2011-02-22

"Czym jest los? To nasze własne pułapki." [I.B. Singer] czyli genialna "Oskarżona: Wiera Gran" Agaty Tuszyńskiej!

Wiosną 2003 roku Agata Tuszyńska, autorka książki "Oskarżona: Wiera Gran" po raz pierwszy spotkała się ze swoją bohaterką w jej paryskim mieszkaniu niedaleko wieży Eiffela. W maleńskim, zagraconym, zakurzonym miszkaniu Agata Tuszyńska poznała się ze starą, samotną, zgorzkniałą, złośliwą, chorą, ogarniętą manią prześladowczą kobietą - Wierą Gran! Zarówno to pierwsze jak i kolejne, następujące po nim spotkania z legendą przedwojennej Warszawy, pozwoliły nie tylko autorce tej książki, ale również jej czytelnikom poznać siłę zawiści i pomówienia, które nie mają litości nad człowiekiem nimi dotkniętym, niszcząc go całkowicie, dogłębnie i na zawsze...




Agata Tuszyńska napisała genialną biografię fascynującej, silnej kobiety, która przez całe życie nie wyzwoliła się spod wpływu plotki i pomówienia, która przez całe życie walczyła o swoje uniewinnienie i którą te wszystkie działania (zarówno innych jak i swoje) zniszczyły i wpędziły w chorobę psychiczną.

Wiera Gran urodziła się prawdopodobnie na terenie Rosji w 1916 roku (od pewnego momentu swego życia podawała za swój rok urodzin rok 1918) w rodzinie Liby i Eljasza Grynberg. Była ich trzecią, nie do końca chcianą córką (jak się później okazało jedyną, która przeżyła Holocaust). Od wczesnego dzieciństwa Wiera wiedziała, że chce zostać artystką i pomimo, że gdy miała kilka lat ojciec zostawił jej matkę Libę z trzema córkami samą, co tym samym wiązało się z biedą w domu, Wiera dopięła swego. Na początku planowała zostać tancerką, jednak jej zamierzenia pokrzyżował wypadek samochodowy, w którym uszkodziła miednicę a tym samym utraciła swoją szansę na rozwój w tym kierunku. Brak szansy rozwoju jednego talentu otworzył miejsce dla rozwoju drugiego - śpiewu. Pomimo, że Wiera zdawała sobie sprawę, że będąc Żydówką nie ma szans na zrobienie wielkiej kariery w Warszawie, podążyła tym torem i pokonując przeciwności stała się jedną z najlepiej znanych śpiewaczek Warszawy. Jej niski alt uwodził, porywał i wypełniał po brzegi klubo-restaurację Paradis chętnymi, którzy chcieli ją oglądać i jej słuchać.
Wiera Gran zdobyła majątek i sławę, ale wtedy w 1939 roku wybuchła wojna. Miała 23 lata. Postanowiła uciec na wschód z Kazimierzem Jezierskim, zakochanym w niej bez wzajemności młodym lekarzem. Dotarli do Lwowa, gdzie przez jakiś czas mieszkali: on pracował w szpitalu, ona grała w teatrze (już wtedy zsowietyzowanym). Nie potrafiła jednak znieść tęsknoty za ukochaną matką i siostrami. Postanowiła wrócić do Warszawy. Kazek (już wtedy jej mąż, choć do tej pory nie wiadomo czy małżeństwo zostało zalegalizowane) jej towarzyszył. Nie wiedziała do czego wraca, a wróciła do opasek na ramionach, do getta, biedy i głodu. W marcu 1941 roku zapłaciła policjantowi, żeby ją wpuścił do Getta Warszawskiego, chciała być z matką i siostrami. Kazek został po drugiej stronie muru. Żeby nie zwariować i utrzymać w jakiś sposób rodzinę, zgodziła się na występy w Sztuce - kawiarni do której przychodzili nie tylko bogaci Żydzi, ale również Żydzi gestapowcy... To właśnie ona wstawiła się za Szpilmanem, gdy ten przyszedł do Sztuki błagając o pracę, ona przy akompaniamencie jego muzyki pomagała swoim śpiewem jakoś przetrwać to piekło. Zdając sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej sytuacji (zarabiała w Sztuce dobrze jak na warunki getta) starała się pomagać potrzebującym dzieciom organizując zbiórki pieniędzy, jedzenia, dając koncerty na rzecz dzieci czy żebrząc nawet u najgorszych swoich wrogów!
Dzielnicę Żydowską opuściła 2 sierpnia 1942. Miała nadzieję, że uda jej się później wyciągnąć stamtąd zarówno siostry jak i matkę. Zmieniła w swoim wyglądzie wszystko: przefarbowała włosy na blond, zmieniła fryzurę, zaczęła nosić okulary. Mąż zabrał ją ze sobą do Babic pod Warszawę. Tam w ukryciu, doczekała wojny. Nie uratowała ani sióstr, ani matki. Nie zdążyła.
Po wojnie zaczęła szukać pracy, chciała wrócić do śpiewania. Z pierwszą wizytą udała się do Polskiego Radia gdzie spotkała zdziwionego Szpilmana, który powiedział, że jej nie zatrudni, bo współpracowała z gestapo. Tak zaczęło się jej przekleństwo - pomówienie z którym walczyła przez całe swoje życie, z którym się procesowała i z którym nie zdołała wygrać...

Wiera Gran przeżyła w swoim życiu chyba wszystko: ogromne bogactwo, sława i szczęście przeplatały się w nim z  cierpieniem, depresją i bólem. Pomimo, że wielokrotnie przez różne sądy była uniewinniana  od zarzutów i pomówień w stosunku do niej wygłaszanych, jej życie nigdy już po wojnie nie pozbyło się smaku goryczy, obrzydzenia ludźmi i nienawiści do nich za zniszczoną karierę, zniszczone życie. Wszędzie wrogowie, tchórze, niesprawiedliwość, nawet w swoim mężu, który tyle dla niej zrobił, który uratował jej życie a którego zostawiła w 1950 roku wyjeżdżając do Izraela, nie widziała przyjaciela czy wybawcy, nigdy mu nie podziękowała...

Książka Agaty Tuszyńskiej moim zdaniem jest przykładem świetnie napisanej biografii. Teraźniejszość przeplatana z przeszłością, fakty przeplatane ze słowami - wszystko to sprawia, że wiemy iż mamy do czynienia z rzetelną opowieścią o życiu bohaterki. Książkę czyta się błyskawicznie, z wielką przyjemnością i zaciekawieniem, nie sposób się od niej oderwać, nie sposób nie chcieć poznać Wiery jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, nie sposób nie chcieć zrozumieć całego systemu zachowań nie tylko Wiery, ale również innych ocalonych - ocalonych oskarżycieli!
Zdecydowanie podkreślam jeszcze raz, że "Oskarżona: Wiera Gran" to książka fascynująca!!! Polecam!

Moja ulubiona piosenka Wiery (później śpiewana jeszcze przez Kalinę Jędrusik) "Trzy listy".



A. Tuszyńska, Oskarżona: Wiera Gran, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s.463.

2011-02-20

"Dziewczyna w złotych majtkach" - Juan Marse.

Zanim zacznę pisać o "Dziewczynie w złotych majtkach" muszę się z wami podzielić skojarzeniem, które podczas czytania książki mnie naszło i które do ostatniego zdania powieści mi towarzyszyło. Mam tutaj na myśli filmy Pedro Almodovara! Bardzo często u Almodovara mamy do czynienia z bardzo dosłownie ujętym lub doskonale zaowalowanym erotyzmem w różnej postaci. Z tym samym spotykamy się w książce Juana Marse, w której relacja pomiędzy Luysem Forestem a córką jego szwagierki momentami zbliża się lub przekracza ogólnie przyjęte granice i reguły zachowań...




Powieść Marse rozpoczyna się w momencie kiedy do pisarza Luysa Foresta pracującego nad swoją biografią przyjeżdża z wizytą Mariana. Dziewczyna swój przyjazd tłumaczy potrzebą napisania reportażu o wuju, który ma ukazać się w piśmie jej matki Mariany Monteys. Młoda kobieta nie przyjeżdża do wuja sama, ponieważ towarzyszy jej młody osobnik imieniem Elmyr. Nie to jest jednak najważniejsze w tym momencie, ale wrażenie jakie Mariana powoduje u wuja. Dziewczyna ubierająca się głównie w majtki, prześwitujące bluzy czy koszulki, nosząca obrożę dla psa na szyi lub innym miejscu swojego ciała staje się dla swojego wuja przedstawicielem pokolenia w którym dominuje "seks, hałas i narkotyki". 

Mariana zamieszkuje u wuja. Dziewczyna nie tylko próbuje pisać swój reportaż, ale również pomaga wujowi przy pisaniu biografii przepisując jego rękopisy i nierzadko komentując odpowiednio niektóre fragmenty powstającej książki. Ich relacja, na początku trochę spięta, powoli rozluźnia się, staje się mniej formalna i momentami przesycona obecnym w powietrzu erotyzmem, którym Mariana lubi się bawić i być we władaniu. Luys piszący swoją biografię w zaciszu swojego pokoju, wieczorami przychodzi do pokoju, który zamieszkuje Mariana by tam opisywać jej swoje życie i dokonania raz jeszcze - do reportażu. 

Luys Forest, który był członkiem partii faszystowskiej, postanawia zarówno w swojej biografii jak i reportażu pisanym przez Marianę, w odpowiedni sposób uporządkować swoją przeszłość. Jak sam mówi, w swojej pamięci jest bardziej człowiekiem, którym chce być niż tym, którym był w rzeczywistości. Zaczyna przeistaczać fakty swojego życia, zmieniając nie tylko istotę zdarzeń, które swego czasu zaistniały, ale również zmieniając ich kolejność czy daty kiedy miały miejsce... "Dziewczyna w złotych majtkach" staje się tym samym doskonałą powieścią na temat pracy pisarza i tego jak 'prawdziwa' może być prawda literacka, co kryje się za słowem autora. Nierzadko może się okazać, że 'prawda' zawarta w biografii litereta jest tylko kolejną formą 'fikcji literackiej'. Taka sytuacja ma miejsce u Luysa, który pochłonięty stwarzaniem na nowo (na rzecz książki) swojego przeszłego życia, w pewnym momencie zaczyna zauważać, że to co zmyślone i to co prawdziwe w niebezpieczny sposób zaczyna się ze sobą przeplatać. Forest traci powoli orientację co w jego życiu jest prawdą, co nie...

Pomimo, że książka Juana Marsa nie jest łatwa w odbiorze i wymaga od czytelnika skupienia na treści, czyta się ją bardzo dobrze, z zainteresowaniem. Książka zawiera kilka poziomów odbioru, ponieważ możemy o niej mówić zarówno jak o książce opowiadającej o zderzeniu młodości ze starością, o książce erotycznej lub o książce w której głównym tematem jest proces twórczy i trudności towarzyszące pisarzowi podczas wymyślania historii... Na pewno jest to książka na którą warto zwrócić uwagę.

J. Marse, Dziewczyna w złotych majtkach, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s.203.

2011-02-15

"Tygrys i Róża" - trzynasty odcinek Jeżycjady!

"Tygrys i Róża" to już trzynasta część Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz. Trzynasta, ale na pewno nie pechowa! Dla mnie "Tygrys i Róża" to przede wszystkim kolejny, doskonały pretekst do powrotu do mieszkańców kamienicy przy ulicy Roosevelta 5 w Poznaniu... Nie wiem jak to się dzieje, ale ta stara kamienica pociąga mnie do tego stopnia, że w mig bym się do niej przeprowadziła, gdybym tylko mogła. Czyżby to się działo za sprawą moich ukochanych Borejków?!




"Tygrys i Róża" jest bezpośrednią kontynuacją "Imienin" i nie ważne, że minął rok od wydarzeń opisanych w tamtej książce. W tej części w dalszym ciągu obserwujemy losy Natalii i Roberta a także Gabrysi i jej córki Laury. Tygrysek w końcu pokazuje swoje pazurki w najbardziej dobitny sposób jaki istnieje, czyli najpierw obraża swoją rodzinę, a później wyrusza w samotną podróż do Torunia w poszukiwaniu jakichkolwiek wiadomości o swoim ojcu Januszu Pyziaku... Dziewczynka (która jakby na to nie patrzeć nie jest moją ulubioną bohaterką serii) czuje się odtrącona, niekochana i nierozumiana przez rodzinę, zwłaszcza swoją mamę Gabrysię. Wydaje jej się, że jedyną osobą, która próbuje ją przynajmniej w minimalnym stopniu zrozumieć jest dziadziuś Ignacy, natomiast matka (jak mówi o Gabrysi) jest całkowicie zapatrzona w swojego najmłodszego synka, męża i Pyzę, której zachowanie razi w oczy Laurę (no bo jak można być ciągle takim miłym dla wszystkich?!). Poza tym dziewczynka nie może poradzić sobie z brakiem ojca, który nawet nie chciał jej zobaczyć po urodzeniu... Postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i stąd właśnie wyprawa do Torunia.

W tle wydarzeń dotyczących Tygryska rozgrywa się decydujące 'starcie' uczuć pomiędzy Natalią Borejko i Robertem Rojkiem. Natalia po zerwaniu zaręczyn z Filipem myśli ciągle o Robercie, a ten nie wiedząc o rozstaniu narzeczonych cierpi skrycie bojąc się nawet pokazać u Borejków by jeszcze mocniej się nie rozczarować. Dla nich wypad Laury do Torunia okazuje się zbawienny w skutkach, zakochani bowiem wreszcie do siebie docierają...

Jak ja lubię się rozpływać nad twórczością pani Musierowicz! Wydaje mi się, że odkąd dostałam od swojej mamy te kilkanaście lat temu "Kwiat kalafiora" moje życie nie może istnieć bez losów rodziny Borejków, Kowalików czy Żaków. Każde spotkanie z nimi to dla mnie niesamowita przyjemność, która jakoś zawsze za szybko się kończy i pozostawia po sobie uczucie niezaspokojenia... Jak to dobrze, że można do nich wracać wciąż i wciąż od nowa:)


M. Musierowicz, Tygrys i Róża, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.160.

2011-02-14

"Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie", czyli podniesiony cukier po raz drugi...:)

Bezsprzecznie lubię chorować na taki typ cukrzycy jaki oferuje "Cukiernia po Amorem". Tak samo jak pierwszy tom sagi, drugi pożarłam z wielką, jeśli nie jeszcze większą przyjemnością, a to głównie za sprawą Grażyny Toroszyn czyli Giny Weylen. To właśnie Gina stała się moją ulubioną postacią sagi, a to dlatego, że jest to przykład kobiety jaką chciałabym być: wrażliwej, świadomej siebie, upartej w dążeniu do celu i na dodatek żyjącej w okresie dwudziestolecia międzywojennego...




W drugiej części sagi "Cukiernia pod Amorem" nie tylko w dalszym ciągu śledzimy losy Tomasza Zajezierskiego i jego żony Adrianny, ale również Kingi Toroszyn, która rodzi Grażynę i pozbawiona środków do życia przez swojego szwagra, wraca do Zajezierzyc. Razem z Marianną Blatko płyniemy trzecią klasą na statku do Ameryki w której rodzi swojego pierworodnego syna Paula, wychodzi za mąż i niezmiernie tęskni za Ojczyzną. Po raz pierwszy stykamy się również z rodziną Cieślaków, która ma 'fach w ręku' czyli złodziejstwo. Cieślakowie potrafią sobie radzić, nawet odpowiednio o przyszłą żonę zawalczą jeśli trzeba... Wszystkie postacie, zarówno te już wcześniej poznane jak i te 'świeżutkie' są barwne, ciekawe i przyciągające uwagę, ale dla mnie z całego ich grona na przód zdecydowanie wybiła się jedna - Gina Weylen.

Gina rodzi się jako Grażyna Toroszyn, córka Kingi z Bysławskich Toroszyn i Wsiewołoda Timofiejewicza Toroszyna. Dziewczynka od małego odznacza się nie tylko urodą, ale i zdecydowanym charakterem, który poprowadzi ją do uzyskania spełnienia w życiu.  Grażyna dorsata w Zajerzycach, skąd zostaje wysłana do szkoły sióstr kwietanek w Gutowie, a póżniej na pensję wyższą żeńską Jadwigi Sikorskiej w Warszawie. Pensja w której Grażyna ma uczyć się kilka lat, nie tylko przynosi jej przyjaciółkę Milę Grabnicką w darze, ale również pozwala poznać jej wielką miłość swojego życia - Wiktora Grabnickiego (ojca Mili). Dziewczynka stawia sobie w życiu dwa główne cele: że będzie aktorką i że kiedyś będzie z Wiktorem. Ponieważ ma zdecydowany charakter dopina swego w obu przypadkach, najpierw zostając aktorką kabaretową, później teatralną i filmową, a w międzyczasie po latach niewidzenia zyskując miłość i przywiązanie jedynego mężczyzny na którym jej zależy - Wiktora Grabnickiego.

Już po raz drugi "Cukiernia..." mnie uwiodła i po raz drugi gdy doczytałam ostatnią stronę ostatniego rozdziału doznałam zawodu, że to już koniec i że muszę czekać te pół roku na kolejne dzieje tych, tak już ze mną zaznajomionych, postaci. Wydaje mi się, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że "Cukiernia pod Amorem" jest właśnie takim przedstawicielem literatury kobiecej, który chciałoby się, żeby częściej był naśladowany. Nie ma tutaj (wbrew temu co sugerowałby tytuł powieści) niepotrzebnego przesłodzenia postaci czy sytuacji, wszystko co spotykamy na swojej drodze w tej powieści wydaje się bardzo prawdopodobne, a przez to jeszcze bardziej urzekające. Każda postać ma swoje, często niełatwe do zaakceptowania wady, ale również zalety, które pozwalają nam spojrzeć na ich postępowanie z perspektywy. Każda sytuacja i historia bohaterów uwodzi czytelnika swoim czarem i tym, że wiemy, że tak się mogło zdarzyć, że tak się nadal zdarza. Dodatkowo, każde miejsce w tej powieści woła o to żebyśmy byli w stanie przenieść się w czasoprzestrzeni i tam pojechać i zobaczyć dwór w Zajerzycach, warszawskie restauracje i knajpki czy szkołę kwietanek w Gutowie... Żeby tak móc poznać Igę i razem z nią odkrywać sekrety pierścienia i rodu rodziny Zajezierskich...:)


M. Gutowska-Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010, s.464.

2011-02-13

"The King's Speech" - jak ja lubię takie kino!!!

Przed napisaniem tego postu zastanawiałam się dwa dni, którą z kolei mogę być osobą zachęcającą do oglądnięcia filmu? Czy pisanie o "The King's Speech" ma jeszcze sens? Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam jednak, że czemu nie?! Dlaczego mam sobie bronić przyjemności wygadania się o filmie, który bardzo mi się spodobał!





Nie będę tym razem opisywała fabuły filmu, ale postaram się wam wypunktować to co mnie osobiście najbardziej się w nim podobało, podejrzewam bowiem, że z tych kilku poprzednich postów na innych blogach, wszyscy dokładnie już wiedzą o co w tym filmie chodzi...:)

Na mnie film zrobił bardzo pozytywne wrażenie z kilku powodów.
Po pierwsze uwielbiam kino kostiumowe, zwłaszcza jeśli dotyczy czasów XVIII, XIX lub początków XX wieku. Ten film oczywiście wpisuje się dokładnie w mój gust, ponieważ akcja "The King's Speech" rozgrywa się w latach międzywojnia.
Po drugie, niesamowicie podobały mi się zdjęcia w tym filmie. Momentami ściana pokoju potrafiła zajmować 3/4 ekranu. Pięknie...
Po trzecie i oczywiste - Colin Firth. Tego aktora lubię bardzo od dłuższego już czasu i prawie wogóle się na nim nie zawodzę jeśli chodzi o jego wybór scenariuszy filmowych czy sposób grania. Świetny jest i już nawet nie pamiętam gdzie go zobaczyłam po raz pierwszy i gdzie zrobił na mnie tak pozytywne wrażenie, że od tamtej pory podążam za nim stale (na pewno nie była to "Duma i uprzedzenie" bo ten film z Firthem w roli Pana Darcy'ego oglądnęłam po raz pierwszy stosunkowo niedawno)?
Po czwarte i nieoczywiste - Helena Bonham Carter, którą uwielbiam w "The King's Speech"! Wcześniej kojarzyła mi się z dwoma rzeczami: z filmami swojego męża w których grała dziwne, ale barwne postacie i ze swoim szalonym wizerunkiem osoby, która nie przejmuje się totalnie jak wygląda czy w co jest ubrana... W tym filmie zagrała cudowną rolę i jeśli Królowa Matka w rzeczywistości była taka jak ta przedstawiona w tym filmie, to wcale się nie dziwię, że Anglicy tak ją kochali...

Po piąte jest to film na faktach. Osobiście bardzo cenię sobie filmy opowiadające pradziwe historie, które po skończeniu seansu zmuszają mnie do poszukiwań i czytania jak to było naprawdę lub jaki był ciąg dalszy przedstawionej historii.
Po szóste podobał mi się sposób przedstawienia brata króla Jerzego VI, który miałam wrażenie był w prasie lub różnych publikacjach dotyczących angielskiej rodziny królewskiej przedstawiany jako ten jedyny 'sprawiedliwy' a to dlatego, że poświęcił się dla miłości. A tutaj niespodzianka: bawidamek, który uważa, że wszystko mu wolno, w dodatku sympatyzujący z Hitlerem (co już dla mnie było szczytem głupoty i zaślepienia). Może jestem w tym momencie mało sympatyczna, ale dobrze mu tak! Akurat w tym przypadku z tego co zostało przedstawione w filmie, ktoś inny z tej dwójki braci się poświęcił...
Po siódme uważam, że film jest wystarczająco dobry, by zasłużyć na niejednego Oskara i cieszę się, że "Avatary" nie powstają co roku, ponieważ gdyby tak było Akademia nie zauważyłaby prawdopodobnie nic innego, bardziej wartościowego, ale z mniejszą ilością efektów...

Polecam!

Ps. Po raz kolejny polski tytuł doprowadza mnie do pasji, bo wszystko można powiedzieć o tym filmie, ale na pewno nie to, że jest on o tym jak zostać królem. Chyba raczej jest to film o tym jak trzeba zostać królem gdy się tego nie chce...