2011-06-03

Skończyło się - "Kalamburka" Małgorzaty Musierowicz i...

Tak się składa, że skończyłam dzisiaj dwie rzeczy: "Kalamburkę" Małgorzaty Musierowicz i 27 lat!!! Właśnie. Dziś są moje (już!) 27 urodziny. 27 lat to ani dużo, ani mało, ale zawsze to jednak ten jeden rok więcej, który już przeminął i nie wróci... Dlatego też, jak co roku gdy zbliża się, a później nadchodzi ta data, otwierają się w mojej głowie przeważnie zamknięte lub tylko uchylone szufladki z pytaniami typu: Czego chcę od życia? Co mi się do tej pory udało a co nie bardzo? Na czym powinnam się skupić w przyszłym roku? Itp. itd... Tym razem również mnie to nie ominęło...

Pamiętam, że gdy miałam naście lat, kuzynki które miały po 25, 26 lat wydawały mi się takie dorosłe... Teraz sama mam 27 i ciągle wydaje mi się, że na wiele rzeczy jeszcze nie jestem gotowa lub może jednak jestem, ale mam jeszcze czas, bo przecież wciąż jestem młoda. Może na takie moje postrzeganie siebie i świata wpływa między innymi to, że mieszkam w Danii, w której poważne myślenie o życiu zaczyna się po skończeniu 30'stki?!
Zastanawiałam się dzisiaj od samego rana nad tym, jak nasze spojrzenie na życie zmienia się razem z mijającym czasem. Kiedyś chciałam jak najszybciej być dorosła i decydować za siebie, teraz chciałabym decydowanie sobie zostawić, ale jednak zatrzymać czas. Zaczynam bać się mijającego czasu, który uświadamia mi jak wiele jeszcze rzeczy chcę zrobić, jak wiele wyzwań mnie czeka, jak wiele muszę zmienić lub się nauczyć... Czy w ogóle istnieje taka możliwość, by ze wszystkim zdążyć??? Ehhh... wystarczy tych moich pseudorozmyślań:P Czas powrócić do książki, która jakimś dziwnym sposobem idealnie wpasowała się w moje urodzinowe klimaty...:)


Jest nią "Kalamburka" Małgorzaty Musierowicz. Książka Jeżycjadowa, ale inna niż wszystkie... Dlaczego? Dlatego że, po pierwsze tym razem nie idziemy razem z akcją książki do przodu, ale cofamy się w tył. Aż do 1935 roku! Po drugie natomiast, bohaterką książki nie zostaje młoda dziewczyna, przedstawicielka kolejnego pokolenia Borejków, Żaków czy Kowalików, ale sama Mila Borejko - 65 letnia, starzejąca się mama Gabrysi, Idy, Natalii i Patrycji. 

To właśnie razem z Milą (Melanią) Borejko cofamy się w czasie. Odkrywamy między innymi kto to jest Kal Amburka, kim była Gizela Kalemba oraz skąd wzięła się przyjaźń pomiędzy Moniką Kałużną (mamą męża Idy) a właśnie Milą Kalembą (później Borejko). Za sprawą cofającego się czasu, dowiadujemy się jak to się stało, że pierworodna córka Borejków dostała na imię właśnie Gabrysia a nie Wergilia, kiedy i skąd w życiu Melanii Kalemby pojawił się Ignacy Borejko, co go w niej oczarowało i jak ten niepozorny, rudy, nieporadny mężczyzna zdobył jej serce...

Pamiętam, że odkąd w trzecim tomie Jeżycjady poznałam Borejków, zastanawiałam się skąd się wzięło takie małżeństwo jak Ignacy i Mila Borejko. Skąd ta ich miłość do antyku, książek, swoich córek i siebie. Ta książka na te wszystkie moje pytania wyczerpująco odpowiada. Życie Mili opowiedziane jest w piękny, nierzadko wzruszający sposób. Przewija się w nim historia naszego kraju, to w jaki sposób wpływała na ludzkie losy, jak kształtowała charaktery... Dla mnie jest to jedna z najlepszych części Jeżycjady!!! Z chęcią przeczytałabym kolejną tego typu część Jeżycjady...:)


M. Musierowicz, Kalamburka, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2001, s.286.

2011-06-01

"Dłonie" - Małgorzata Szymańska-Warda.

Niezbyt często zdarza mi się, że książę lubię już od pierwszego, zawartego w niej zdania. Najcześciej jest tak, że do książki dorastam, uczę się jej razem z przeczytanymi stronami lub czasami po prostu przekonuję się do niej w trakcie lektury... "Dłonie" Małgorzaty Szymańskiej-Wardy uwiodły mnie już od pierwszego zdania, pierwszej strony. Może to zasługa tego, że wiedziałam o czym książka opowiada, w jaki świat nas wprowadza i ta obietnica spotkania z artystycznymi duszami tak mnie porwała??? Może moje niespełnione marzenia i nadzieje z dzieciństwa o byciu malarką dały o sobie znać... A może fakt, że moja ciocia jest rzeźbiarką i zawsze mnie fascynowało i cieszyło przebywanie w jej towarzystwie, tak pozytywnie mnie do tej książki nastawił. Co by to nie było, stałam się fanką powieści "Dłonie" od samego początku i na szczęście do ostatniej strony nie stało się nic co spowodowałoby u mnie zmianę tej postawy.




"Dłonie" to powieść obyczajowa o pięciu kobietach, które w różny sposób związane są ze sztuką, które w różny sposób ją odbierają i w różny sposób się do niej odnoszą. "Dłonie" to również powieść o dążeniu do szczęścia, spełnienia. To powieść o samotności, smutku, bólu, śmierci i życiu, niesprawiedliwości, wyrzutach sumienia i braku zrozumienia. To w końcu powieść o sztuce, procesie tworzenia, o niezrozumieniu artysty przez 'zwykłych' ludzi i wystawianiu na widok publiczny swojej duszy za pomocą obrazu, rysunku, rzeźby czy filmu...

Maria przylatuje do Paryża na studia. Ma spędzić tutaj pół roku tworząc, ucząc się, zwiedzając miasto i zapominając... Paryż ma stać się dla niej bardzo oczekiwanym lekarstwem na ból, niemoc i strach przed przeszłością, która nie chce jej opuścić. Maria szuka wolności! Chce uwolnić się od tego wszystkiego co w Warszawie powodowało, że czuła się uwięziona, stłamszona i nieszczęśliwa. Nie chce myśleć o byłym, ciężko chorym chłopaku - artyście, o swojej bezradności i strachu przed jego chorobą, o swojej siostrze i jej śmierci. Paryż ma ją uwolnić od wszelkich ograniczeń i pozwolić zapomnieć...

Sara, która przez większość swojego życia czuła się niekochana przez matkę, teraz musi sobie poradzić z jej śmiercią i artystycznym spadkiem, która ta po sobie zostawiła. Dziewczyna, która nie miała ze swoją matką prawdziwego, rodzinnego kontaktu przez kilka lat, teraz musi wejść w jej życie i uporządkować to, co po nim zostało. Pełna bólu, niezrozumienia i uczucia niesprawiedlowości Sara wyjeżdża do Paryża, by tam rozliczyć się z przeszłością swojej matki i by tam poszukać innej, wrażliwszej jej twarzy...

Dorota w wieku osiemnastu lat została namówiona przez swoją siostrę do wizyty u wróżki. Ta z kart tarota z wielką dokładnością i zgodnie z prawdą przepowiedziała Dorocie jej przyszłe życie: wielką miłość mężczyzny z której ta zrezygnuje, wielką namiętność do innego mężczyzny, której ten nie doceni, ale również wielką karierę, która jej się przytrafi. Dorota staje się dobrze zarabiającą malarką, która czerpie inspiracje do swoich prac z tarota, z symboli magicznych i tego, czego nie da się zrozumieć. Spełnienie zawodowe nie rekompensuje jednak samotności i goryczy, która pozostaje w człowieku po źle podjętych decyzjach, które wpływają na całe życie...

Anna, studentka ASP w Warszawie to synonim słów 'nieszczęśliwa miłość'. Młoda kobieta całe swoje stydenckie życie poświęciła miłości do jednego człowieka, Rafała. Ten chory na cukrzycę, zapalony rzeźbiarz ma wpływ nie tylko na jej losy studenckie i sztukę, ale również na jej życie prywatne. To on jest powodem jej niepowodzeń w miłości, to on nie pozwala jej cieszyć się pełnią życia i to on wprowadza w jej życie niepokój, którego ona tak pożąda. Rafał nie pozawala jej się od siebie uwolnić...

Ostatnią bohaterką "Dłoni" jest Maja. Studentka Gdańskiej ASP przyjeżdża na zjazd uczniów liceum plastycznego, do którego uczęszczała zanim wyjechała na studia. Tutaj dopadają ją wspomnenia przeszłości oraz obraz samej siebie sprzed kilku lat. Obraz z którym Maja nie potrafi sobie poradzić. Nie może uwierzyć, że kiedyś była osobą z którą teraz nie zamieniłaby nawet słowa. Wizyta na zjeździe skłania ją nie tylko do tego by spróbować się rozliczyć ze swoją przeszłością. Maja bowiem dowiaduje się o śmierci Julii, siostry jej licealnianej koleżanki Marii i ta właśnie wiadomość staje się przyczynkiem do napisania pewnej pracy...

"Dłonie" to moje pierwsze i mam nadzieję nie ostatnie spotkanie z twórczością Małgorzaty Szymańskiej-Wardy. Zdecydowanie jest to przykład literatury kobiecej, której poszukuję. Książka jest peła emocji, uczuć, prawdziwych, nierzadko skomplikowanych relacji i sytuacji. "Dłonie" to prawdziwa opowieść o życiu, nie tylko młodych, wkraczających w dorosłe życie ludzi, ale także artystów. To opowieść o ich dylamatach, pragnieniach, niespełnieniu czy zapalczywości w tworzeniu. Książka wciąga niemiłosiernie, skłania do refleksji, ale też pozwala nam wejść do świata dla nas zamkniętego. Za jej pośrednictwem zaczynamy czuć zapach farby, fakurę gliny, ciężar piły do cięcia metaly czy kamienia... Małgorzata Szymańska-Warda, która sama jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, doskonale porusza się po tym tamecie i to się czuje! Polecam bardzo serdecznie!


M. Szymańska-Warda, Dłonie, Wydawnictwo Ligatura, Hajnówka 2005, s.329.

2011-05-24

"Romans z trupem w tle" Ewy Stec.

Szczerze powiem, że zaryzykowałam kupując w jednym czasie dwie książki Ewy Stec: "Romans z trupem w tle" i "Klub Matek Swatek". Nie znałam wcześniej tej autorki i przy zakupie mocno sugerowałam się pozytywnymi opiniami jej czytelniczek. Zachęcały mnie głównie wypowiedzi porównujące trochę jej twórczość do tej przedstawianej przez Joannę Chmielewską (choć w tej chwili wydaje mi się to śmieszne i całkiem pozbawione logiki, bo do tej pory przeczytałam tylko jedną (!) książkę Chmielewskiej). Nakręcał mnie pozytywnie również fakt, że książki Ewy Stec to taki typ literatury kobiecej z humorem i tajemnicą w tle... Ponieważ w tej chwili jestem na etapie, w którym mam już dość pensjonatów, domków, hoteli czy barów nad jeziorem,  morzem czy w górach, a miałam ochotę na coś lekkiego, zabawnego i trochę odmóżdżającego postanowiłam dać Ewie Stec szansę, podwójną!:)




Na pierwszy ogień poszedł "Romans z trupem w tle".
Książka opowiada zwariowaną historię Agnieszki Rusałki, która przyłapuje swojego narzeczonego Jacka na zdradzie. Kobieta załamana tym co się stało wybiera się do baru, by tam w odmętach alkoholu ulżyć swojemu cierpieniu i przetrawić jakoś upokorzenie, które ją spotkało. W barze tym, a jakże, poznaje przystojnego Jerzego Bonda (zbieżność nazwisk raczej nie przypadkowa). Mężczyzna roztacza nad nią opiekuńcze, troskliwe ramię i nie mogącą się utrzymać na nogach kobietę zabiera do siebie do mieszkania. Następnego ranka Agnieszka budzi się w nieznajomym miejscu, jednak szybko sytuacja zostaje wyjaśniona i kobieta powoli zaczyna czuć się conajmniej przyjemnie w towarzystwie tego przystojnego mężczyzny. I nie ma znaczenia, że całkiem przypadkowo znajduje u niego w mieszkaniu ukrytą broń. Dzień jednak pędzi dalej i dziewczya jest zmuszona wrócić do swojego mieszkania i życia. Oczywiście w tym powrocie do rzeczywistości może liczyć na swoje niezastąpione przyjaciółki, które nie tylko ukryją ją przed narzeczonym, ale również zabiorą do wróżki...
Jak łatwo było przewidzieć Agnieszka zrywa z Jackiem. Niestety nie jest jej dane uwolnić się od byłego ukochanego, a to dlatego, iż pojawia się w jej życiu krasnal. Krasnal ogrodowy, który zostaje przysłany do mieszkania Agnieszki jako prezent z okazji ślubu, a którego to Jacek chce koniecznie odzyskać. Zemsta jest jednak słodka i Agnieszka nie ma ochoty tak łatwo się rozstać z krasnalem, zwłaszcza, że ma z Jackiem kilka rzeczy do wyjaśnienia...

Nigdy nie byłam i nie będę fanką krwawych kryminałów, dlatego książki typu "Romans z trupem w tle" są moim zdaniem idealne dla mnie. Nie znaczy to, że książka mnie bezgranicznie zachwyciła, ale że sprawiła mi przyjemność i zagwarantował wystarczającą ilość akcji... "Romans na receptę" napisany jest zgrabnie, posiada wartką akcję, bez niepotrzebnego 'mielenia językiem', ale za to z całkiem przyzwoitą dawką humoru. Dlatego też, pomimo iż w pewnym momencie zaczynamy się domyślać o co w tym wszystkim chodzi, książka w dalszym ciągu wciąga i gwarantuje dobrą zabawę. Cała gama bohaterów nie pozwala nam się nudzić, sytuacje budzą ciekawość, a główna bohaterka sympatię. Oczywiście mamy tutaj też wątek romansowy, który jednak nie nudzi, ale całkiem przyjemnie dopełnia całości. Oczywiście były w tej książce rzeczy, które mnie nie porywały, jak na przykład czytanie o tym, co Agnieszka w danej chwili sobie wyobraża, ale w gruncie rzeczy nie wpłynęło to na mój odbiór tej książki. A odbiór jak najbardziej jest pozytywny. Dostałam bowiem od tej książki to czego oczekiwałam, czyli humor, rozrywkę i łatwą lekturę, która w obecnym momencie mojej kariery studenckiej jakim jest sesja egzaminacyjna, sprawdziła się bardzo dobrze. Cieszę się, że mnie nie zawiodła kompletnie i jest szansa, że "Klub Matek Swatek" też mi się spodoba:)


E. Stec, Romans z trupem w tle, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009, s.316.

2011-05-19

"Potencjał erotyczny mojej żony" Davida Foenkinosa.

Dziwna to jest książka. Dziwna książka opowiadająca dziwną historię. Bo czy historia człowieka, który kolekcjonuje chwile w których jego żona myje okna może taka nie być?!




David Foenkinos, którego krytycy postrzegają jako autora wzorującego się między innymi na Witoldzie Gombrowiczu, napisał prawdziwie paryską historię. Głównym bohaterem tej historii został Hektor, człowiek cierpiący na manię zbieractwa. Opowieść, którą snuje autor książki zaczyna się w momencie, kiedy Hektor postanawia popełnić samobójstwo. Umęczony swoim uzależnieniem od zbieractwa i niemożnością wyjścia z nałogu nie widzi innego wyjścia. Na miejsce ostatecznego rozprawienia się ze swoim życiem wybiera paryskie metro, które niestety nie spełnia swojej roli... Hektor ląduje na pół roku w szpitalu psychiatrycznym. Nie powiadamia o tym rodziców, bratu natomiast sprzedaje historyjkę o niespodziewanym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Mija sześć miesięcy.  Hektor wychodzi ze szpitala i jedne z pierwszych kroków kieruje do biblioteki - historia o pobycie w USA musi wszakże mieć jakieś potwierdzenie w jego powiększonej wiedzy na temat tego kraju. W bibliotece właśnie Hektor poznaje Brigitte... Między tym dwojgiem szybko rodzi się napięcie erotyczne i uczucie, dlatego też nie zwlekając pobierają się. Hektor czuje, że w końcu dorósł i uwolnił się od swojej chorobliwej manii. Razem z żoną prowadzi unormowane życie, razem zakładają biuro turystyczne dla melomanów, które z miejsca staje się sukcesem, wydaje się, że wszystko jest tak jak być powinno. Do momentu. Pewnego dnia Hektor zaczyna się przyglądać żonie jak ta myje okna... 

Jak już wspomniałam "Potencjał erotyczny mojej żony" to specyficzna opowieść. Jej narratorem i zarazem komentatorem jest jej autor David Foenkinos, który podsumowuje, uspokaja, usprawiedliwia lub naprowadza czytelnika na właściwy tor myślenia. Chyba z tego powodu książka wydaje mi się trochę schizofreniczna... Sama nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony książka wciąga nas w ten absurdalny, przesycony delikatnym erotyzmem świat, z drugiej zaś męczyło mnie momentami to rozdwojenie jaźni pomiędzy Hektorem i autorem / narratorem tej opowieści. Może dlatego, że nigdy fanką Gombrowicza nie byłam??? "Potencjał erotyczny mojej żony" to książka o roli iluzji, kłamstwa i prawdy w naszym życiu. O tym jak ważny w życiu jest dystans do samego siebie i swoich nieporadności i 'niedociągnięć'. Nie mogę również zapomnieć o delikatnie podanej dawce humoru, która jest obecna w tej książce oraz o jej pozytywnym końcowym wydźwięku...

D. Foenkinos, Potencjał erotyczny mojej żony, Wydawnictwo Sic! s.c., Warszawa 2006, s.129.

2011-05-04

"Ksiądz Rafał. Niepokojne czasy" Macieja Grabskiego i moje małe usprawiedliwienia...

Nawiązując do tytułu książki Macieja Grabskiego, nadeszły niespokojne, trudne czasy dla mojego bloga i mojej aktywności czytelniczej... Tak się jakoś składa, że to co ostatnio dzieje się w moim życiu nie sprzyja zagłębianiu się w lekturę. Ale od początku... W przeciągu ostatniego miesiąca udało mi się być dwa razy w Polsce: pierwsza 'wyprawa' związana była z moją pracą i służbowymi zadaniami, druga natomiast jak łatwo się domyślić była wizytą Wielkanocną:) Co na potrzeby tego bloga muszę wyjaśnić, to to, że na obecnym etapie mojego życia, kiedy to wyjazdy do Polski zdarzają mi się rzadko i na krótko, nie potrafię i nie chcę czasu na nie przeznaczonego 'tracić' nad książką, takie bowiem sytuacje są po to by się spotykać, rozmawiać i bawić! Właśnie dlatego w ostatnim miesiącu przeczytałam tylko dwie (!) książki i pomimo, że z jednej strony czuję się winna zaniedbania tego bloga i mojego życia jako czytelnika, z drugiej ogromnie mnie cieszy, że miałam możliwość spędzenia kwietnia w taki a nie inny sposób!:)

Ponieważ usprawiedliwiłam już czas przeszły, usprawiedliwię też czas przyszły... Maj zapowiada się bowiem w moim życiu równie intensywnie, choć zdecydowanie pod innym względem, a mianowicie: egzaminy... W ciągu najbliższych tygodni czeka mnie bardzo dużo czytania (ok. 2 000 stron w języku angielskim), które niestety w żaden sposób nie będzie stanowiło powodu, by opisywać swoje wrażenia po nim na tym blogu. Mam natomiast nadzieję, że mój wysiłek nie pójdzie na marne i nadchodzące, ostatnie egzaminy przedostatniego semestru pójdą mi na tyle pomyślnie, aby już w czerwcu z pełną parą móc wrócić do tego co "tygrysy lubią nabardziej" czyli czytania dla przyjemności! Ok, napisałam co chciałam i teraz, żeby nie przedłużać przechodzę do przyjemniejszej części tego posta, czyli mojej 'recenzji':)




Z zaciekawieniem, ale i z pewną obawą sięgałam po drugą część opowieści o urzędującym w gródkowskiej parafii księdzu Rafale. Wiązało się to z tym, że pierwsza część zrobiła na mnie naprawdę duże, pozytywne wrażenie i jak każdy, kto coś polubił nie chciałam, by ciąg dalszy w jakikolwiek sposób wpłynął negatywnie na mój odbiór tej książki. Co mogę powiedzieć już teraz to to, że część druga "Księdza Rafała" nie tylko mnie nie zawiodła, ale również wzbudziła we mnie uczucie oczekiwania na więcej... Czekam na część trzecią!:)

Za pośrednictwem książki "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy" powracamy do Gródka. Znowu zasiadamy w kuchni na plebanii i razem z Rafałem i jego dziesięcioosobową Radą Parafialną żyjemy życiem tej małej acz urokliwej miejscowości. Po raz kolejny obserwujemy jak Rafał zmaga się z krążącymi na jego temat pomówieniami i plotkami, w tym samym czasie pomagając i wspierając swoich parafian w codziennym, trudnym życiu...

"Ksiądz Rafał. Niepokojne czasy" rozpoczyna się w momencie zakończenia poprzedniej książki: biskup Jakub umiera, a Karol Wojtyła zostaje wybrany papieżem i przybiera imię Jan Paweł II. Oba te wydarzenie wywierają ogromne wrażenie nie tylko na proboszczu gródeckiej parafii, ale również na wszystkich jej mieszkańcach. 
Ksiądz Rafał nie może jednak w pełni cieszyć się z wyboru Karola Wojtyły na papieża, a to dlatego, że śmierć Jakuba przynosi za sobą nieoczekiwane zmiany w jego życiu. Rafał zostaje obdarowany dwoma rzeczami: pierwszą jest teczka od zmarłego biskupa Jakuba zawierająca niezliczoną ilość dokumentów, które źle użyte mogą wprowadzić zamieszanie i niepokój w Polskim Kościele; drugą natomiast są pieniądze, które parafia gródecka dostaje w spadku na swoje wykorzystanie, a które to spędzają sen z powiek księdza Rafała i innych, nieprzychylnych mu osób... 
Rafał w sposób mądry i przemyślany próbuje radzić sobie z zaistniałą sytuacją, jednak po raz kolejny w jego karierze okazuje się, że proboszcz małej parafii jest tak naprawdę nikim dla kogoś, kto ma zarówno w stosunku do pieniędzy, jak i później do dokumentów inne zamiary... Dla Rafała nadchodzą tytułowe "niespokojne czasy". Ksiądz, który do tej pory uważał Gródek za spokojne, wolne od zła miejsce, zaczyna zauważać, że nic nie jest dane na zawsze, a niepokój i zło mogą przeniknąć wszędzie jeśli w mądry sposób nie będzie się z nim walczyć...

"Ksiądz Rafał. Niepokojne czasy" opowiada o trzech kolejnych latach życia księdza Rafała w Gródku. Opowieść zaczyna się w roku 1978 a kończy w 1981, gdy ogłoszony zostaje stan wojenny i dla Polski i jej obywateli nastaje trudny czas. Muszę powiedzieć, że to co w pierwszej części mnie zdziwiło i może trochę rozczarowało, czyli czas literacki w którym rozgrywa się powieść, w drugiej wzbudziło we mnie ogromną falę pozytywnych uczuć! Czytając pierwszą część chciałam lub oczekiwałam jakiejś powtórki z "Rancza" czy innej tego typu opowieści, a podczas drugiej cieszyłam się, że tego nie dostałam! Moim zdaniem umieszczenie "Księdza Rafała" w latach PRL-u to było bardzo dobre 'posunięcie':) Tym właśnie sposobem cofnęłam się w czasie te kilkadziesiąt lat, poznając życie małej parafii w której wychowywali się moi rodzice w latach 70'tych i 80'tych. Zdałam sobie sprawę jak dużo powstało filmów czy książek opowiadających o trudzie życia w mieście w czasach PRL-u. "Ksiądz Rafał" uświadomił mi jak wyglądało lub jak mogło wyglądać takie życie na wsi lub w małym miasteczku, gdzie ludzie nie żyli wielką polityką, ale problemami swojej małej społeczności... Chyba właśnie ten aspekt książek Macieja Grabskiego cenię sobie najbardziej. Oczywiście zarówno poprzednia jak i ta część opowieści o księdzu Rafale, pokazuje nam jak skomplikowanym 'organem' jest Kościół, jak nie jest on wolny od problemów oraz zawiści, zazdrości czy karierowiczostwa, jak czasami niełatwo być dobrym księdzem i dobrym człowiekiem...

Wydaje mi się, że mogę mówić na temat tej książki w samych superlatywach. Oczywiście nie jest to książka, którą można porównywać do arcydzieł światowej literatury, ale też wiem, że w zamyśle taką książką nie miała nigdy być. jest to po prostu dobra, mądra, łatwa w odbiorze powieść przy której warto się zatrzymać i spędzić z nią trochę czasu. Polecam:)

Ps. Jedyną rzeczą, która mnie trochę rozczarowała jest zmiana stylu okładki, zarówno tej jak i pierwszej części opowieści o księdzu Rafale. Nie lubię się czuć zobowiązana do wyobrażanie sobie bohatera w jakiś konkretny sposób, a te okładki w jakiś sposób to robią... Na szczęście mój ksiądz Rafał powstał w mojej głowie przy poprzedniej części z inną okładką i teraz już nic mu nie zaszkodziło:P



M. Grabski, Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s.364.