrząc nawet u najgorszych swoich wrogów!
Dzielnicę Żydowską opuściła 2 sierpnia 1942. Miała nadzieję, że uda jej się później wyciągnąć stamtąd zarówno siostry jak i matkę. Zmieniła w swoim wyglądzie wszystko: przefarbowała włosy na blond, zmieniła fryzurę, zaczęła nosić okulary. Mąż zabrał ją ze sobą do Babic pod Warszawę. Tam w ukryciu, doczekała wojny. Nie uratowała ani sióstr, ani matki. Nie zdążyła.
Po wojnie zaczęła szukać pracy, chciała wrócić do śpiewania. Z pierwszą wizytą udała się do Polskiego Radia gdzie spotkała zdziwionego Szpilmana, który powiedział, że jej nie zatrudni, bo współpracowała z gestapo. Tak zaczęło się jej przekleństwo - pomówienie z którym walczyła przez całe swoje życie, z którym się procesowała i z którym nie zdołała wygrać...

Wiera Gran przeżyła w swoim życiu chyba wszystko: ogromne bogactwo, sława i szczęście przeplatały się w nim z  cierpieniem, depresją i bólem. Pomimo, że wielokrotnie przez różne sądy była uniewinniana  od zarzutów i pomówień w stosunku do niej wygłaszanych, jej życie nigdy już po wojnie nie pozbyło się smaku goryczy, obrzydzenia ludźmi i nienawiści do nich za zniszczoną karierę, zniszczone życie. Wszędzie wrogowie, tchórze, niesprawiedliwość, nawet w swoim mężu, który tyle dla niej zrobił, który uratował jej życie a którego zostawiła w 1950 roku wyjeżdżając do Izraela, nie widziała przyjaciela czy wybawcy, nigdy mu nie podziękowała...

Książka Agaty Tuszyńskiej moim zdaniem jest przykładem świetnie napisanej biografii. Teraźniejszość przeplatana z przeszłością, fakty przeplatane ze słowami - wszystko to sprawia, że wiemy iż mamy do czynienia z rzetelną opowieścią o życiu bohaterki. Książkę czyta się błyskawicznie, z wielką przyjemnością i zaciekawieniem, nie sposób się od niej oderwać, nie sposób nie chcieć poznać Wiery jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, nie sposób nie chcieć zrozumieć całego systemu zachowań nie tylko Wiery, ale również innych ocalonych - ocalonych oskarżycieli!
Zdecydowanie podkreślam jeszcze raz, że "Oskarżona: Wiera Gran" to książka fascynująca!!! Polecam!

Moja ulubiona piosenka Wiery (później śpiewana jeszcze przez Kalinę Jędrusik) "Trzy listy".



A. Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.463.

2011-02-10

Jakże miłe spotkanie z Krystyną Koftą - "Fausta".

"Fausta" to moje pierwsze i bardzo owocne spotkanie z twórczością Krystyny Kofty. Pomimo, że autorkę powieści już wcześniej znałam (głównie z felietonów i z powodu jej choroby) i lubiłam, do jej książek jakoś było mi nie po drodze... Aż napotkałam "Faustę". Książkę zdecydowałam się kupić pod wpływem pozytywnej recenzji w TV oraz ponieważ wydawało mi się, że historia w niej przedstawiona jest na tyle ciekawa, że warto zaryzykować. I dobrze, że się tego ryzyka podjęłam, bo teraz wiem, że do Krystyny Kofty teraz będzie mi już bliżej:)




"Fausta" to bezsprzecznie powieść wciągająca od pierwszej strony. Czytając ją nie zdajemy sobie sprawy z upływu czasu, a strony książki uciekają same...

Główne bohaterki są w zasadzie dwie: jedna to tytułowa Fausta a druga to Bogna, znana pisarka dla której Fausta jest pierwowzorem głównej postaci jej powieści. Te dwie kobiety poznają się w szpitalu w momencie, gdy Bogna znajduje się w nim walcząc z rakiem piersi, a Fausta towarzyszy swojemu mężowi w walce z rakiem sutka. To niespodziewane spotkanie w tak niesprzyjających okolicznościach staje się początkiem ich skomplikowanej przyjaźni opartej nierzadko na kłamstwie, podglądactwie, uszczypliwości, niezrozumieniu, ale również wrażliwości, chęci pomocy i walki o tę przyjaźń...

Fausta Fołtynowicz w dzieciństwie mieszkała w ubogiej dzielnicy miasta, miała młodszą siostrę Kamilkę, która zginęła, ukochanego ojca Ludwika Lejmana, który będąc Żydem, nie mógł znieść realiów panujących w Polsce lat 60-tych i przez to odebrał sobie życie i matkę, która po śmierci ojca znalazła sobie takie a nie inne zajęcie, prostytuując się z mężczyznami za pieniądze na wódkę, w mieszkaniu w którym za kotarą spała Fausta... W wieku 14 lat jednak, Faustę spotkała niespodziewana odmiana losu - matka sprzedała ją starszemu od niej o 40 lat Filipowi Fołtynowiczowi. Ten zabrał dziewczynkę w świat luksusu, z którego najpierw posłał ją do szkoły klasztornej a później, gdy Fausta miała 16 lat pojął ją sobie za żonę. Fausta, kochająca i wierząca bezgranicznie w Boga, jest idealną żoną. Mimo, że nie kocha swojego męża jest posłuszna, wierna i troskliwa wobec niego, rodzi mu dwoje dzieci, wychowuje je, dba o mieszkanie i interesy męża, a w skrytości swojego ducha marzy o jego śmierci i o odzyskaniu straconej młodości i wolności. Po około 30 latach małżeństwa Filip umiera. Pomimo, że dzieje się to w domu Fołtynowiczów, w obecności księdza i żony, śmierci Filipa nie można w żaden sposób nazwać spokojnym odejściem do domu Pana... 
Fausta zostaje sama, jest wolna. Co jednak z tą wolnością zrobi? Czy ją we właściwy sposób doceni?

Drugą bohaterką powieści Krytyny Kofty jest Bogna, znana pisarka, która ujrzała Faustę pierwszy raz na sopockim molo i na której ta piękna, młoda dziewczyna w towarzystwie starszego mężczyzny, zrobiła tak ogromne wrażenie i wzbudziła tak wiele znaków zapytania, że stała się bohaterką jej powieści. Bogna zaczęła pisać książkę o Fauście, jednak nie skończyła jej... Po około 30 latach poznała Faustę i jej powieść o dziewczynce z sopockiego mola odżyła na nowo. Bogna jest nie tylko obserwatorką życia Fausty, ale jest również jego komentatorką i towarzyszką. Starsza od Fausty pisarka nie może pojąć przywiązania Fausty do męża, jego pieniędzy, nie potrafi zrozumieć dlaczego Fausta, która Filipa nigdy nie kochała, nie zostawiła go lub nie zdradziła. Bogna stara się odkryć tajemnicę życia swojej bohaterki, która często zakłamuje fakty, omija niewygodne zdarzenia, zaciera ślady...

Uważam, że książka pani Krystyny Kofty jest naprawdę bardzo dobrym kawałkiem literatury kobiecej (chociaż wydaje mi się, że ta książka ma siłę, by w odpowiedni sposób przemówić również do mężczyzn). "Fausta" porusza bardzo ważny problem społeczny (i nie tylko), o którym jednak wam nie powiem, bo za dużo by to zdradziło, z którym Krystyna Kofta umiejętnie się obchodzi, nie narażając czytelników na niepotrzebne zdenerwowanie czy odrazę. W przypadku gdy Fausta jest bohaterką całkowicie zmyśloną przez autorkę (przynajmniej mam taką nadzieję), postać Bogny ma na pewno w sobie dużo, lub przynajmniej trochę z osoby samej autorki "Fausty" czyli Krystyny Kofty. Już sam fakt, że Bogna choruje na raka piersi, że przechodzi zabieg mastektomii, że ma jednego syna i męża z którym jest 'od zawsze' świadczy o tym, że tworząc tę postać Krystyna Kofta 'korzystała' z samej siebie. Muszę powiedzieć, że spodobał mi sie ten zabieg, bo to po trosze takie spotkanie z autorką, jej życiem i procesem twórczym. Poza tym stwierdzam, że zdecydowanie powieść Kofty zmusza do myślenia nad tym jak bezbrzerznie różne mogą być ludzkie losy, jak  to wszystko co widzimy może być tylko cudownie dopasowaną do sytuacji maską, jak cierpienia ludzkie latami mogą siedzieć w ukryciu i po cichu prowadzić o zguby...

Bardzo gorąco polecam tą książkę, zwłaszcza osobom, które z twórczością Krystyny Kofty jeszcze sie nie spotkały, bo wydaje mi się, że tak jak ja po "Fauście" bedą mieć ochotę na więcej!:)


K. Kofta, Fausta, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, 416.

2011-02-06

Tęsknię do Ciebie przez stół... - Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory "Listy na wyczerpanym papierze".

"Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie, tęsknię z Pragi na Kępę, z łóżka w którym leżę - do Spatifu, w którym popijasz z Miniem, na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, tez potrafię tęsknić do Ciebie - przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego..." s.106.




"Listy na wyczerpanym papierze" zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, zakładając, że będę sobie je spokojnie dawkować przez kilka dni... Nie wyszło. Książkę połknęłam z ogromną przyjemnością w cztery czy pięć godzin, żałując, że nie ma jej więcej...

Zawsze pociągało mnie w ludzich to, gdy potrafili w piękny sposób mówić o swoich uczuciach, odczuciach czy przemyśleniach. Zdecydowanie Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora do takich osób należeli, a przejawia się to już nie tylko w ich wiecznie żywych piosenkach, ale teraz również w tych intymnych, prywatnych listach, które na przestrzeni dwóch lat pisali do siebie.

Agnieszka i Jeremi poznali się i pierwszy raz ze sobą zatańczyli w Sylwestra 1964 roku. Ich miłosna historia zaczęła się natomiast 1 lutego 1964, kończąc się definitywnie w czerwcu 1966 roku. Byli ze sobą około dwóch lat, ale nie był to związek prosty i usłany różami. Agnieszka, 28-latnia piękna blondynka, była właśnie po rozwodzie z Wojciechem Frykowskim, Jeremi, 49-letni Starszy Pan w fazie rozkwitu swojego talenu był właśnie po raz drugi żonaty... Ich uczucie dla niego rozpoczęło się bardzo gwałtownie, jej natomiast zajęło to więcej czasu, jednak po przeczytaniu tych listów nie mam wątpliwości, że Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora byli zakochani w sobie 'na zabój'. Nie piszę tutaj o miłości w pełni, bo te dwa lata, w trakcie których ze sobą byli to według mnie jest dopiero 'przedsionek' miłości wypełniony zawrotami głowy, motylami w żołądku i ogromnym zafascynowaniem psychicznym i fizycznym. Piękny to etap w związku, który niestety w przypadku Agnieszki i Jeremiego nie przeszedł w kolejne fazy, a to dlatego, że tych dwoje przestało być ze sobą...

Agnieszka i Jeremi porwali mnie swoimi listami do tego stopnia, że przez cały ten czas, który z nimi spędziłam żałowałam, że świat się aż tak bardzo zmienił, że NIKT już tak nie pisze (nie mówiąc już o tym, że nikt nie pisze samych listów:/). Tych dwoje poetów piosenki, potrafiło w tak uroczy, momentami bezbronny sposób pisać do siebie, że nie sposób od tych listów się oderwać. Zachwyciło mnie w jaki sposób oboje się do siebie w tych listach zwracają. Podczas gdy Agnieszka robiła to bardziej tradycyjnie: Kochany Jeremi! Najmilszy mój! Kochany Książe!, Jeremi to przykład prawdziwego poety w tym względzie: Ostatnia Moja Szanso! Niewymienna Moja Na Nic! czy Śpiewaczko Moja Ucieszna!
Oczywiście nie wszystkie listy przepełnione są poematami na własny temat, bo jak każdy związek, również i ten przechodził swoje wzloty i upadki, związane głównie z częstym niewidzeniem się, bo to albo Jeremi był w Paryżu, albo Agnieszka była w Anglii, Paryżu i Szwecji. Często się mijali i te listy to był sposób by tego ich uczucia nie zaniedbać. Pisali do siebie momentami prawie codziennie. W listach zawierali swoje ogromne ładunki emocji: od bezgranicznej miłości, tęsknoty i bezbronności wobec drugiej osoby, po złość czy niezrozumienie... 

Te listy to nie tylko kawałki papieru mówiące o tym, że kiedyś Agnieszka i Jeremi istnieli tylko dla siebie. Są to również świadectwa ich twórczości literackiej, ponieważ wiele z nich to wymiana piosenek czy wierszy na swój temat, często zaczepnych, posiadajacych drugie dno... Ta książka uświadami nam jak wielką rolę w twórczości obojga miało to uczucie między nimi, jak wiele piosenek z niego powstało: "Na całych jeziorach Ty", "Tango - "Kat"" czy "Pa pa paryski walczyk". Piękne są te piosenki bo też piękne było to uczucie. I tylko trochę szkoda, że po tych dwóch latach wszystko sie rozmyło i każde z nich poszło w swoją stronę... Chociaż podobno takie uczucie nigdy się tak naprawdę nie kończy...


A. Osiecka & J. Przybora, "Listy na wyczerpanym papierze", Wydawnictwo Agora, Warszawa 2010, s.216.

2010-09-14

"Moje życie we Francji" Julia Child - gdy gotowanie i jedzenie staje się czymś więcej.

Jak to jest gdy czynność taka jak gotowanie, staje się sposobem na osiągnięcie szczęścia i spełnienia w życiu??? Ile jest osób, które uważają gotowanie i jedzenie za coś tak prozaicznego, że nawet nie zwracają na nie uwagi? A ile osób jest w stanie zmienić swoje zdanie na temat gotowania po przeczytaniu tej pełniej pasji i miłości do jedzenia książki?! Oj wiele...




                                                              
"Moje życie we Francji" to 500 stron pełnych zapachów, smaków, przypraw i masła. Biograficzna książka Julii Child, która powstała we współpracy z Alexem Prud'homme  powoduje w czytelnikach uczucie zazdrości (przynajmniej mi się to zdarzyło!), bo czyż to nie jest cudowne gdy największa pasja w życiu staje się również sposobem na zarabianie pieniędzy?! 

Julia Child, wzór Amerykanek próbujących swoich sił w kuchni, rozpoczęła swój intensywny "związek" z kuchnią i jedzeniem po przypłynięciu wraz z mężem do Paryża. Paul Child jako pracownik rządowy Stanów Zjednoczonych został wysłany do Francji "na placówkę". Dla Julii jak się okazało później był to najlepszy zwrot w życiu jaki może się przydarzyć. Julia wychowana na tłustej, ciężkiej kuchni amerykańskiej we Francji odkrywa, że jedzenie służy nie tylko dla zaspokajania głodu, ale jest również sztuką. 37-letnia kobieta idzie tutaj do szkoły kulinarnej, gdzie poznaje tajniki francuskiej sztuki kulinarnej, następnie razem z dwoma koleżankami zakłada własną szkołę i zaczyna pracę nad kultową obecnie w Stanach Zjednoczonych książką kucharską "Mastering the Art of French Cooking". 

Książka "Moje życie we Francji" zaraża swoją energią, pasją i apetytem na życie. Jestem pewna, że nie pozostawi obojętnym nikogo, ani ludzi kochających spędzać czas w kuchni ani tych, którzy może jeszcze nie do końca wiedzą co chcą w swoim życiu robić, jakie cele sobie wyznaczać, do czego dążyć... Jak doskonale widać na przykładzie Julii Child: na życie nigdy nie jest za późno! Na spełnianie marzeń, cieszenie się każdym dniem zawsze jest czas i nie ważne ile ma się lat, gdzie się jest i jak się wygląda. Cudne przesłanie podnoszące na duchu w gorsze dni:)

J. Child, Moje życie we Francji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.474.