Tak się składa, że skończyłam dzisiaj dwie rzeczy: "Kalamburkę" Małgorzaty Musierowicz i 27 lat!!! Właśnie. Dziś są moje (już!) 27 urodziny. 27 lat to ani dużo, ani mało, ale zawsze to jednak ten jeden rok więcej, który już przeminął i nie wróci... Dlatego też, jak co roku gdy zbliża się, a później nadchodzi ta data, otwierają się w mojej głowie przeważnie zamknięte lub tylko uchylone szufladki z pytaniami typu: Czego chcę od życia? Co mi się do tej pory udało a co nie bardzo? Na czym powinnam się skupić w przyszłym roku? Itp. itd... Tym razem również mnie to nie ominęło...
Pamiętam, że gdy miałam naście lat, kuzynki które miały po 25, 26 lat wydawały mi się takie dorosłe... Teraz sama mam 27 i ciągle wydaje mi się, że na wiele rzeczy jeszcze nie jestem gotowa lub może jednak jestem, ale mam jeszcze czas, bo przecież wciąż jestem młoda. Może na takie moje postrzeganie siebie i świata wpływa między innymi to, że mieszkam w Danii, w której poważne myślenie o życiu zaczyna się po skończeniu 30'stki?!
Zastanawiałam się dzisiaj od samego rana nad tym, jak nasze spojrzenie na życie zmienia się razem z mijającym czasem. Kiedyś chciałam jak najszybciej być dorosła i decydować za siebie, teraz chciałabym decydowanie sobie zostawić, ale jednak zatrzymać czas. Zaczynam bać się mijającego czasu, który uświadamia mi jak wiele jeszcze rzeczy chcę zrobić, jak wiele wyzwań mnie czeka, jak wiele muszę zmienić lub się nauczyć... Czy w ogóle istnieje taka możliwość, by ze wszystkim zdążyć??? Ehhh... wystarczy tych moich pseudorozmyślań:P Czas powrócić do książki, która jakimś dziwnym sposobem idealnie wpasowała się w moje urodzinowe klimaty...:)
Jest nią "Kalamburka" Małgorzaty Musierowicz. Książka Jeżycjadowa, ale inna niż wszystkie... Dlaczego? Dlatego że, po pierwsze tym razem nie idziemy razem z akcją książki do przodu, ale cofamy się w tył. Aż do 1935 roku! Po drugie natomiast, bohaterką książki nie zostaje młoda dziewczyna, przedstawicielka kolejnego pokolenia Borejków, Żaków czy Kowalików, ale sama Mila Borejko - 65 letnia, starzejąca się mama Gabrysi, Idy, Natalii i Patrycji.
To właśnie razem z Milą (Melanią) Borejko cofamy się w czasie. Odkrywamy między innymi kto to jest Kal Amburka, kim była Gizela Kalemba oraz skąd wzięła się przyjaźń pomiędzy Moniką Kałużną (mamą męża Idy) a właśnie Milą Kalembą (później Borejko). Za sprawą cofającego się czasu, dowiadujemy się jak to się stało, że pierworodna córka Borejków dostała na imię właśnie Gabrysia a nie Wergilia, kiedy i skąd w życiu Melanii Kalemby pojawił się Ignacy Borejko, co go w niej oczarowało i jak ten niepozorny, rudy, nieporadny mężczyzna zdobył jej serce...
Pamiętam, że odkąd w trzecim tomie Jeżycjady poznałam Borejków, zastanawiałam się skąd się wzięło takie małżeństwo jak Ignacy i Mila Borejko. Skąd ta ich miłość do antyku, książek, swoich córek i siebie. Ta książka na te wszystkie moje pytania wyczerpująco odpowiada. Życie Mili opowiedziane jest w piękny, nierzadko wzruszający sposób. Przewija się w nim historia naszego kraju, to w jaki sposób wpływała na ludzkie losy, jak kształtowała charaktery... Dla mnie jest to jedna z najlepszych części Jeżycjady!!! Z chęcią przeczytałabym kolejną tego typu część Jeżycjady...:)
M. Musierowicz, Kalamburka, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź 2001, s.286.
