2012-07-31

Dwa dni po raz pierwszy!

Regularnie wracam do tego filmu. Tym razem Julie Delpy o związkach długotrwałych. Lubię ten humor, te dialogi, to aktorstwo i tą fabułę. "2 days in Paris", a w kinach niebawem "2 days in New York". Czekam ze zniecierpliwieniem!:)



2012-07-28

I znów na północy. "Przeklinam rzekę czasu" Per Petterson.

Moje mieszkanie w Skandynawii coraz bardziej odbija się nie tylko na moim codziennym życiu, ale również na moim guście literackim, który ostatnimi latami zmienił się chyba o 180 jeśli nie 360 stopni! Tak jak wcześniej pociągały mnie kraje południowe i literatura je opisująca czy ta, która tam powstała, tak teraz wiem, że moje hipotetyczne życie w tych gorących krajach byłoby 'nie do życia'. Po kilku latach przebywania w Danii okazuje się, że aż takim ciepłolubem nie jestem i te dwa, trzy miesiące lata, które mam tutaj w zupełności mi wystarczą! Przecież tak bardzo nie lubię się pocić!:P To samo odnosi się do buchającej uczuciami, słońcem i dramatami literatury krajów południowych. Nie dla mnie! Odkryłam bowiem siłę jaka tkwi w literaturze powściągliwości i powierzchownego chłodu. Coś jest zarówno w tych krajach skandynawskich jak i ich literaturze co obecnie niezmiernie mnie pociąga:)



"Przeklinam rzekę czasu" to pierwsza powieść Pera Pettersona która wpadła w moje ręce. Spotkanie z nią uważam za udane, choć przyznaję, że nie jest to książka łatwa. Petterson nie pisze bowiem w ten tak lubiany przez czytelników lekki sposób, gdzie pełno dialogów przeplatanych płynącą gładko narracją. U niego pisarstwo jest raczej odwrotne. Autor snuje nam zatem narracyjną opowieść, w której trudna teraźniejszość jaka dotyka głównego bohatera przeplatana jest jego wspomnieniami o przeszłości. Wszystko to podane w wysmakowany, liryczny, klimatyczny i nieśpieszny sposób. Fabuła snuje się zatem nieśpiesznie, a nieliczne rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami powieści mają swój głęboki sens.

Jest rok 1989. Matka Arvida dowiaduje się, że ma raka i pierwszym jej 'odruchem warunkowym' staje się wyjazd do rodzinnego miasta w Danii. Kobieta po kilku zdawkowych zdaniach zamienionych z mężem wsiada zatem na prom i udaje się do małego, nadmorskiego, znajdującego się na północy Danii miasteczka, gdzie planuje kilkudniowy, samotny pobyt. 
Jej syn Arvid jest zmęczony swoim życiem, które przybrało niekorzystne obrót i które go rozczarowało. Mężczyzna nie może sobie poradzić z perspektywą rozwodu, który nieubłaganie nadchodzi. Gdy dowiaduje się o wyjeździe matki postanawia do niej dołączyć i to ona właśnie staje się osobą, której pierwszej mówi o rozpadzie swojej rodziny. Więź jaka łączy go z matką jest jedną z tych, w które się wątpi i której trzeba się doszukiwać pod warstwą nieporozumień, skrywanych żalów, pretensji, niespełnionych oczekiwań. Nie potrafią ze sobą rozmawiać, wymiana zdań pomiędzy Arvidem a matką to bardziej komunikaty niż jakikolwiek dialog. Mimo tego, to Arvid staje się osobą, która towarzyszy matce prawie do samego końca...
Arvid spędza na podróży i pobycie z matką kilka dni podczas których snuje swoje wspomnienia dotyczące zmarłego brata, pewnej dziewczyny w niebieskim płaszczu, swojej działalności w norweskiej partii komunistycznej, swoich stosunków z matką, która była bardzo rozczarowana faktem iż postanowił zostać robotnikiem miast studentem. I choć wydaje się, że próbuje zrozumieć nie tylko matkę, ale i swoje wcześniejsze decyzje życiowe, te wspomnienia tak naprawdę są tylko wspomnieniami człowieka w rozsypce.

Per Petterson napisał książkę nie dla każdego, do której sama musiałam się momentami przekonywać. Okazywało się bowiem, że kolejne wspomnienia wyłaniające się z poprzednich, kolejne historie, które jak domino nakładały się na siebie, nie są łatwe do ogarnięcia i przyjęcia, zwłaszcza gdy styl pisarza jest bardzo detaliczny i niemal pedantyczny, każde uczucie dokładnie opisane, każde zdarzenie dokładnie opowiedziane, tak jakby już nic nie pozostawiono dla wyobraźni czytelnika. Trzeba przywyknąć i już. Z pewnością jednak w prozie Pettersona można się zadurzyć i z pewnością można ją polubić, tak jak można polubić mroźny północny klimat czy wieczny wyspiarski wiatr. Ja sama, pomimo, iż momentami trochę się ta powieścią męczyłam to potrafię ją docenić i wiem, że do Pettersona wrócę. Jego pisarstwo jest natomiast momentami tak klaustrofobiczne, że wiem, iż decyzja o przeczytaniu kolejnej jego książki nie zapadnie zbyt szybko. Teraz chyba potrzebuję więcej pisarskiego luzu:)

P. Petterson, Przeklinam rzekę czasu, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, s.270.

2012-07-23

"Przysięga Gertrudy" Ram Oren.

Po książkę "Przysięga Gertrudy" sięgałam z przekonaniem, że oto dostaję do ręki spisane wspomnienia dziecka ocalałego z Holocaustu, wspomnienia o rodzinie, przeżytym tragicznym czasie wojny oraz o osobie, która poświęciła swoje życie dla tego właśnie dziecka, dziś już dorosłego mężczyzny. Gdy książkę zaczęłam czytać ogarnęły mnie jednak wątpliwości, bo to nie były wspomnienia tylko powieść! Zgłupiałam trochę, zaczęłam się zastanawiać czy czytam fikcję czy fakt i czy dobrze zrozumiałam notkę wydawcy? Upewniłam się jednak, że tak i z mieszanymi uczuciami, które towarzyszyły mi do samego końca, zabrałam się za kontynuację lektury. Teraz, gdy skończyłam czytać "Przysięgę Gertrudy" przyznaję, że jest to dobra, wciągająca książka, ale ja fanką zabiegów jakimi są np. tworzenie powieści ze wspomnień, dorabianie dialogów i myśli w głowach bohaterów nigdy nie zostanę. Nie lubię mieszania tych dwóch gatunków i zdecydowanie wolę jedno lub drugie, fikcyjną powieść albo udokumentowane wspomnienia, nic pomiędzy, nic co w taki sposób wiąże jedno z drugim. Nie moja 'para butów' i tyle. Sama historia opisana w książce jest na tyle ciekawa, że mam wrażenie iż obroniłaby się nawet bez tego typu zabiegu.




Michał Stołowicki urodził się w 1936. Był długo wyczekiwanym i jak się okazało jedynym potomkiem Jakuba Stołowickiego i jego żony Lidii. Stołowiccy stanowili jedną z najbogatszych rodzin warszawskich i jako tacy zatrudniali w swojej dużej i bogatej kamienicy nie tylko liczną służbę, ale również opiekunkę do swojego ukochanego syna, którą w pewnym momencie została Gertruda Babilińska. 
Gdy latem 1939 roku Jakub Stołowicki został poinformowany o kłopotach swojej firmy w Niemczech postanowił udać się na rozmowy z adwokatami i klientami, między innymi do Francji. Obiecywał żonie szybki powrót do domu, ale tak się niestety nie stało, gdyż 1 września 1939 roku wojska niemieckie wkroczyły do Polski i Jakub został pozbawiony możliwości wjazdu do kraju w sposób, który nie zagrażałby jego życiu. Pozostawiona sama sobie Lidia Stołowicka, razem z synem i jego opiekunką Gertrudą uciekła do Wilna, gdzie zmarła w wyniku gruźlicy. Niestety, jak widać, ogromne rodzinne bogactwo zgromadzone przez pokolenia Stołowickich okazało się niemal bezużyteczne w tym dramatycznym czasie, a sama rodzina nie była w stanie uniknąć losu tylu innych Żydów zamieszkujących Europę tamtego okresu. 
Najważniejsze jednak, że przed swoją śmiercią Lidia Stołowicka zdołała poprosić Gertrudę o opiekę nad swoim synem Michałem, który od tej pory miał stać się jej synem. Gertruda Babilińska, która od samego początku kochała Michała miłością matczyną, zgodziła się bez wahania, składając tym samym przysięgę jego prawdziwej matce, że nigdy go nie opuści i gdy wojna dobiegnie końca sama odwiezie go do Palestyny, gdzie będzie mógł żyć jak prawdziwy Żyd.

Tak mniej więcej do pewnego momentu toczy się powieść "Przysięga Gertrudy" i choć sama historia Gertrudy i Michała nie jest jedynym wątkiem w niej opisywanym, z pewnością jest wątkiem najważniejszym. Losy tej dwójki splatają się w dramatycznych okolicznościach z losami Karla Rinka, oficera SS, który trafił na tereny ówczesnej Polski by pracować przy rozwiązywaniu 'kwestii żydowskiej' tamże właśnie. Ten mąż żydówki, ojciec żydowskiej córki, którą w ostatnim momencie zdołał wywieźć z nazistowskich Niemiec, w Polsce okazał się jednym z ogniw, które pozwoliły Gertrudzie dotrzymać obietnicy danej Lidii Stołowickiej. 
Ram Oren, autor "Przysięgi Gertrudy" z pewnością zdołał zasłyszane opowieści i wspomnienia ułożyć w jedną, porywającą całość i choć mnie samej z wspomnianych już powodów książka nie bardzo przypadła do gustu, nie uważam by innym zainteresowanym tematem Holocaustu i II Wojny Światowej się ona nie spodobała. Wszak tyle się w niej dzieje! Szczególnie interesujący dla mnie samej jest fragment powieści opowiadający o bezpośrednio powojennych losach Michała i Gertrudy i ich trudnościach w dotarciu do Palestyny. Ciekawy ułamek historii.
Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem, dzięki czemu 'czyta się sama' i jestem pewna, że niejedna osoba się od niej nie będzie w stanie oderwać. I choć sama jej fanką się nie stałam to myślę, że jest warta polecenia:)


R. Oren, Przysięga Gertrudy, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s.308.

2012-07-21

"Blue Valentine"

Niektóre filmy mają tą zdolność poruszenia w człowieku jego najczulszych strun, obudzenia sumienia, otrząśnięcia z codzienności, uświadomienia potrzeby walki o każdy dobry wspólny dzień. I pomimo, że życie mamy dobre, jesteśmy szczęśliwi razem i z nadzieją patrzymy na przyszłość, która musi być jeszcze lepsza to taki film jak "Blue Valentine" jest dobrą odtrutką na zachwyt sobą samym. Kopniak do tego by być lepszym, bo miłość nie jest wcale oczywista.





Dean i Cindy spotykają się w nieoczekiwanych okolicznościach. Ona, marząca o medycznych studiach, szarpiąca się w swoim związku dziewczyna z nieszczęśliwego domu, on, chłopak bez liceum, z rozbitej rodziny, pracujący w firmie przeprowadzkowej. Zakochują się w sobie i pomimo początkowych trudności i niespodzianek jakie niesie ze sobą los pobierają się. Przyszłość jednak przynosi ze sobą rozczarowanie, znudzenie, trud, wątpliwości, pretensje i brak wiary w sens związku. Wszystko to świetnie zagrane przez Michelle Williams i Ryana Goslinga (mniam!). Sam film bardzo dobrze skonstruowany, otwiera się przed widzem jak książka, rozdział po rozdziale zaczynamy coraz lepiej rozumieć ten związek.
Polecam bardzo na letnie orzeźwienie i nabranie dystansu!:)

2012-07-20

Sunrise. Sunset.

Uwielbiam takie kino, mądre i klimatyczne. Oba filmy należą do moich ulubionych. Podczas gdy Julie Delpy znałam i ceniłam wcześniej, Ethana Hawka odkryłam właśnie dzięki nim. Filmy z grupy tych do których z wielką przyjemnością się wraca. I tym bardziej cieszę się, że trzeci właśnie powstaje! Chciałabym ich widzieć razem już na zawsze...


"Before sunrise".


"Before sunset".