2011-02-11

Eric-Emmanuel Schmitt "Moje Ewangelie" - moje rozczarowanie.

Tak jak cenię sobie i lubię książki Erica-Emmanuela Schmitta, tak "Moje Ewangelie" rozczarowały mnie zupełnie. Książka, po której oczekiwałam podobnych wrażeń do tych podczas czytania "Małych zbrodni małżeńskich" czy "Oskara i Pani Róży" okazała się  niestety pomyłką... "Moje Ewangelie" nie jest tak jak inne książki Erica-Emmanuela Schmitta próbą pewnego studium uczuć ludzkich czy ich zachowań, jest to natomiast li i jedynie zestaw dwóch opowiastek w których autor, niestety w drażniący mnie sposób, próbuje 'przetłumaczyć' to co zostało napisane na temat Jezusa i Piłata w Nowym Testamencie, na swój język. Czyli mamy tutaj, jak dla mnie momentami niesmaczne, wariacje na temat...




Z tego co wyczytałam w przedmowie autora, w książce "Moje Ewangelie" Schmitt przedwstawia 'swoje chrześcijaństwo' zaznaczając przy tym, że obydwa opowiadania w niej zawarte, czyli "Noc w Ogrodzie Oliwnym" i "Ewangelia według Piłata" są tylko jego sugestywną wizją wydarzeń. I z tym się zgadzam. Obydwa opowiadania moim zdaniem to takie spłycone spojrzenie na Jezusa i Piłata. Eric-Emmanuel Schmitt z tego co opisane w Nowym Testamencie zrobił dziwne opowiastki i pomimo, że mogę zrozumieć, że jest to sposób w jaki on sobie wszystko tłumaczy, nie mogę zrozumieć po co wydawać książkę zawierającą te nieszczęsne opowiadania? Może inni odbierają je inaczej, ale mnie osobiście denerwowało czytanie o Jezusie (Joszua) jako o człowieczku, który założył się z Bogiem, w którego sam nie do końca wierzył, że odda za Niego życie, ale w zamian ma nadzieję Zmartwychwstać... Jak mnie to drażniło! Jednak, chyba jak na czytanie tej książki, mam za bardzo zakorzenione w sobie podstawy swojej wiary i tego typu odstępstwa tylko mnie wyprowadzają z równowagi, nie mówiąc już o tym że miałyby mi dać cokolwiek...

Nie będę się więcej rozpisywać o "Moich Ewangeliach" bo nie chcę się pastwić, nie tyle nad książką, co nad autorem, którego nadal bardzo lubię. Do innych książek Schmitta, które mówią o problemach i uczuciach czy namiętnościach dzisiejszych ludzi będę zaglądała nadal z wielką chęcią, ale do "Moich Ewangelii" z pewnością już nie wrócę. Tą książką mnie nie przekonał, ale ten jeden raz mogę mu wybaczyć...:)


E.-E. Schmitt, Moje Ewangelie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s.155.

2011-02-10

Jakże miłe spotkanie z Krystyną Koftą - "Fausta".

"Fausta" to moje pierwsze i bardzo owocne spotkanie z twórczością Krystyny Kofty. Pomimo, że autorkę powieści już wcześniej znałam (głównie z felietonów i z powodu jej choroby) i lubiłam, do jej książek jakoś było mi nie po drodze... Aż napotkałam "Faustę". Książkę zdecydowałam się kupić pod wpływem pozytywnej recenzji w TV oraz ponieważ wydawało mi się, że historia w niej przedstawiona jest na tyle ciekawa, że warto zaryzykować. I dobrze, że się tego ryzyka podjęłam, bo teraz wiem, że do Krystyny Kofty teraz będzie mi już bliżej:)




"Fausta" to bezsprzecznie powieść wciągająca od pierwszej strony. Czytając ją nie zdajemy sobie sprawy z upływu czasu, a strony książki uciekają same...

Główne bohaterki są w zasadzie dwie: jedna to tytułowa Fausta a druga to Bogna, znana pisarka dla której Fausta jest pierwowzorem głównej postaci jej powieści. Te dwie kobiety poznają się w szpitalu w momencie, gdy Bogna znajduje się w nim walcząc z rakiem piersi, a Fausta towarzyszy swojemu mężowi w walce z rakiem sutka. To niespodziewane spotkanie w tak niesprzyjających okolicznościach staje się początkiem ich skomplikowanej przyjaźni opartej nierzadko na kłamstwie, podglądactwie, uszczypliwości, niezrozumieniu, ale również wrażliwości, chęci pomocy i walki o tę przyjaźń...

Fausta Fołtynowicz w dzieciństwie mieszkała w ubogiej dzielnicy miasta, miała młodszą siostrę Kamilkę, która zginęła, ukochanego ojca Ludwika Lejmana, który będąc Żydem, nie mógł znieść realiów panujących w Polsce lat 60-tych i przez to odebrał sobie życie i matkę, która po śmierci ojca znalazła sobie takie a nie inne zajęcie, prostytuując się z mężczyznami za pieniądze na wódkę, w mieszkaniu w którym za kotarą spała Fausta... W wieku 14 lat jednak, Faustę spotkała niespodziewana odmiana losu - matka sprzedała ją starszemu od niej o 40 lat Filipowi Fołtynowiczowi. Ten zabrał dziewczynkę w świat luksusu, z którego najpierw posłał ją do szkoły klasztornej a później, gdy Fausta miała 16 lat pojął ją sobie za żonę. Fausta, kochająca i wierząca bezgranicznie w Boga, jest idealną żoną. Mimo, że nie kocha swojego męża jest posłuszna, wierna i troskliwa wobec niego, rodzi mu dwoje dzieci, wychowuje je, dba o mieszkanie i interesy męża, a w skrytości swojego ducha marzy o jego śmierci i o odzyskaniu straconej młodości i wolności. Po około 30 latach małżeństwa Filip umiera. Pomimo, że dzieje się to w domu Fołtynowiczów, w obecności księdza i żony, śmierci Filipa nie można w żaden sposób nazwać spokojnym odejściem do domu Pana... 
Fausta zostaje sama, jest wolna. Co jednak z tą wolnością zrobi? Czy ją we właściwy sposób doceni?

Drugą bohaterką powieści Krytyny Kofty jest Bogna, znana pisarka, która ujrzała Faustę pierwszy raz na sopockim molo i na której ta piękna, młoda dziewczyna w towarzystwie starszego mężczyzny, zrobiła tak ogromne wrażenie i wzbudziła tak wiele znaków zapytania, że stała się bohaterką jej powieści. Bogna zaczęła pisać książkę o Fauście, jednak nie skończyła jej... Po około 30 latach poznała Faustę i jej powieść o dziewczynce z sopockiego mola odżyła na nowo. Bogna jest nie tylko obserwatorką życia Fausty, ale jest również jego komentatorką i towarzyszką. Starsza od Fausty pisarka nie może pojąć przywiązania Fausty do męża, jego pieniędzy, nie potrafi zrozumieć dlaczego Fausta, która Filipa nigdy nie kochała, nie zostawiła go lub nie zdradziła. Bogna stara się odkryć tajemnicę życia swojej bohaterki, która często zakłamuje fakty, omija niewygodne zdarzenia, zaciera ślady...

Uważam, że książka pani Krystyny Kofty jest naprawdę bardzo dobrym kawałkiem literatury kobiecej (chociaż wydaje mi się, że ta książka ma siłę, by w odpowiedni sposób przemówić również do mężczyzn). "Fausta" porusza bardzo ważny problem społeczny (i nie tylko), o którym jednak wam nie powiem, bo za dużo by to zdradziło, z którym Krystyna Kofta umiejętnie się obchodzi, nie narażając czytelników na niepotrzebne zdenerwowanie czy odrazę. W przypadku gdy Fausta jest bohaterką całkowicie zmyśloną przez autorkę (przynajmniej mam taką nadzieję), postać Bogny ma na pewno w sobie dużo, lub przynajmniej trochę z osoby samej autorki "Fausty" czyli Krystyny Kofty. Już sam fakt, że Bogna choruje na raka piersi, że przechodzi zabieg mastektomii, że ma jednego syna i męża z którym jest 'od zawsze' świadczy o tym, że tworząc tę postać Krystyna Kofta 'korzystała' z samej siebie. Muszę powiedzieć, że spodobał mi sie ten zabieg, bo to po trosze takie spotkanie z autorką, jej życiem i procesem twórczym. Poza tym stwierdzam, że zdecydowanie powieść Kofty zmusza do myślenia nad tym jak bezbrzerznie różne mogą być ludzkie losy, jak  to wszystko co widzimy może być tylko cudownie dopasowaną do sytuacji maską, jak cierpienia ludzkie latami mogą siedzieć w ukryciu i po cichu prowadzić o zguby...

Bardzo gorąco polecam tą książkę, zwłaszcza osobom, które z twórczością Krystyny Kofty jeszcze sie nie spotkały, bo wydaje mi się, że tak jak ja po "Fauście" bedą mieć ochotę na więcej!:)


K. Kofta, Fausta, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, 416.

2011-02-06

Tęsknię do Ciebie przez stół... - Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory "Listy na wyczerpanym papierze".

"Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy w kinie, tęsknię z Pragi na Kępę, z łóżka w którym leżę - do Spatifu, w którym popijasz z Miniem, na szerokość kołdry, która okrywa nas oboje, tez potrafię tęsknić do Ciebie - przez drzwi łazienki, w której się kąpiesz, i przez schody, po których idziesz do mnie, i przez naskórek mój, szczelnie przywarty do Twego..." s.106.




"Listy na wyczerpanym papierze" zaczęłam czytać wczoraj wieczorem, zakładając, że będę sobie je spokojnie dawkować przez kilka dni... Nie wyszło. Książkę połknęłam z ogromną przyjemnością w cztery czy pięć godzin, żałując, że nie ma jej więcej...

Zawsze pociągało mnie w ludzich to, gdy potrafili w piękny sposób mówić o swoich uczuciach, odczuciach czy przemyśleniach. Zdecydowanie Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora do takich osób należeli, a przejawia się to już nie tylko w ich wiecznie żywych piosenkach, ale teraz również w tych intymnych, prywatnych listach, które na przestrzeni dwóch lat pisali do siebie.

Agnieszka i Jeremi poznali się i pierwszy raz ze sobą zatańczyli w Sylwestra 1964 roku. Ich miłosna historia zaczęła się natomiast 1 lutego 1964, kończąc się definitywnie w czerwcu 1966 roku. Byli ze sobą około dwóch lat, ale nie był to związek prosty i usłany różami. Agnieszka, 28-latnia piękna blondynka, była właśnie po rozwodzie z Wojciechem Frykowskim, Jeremi, 49-letni Starszy Pan w fazie rozkwitu swojego talenu był właśnie po raz drugi żonaty... Ich uczucie dla niego rozpoczęło się bardzo gwałtownie, jej natomiast zajęło to więcej czasu, jednak po przeczytaniu tych listów nie mam wątpliwości, że Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora byli zakochani w sobie 'na zabój'. Nie piszę tutaj o miłości w pełni, bo te dwa lata, w trakcie których ze sobą byli to według mnie jest dopiero 'przedsionek' miłości wypełniony zawrotami głowy, motylami w żołądku i ogromnym zafascynowaniem psychicznym i fizycznym. Piękny to etap w związku, który niestety w przypadku Agnieszki i Jeremiego nie przeszedł w kolejne fazy, a to dlatego, że tych dwoje przestało być ze sobą...

Agnieszka i Jeremi porwali mnie swoimi listami do tego stopnia, że przez cały ten czas, który z nimi spędziłam żałowałam, że świat się aż tak bardzo zmienił, że NIKT już tak nie pisze (nie mówiąc już o tym, że nikt nie pisze samych listów:/). Tych dwoje poetów piosenki, potrafiło w tak uroczy, momentami bezbronny sposób pisać do siebie, że nie sposób od tych listów się oderwać. Zachwyciło mnie w jaki sposób oboje się do siebie w tych listach zwracają. Podczas gdy Agnieszka robiła to bardziej tradycyjnie: Kochany Jeremi! Najmilszy mój! Kochany Książe!, Jeremi to przykład prawdziwego poety w tym względzie: Ostatnia Moja Szanso! Niewymienna Moja Na Nic! czy Śpiewaczko Moja Ucieszna!
Oczywiście nie wszystkie listy przepełnione są poematami na własny temat, bo jak każdy związek, również i ten przechodził swoje wzloty i upadki, związane głównie z częstym niewidzeniem się, bo to albo Jeremi był w Paryżu, albo Agnieszka była w Anglii, Paryżu i Szwecji. Często się mijali i te listy to był sposób by tego ich uczucia nie zaniedbać. Pisali do siebie momentami prawie codziennie. W listach zawierali swoje ogromne ładunki emocji: od bezgranicznej miłości, tęsknoty i bezbronności wobec drugiej osoby, po złość czy niezrozumienie... 

Te listy to nie tylko kawałki papieru mówiące o tym, że kiedyś Agnieszka i Jeremi istnieli tylko dla siebie. Są to również świadectwa ich twórczości literackiej, ponieważ wiele z nich to wymiana piosenek czy wierszy na swój temat, często zaczepnych, posiadajacych drugie dno... Ta książka uświadami nam jak wielką rolę w twórczości obojga miało to uczucie między nimi, jak wiele piosenek z niego powstało: "Na całych jeziorach Ty", "Tango - "Kat"" czy "Pa pa paryski walczyk". Piękne są te piosenki bo też piękne było to uczucie. I tylko trochę szkoda, że po tych dwóch latach wszystko sie rozmyło i każde z nich poszło w swoją stronę... Chociaż podobno takie uczucie nigdy się tak naprawdę nie kończy...


A. Osiecka & J. Przybora, "Listy na wyczerpanym papierze", Wydawnictwo Agora, Warszawa 2010, s.216.

2011-02-05

"Chochoły" Wita Szostaka!

Trudno mi pisać o "Chochołach". 

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Wita Szostaka, a to dlatego, że jest to pisarz zajmujący się głównie fantastyką, którą ja natomiast interesuję się w bardzo ograniczony (czyt. minimalny) sposób. Na "Chochoły" prawdopodobnie też nie zwróciłabym uwagi gdyby nie bardzo pozytywna recenzja tej książki w Polityce... Tak więc kupiłam powieść autora, którego nie znałam dzięki tylko jednemu pochlebnemu głosowi i intuicji, która mówiła, że warto.

I było warto! Nawet bardzo, bo w "Chochołach" się zakochałam... Nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia a to dlatego, że nie jest to też książka łatwa, prosta i przyjemna. Wydaje mi się, że do tej książki się dojrzewa w trakcie jej czytania. I tak, na początku jej lektury czułam się trochę zagubiona i przestraszona, powaliła mnie wprost na łopatki ilość narracji w tej książce, tęskniłam za dialogami, na które w "Chochołach" czasami trzeba czekać kilkanaście lub kilkadziesiąt stron, powoli starałam się chłonąć jej atmosferę, tak leniwą i inną od wszystkich innych, które poznałam wcześniej... Następnie w mojej przygodzie z tą powieścią nastąpiła faza fascynacji polegająca na zaczytywaniu się tymi 20 czy 50 stronami książki przed snem, podobało mi się to, że nie ma fizycznej możliwości przeczytać tych stron więcej za jednym razem ze względu na jej styl. Dałam się całkowicie uwieść czarowi "Chochołów", tym dźwiękom, zapachom, temu zagubieniu w Domu. Ostatnia faza mojego spotkania z tą książką to właśnie ta, w której uświadomiłam sobie, że to jest MOJA książka, że się zakochałam, że nie oddam nikomu i że będę wracać, bo nie wyobrażam sobie tego nie robić! I nie dziwcie mi się teraz, że mówię, że trudno mi o tej książce pisać...




"Chochoły" to opowieść o Domu przez duże D. Widziany oczami narratora (i mieszkańca Domu w jednym) Dom to nie tylko pełna pokoi, korytarzy, schowków i schodów kamienica, ale to również jej mieszkańcy - Chochołowie ze swoimi przyległościami, czyli Rysiami i Wiatrami. Kamienica przy ulicy S. w Krakowie od lat należała do rodziny Chochołów. Niestety po wojnie Chochołowie zostali pozbawieni własności domu, a kamienica stała się jedną z wielu, w których nieznani ludzie wynajmują mieszkania. Na szczęście nadchodzą nowe czasy i w rodzinie Chochołów rodzi się pomysł by odzyskać kamienicę, a później powoli wszystkie mieszkania wynajmowane przez lokatorów. Przez kilkanaście lat Chochołowie pracują nad zrealizowaniem swojego celu, którym jest jeden Dom, w którym każdy ma swój pokój, ale w tym samym czasie każdy jest razem z innymi... Dom staje się jednym wielkim organizmem, zajmowanym przez kilka pokoleń mieszkańców, organizmem żywym, ale czy zdrowym?

Narrator książki, Chochoł z krwi i kości, syn swojej cichej matki i chorego, przykutego do łóżka ojca, brat swojego starszego brata Bartka, jest cichym obserwatorem i komentatorem tego wszystkiego co dzieje się w domu. Sam nie mogąc odnaleźć się w życiu, próbuje rozwikłać nastroje, zależności, relacje i namiętności pomiędzy mieszkańcami Domu,  członkami swojej rodziny.

"Byłem zawsze o krok za miejscem, które, jak mi się wydawało, powinienem w danej chwili zajmować. Spóźniony, nieprzygotowany, w biegu, z rozwichrzonymi pytaniami w głowie, duchowo rozczochrany, zawsze brakowało mi tych pięciu minut, tego kwadransa, by przylizać przed lustrem niesforne myśli. Zawsze niegotowy, permanentnie zapóźniony, nie potrafiący dogonić samego siebie" s.112.

"Moje myślenie wiecznie niegotowe na to, co ma mysleć, moje opowiadanie wiecznie niegotowe na to, co ma opowiadać, nie jestem gotowy na tę opowieść. Ten ciągły lęk przed rozstrzygnięciem, przed działaniem, przed życiem sprawia, że żyjąc, udaję życie, żyję obok siebie, wyobrażając sobie tylko jak kiedyś, w przyszłości, będę żył życiem prawdziwym, będę opowiadał zgrabnie skrojone historie, będę znajdował właściwe słowa i tonacje. I tak od lat śledzę siebie samego z ubocza, z ukrycia, widząc, że ten prawdziwy ja, ja, którym chciałbym być, jest zawsze o kilka kroków przede mną. Widzę go znikającego za kolejnym zakrętem, kiedy sam dopadam tego zakrętu, spostrzegam go zanurzającego się w czeluść jakiejś bramy, potem zamykającego za soba drzwi. A ja stoję z zadyszką na schodach, zmęczony pogonią, z zadyszką od tego ciągłego pośpiechu, stoję tak, oddychając ciężko i znów zostaję w tyle, z zadyszką. Ja nie jestem, mnie nie ma, ja dopiero będę" s.112.

Ten którego nie ma, ten który dopiero będzie, zostaje poproszony przez zagubioną i cierpiącą matkę o odnalezienie jej syna a jego brata, Bartka. Bartek, dusza rodziny, znikną z Domu bez wieści i nie ma z nim kontaktu. To właśnie Bartek, w którego cieniu młodszy brat żył tyle lat, staje się powodem podróży nie tylko po Domu i jego zakątkach, ale jest on również pretekstem do zwiedzenia starożytnego Krakowa, Krakowa-Wenecji po którym poruszasz się gondolami obijającymi się o siebie, czy Krakowa-Sarajewa w okresie wojny... 

Ciężko mi ubrać w słowa to powieść, bo jej się nie czyta, do niej się wchodzi... Żyjemy tym Krakowem, tym Domem i jego mieszkańcami. Oddychamy tak jak oni i gdy książka się kończy, czegoś brakuje, chce się wracać. Wracać do tej leniwej, pochłaniającej, uzależniającej akcji, do tego Domu tak trudnego do ogarnięcia, do tego Krakowa tak nastrojowego...
Napisana w sposób pozwalający na chwilę zastanowienia, przepełniona refleksją, epitetami, pytaniami powieść "Chochoły" to pretekst do przemyśleń, kim ja jestem, jak jest mój sens bycia, czego sama od siebie oczekuję. Czy chcę 'dopiero być" czy chcę być teraz... 

Polecam tak bardzo, że bardziej się nie da, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich ta książka porwie. I w tym własnie jej siła...:)

Ps. Jedyne nad czym ubolewam, to ilość błędów w książce, ale to już bardziej zasługa wydawnictwa, do którego apeluję, by zwrócili na to szczególną uwagę następnym razem:)


W. Szostak, Chochoły, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010, s.440.

2011-02-03

"Pogarda" Alberto Moravii - dzięki Bogu niektóre książki wybierają nas same!

Uwielbiam spotykać książki, które wydają się na pierwszy rzut oka niepozorne, a gdy tylko zaczniemy je czytać wciągają nas - czytelników bezlitośnie w swój świat... To właśnie się zdarzyło, gdy otworzyłam "Pogardę" Alberta Moravii na pierwszej stronie. Powieść nie tylko mnie uwiodła, ale do tego stopnia wciągnęła, że przez cały czas jej czytania czułam się jak napięta struna, która w każdej chwili może pęknąć i która tylko czeka na moment kiedy będzie mogła się rozluźnić i odpocząć. "Pogarda" nie jest ani książką sensacyjną ani thrillerem, jest to, na pozór bardzo prosta, powieść obyczajowo-psychologiczna, która na pewno nie pozostawia obojętnym i zarówno mężczyźni jak i kobiety z łatwością się w niej odnajdą...




Gdybym miała jednym zdaniem powiedzieć o czym w swojej książce pisze Alberto Moravia, powiedziałabym, że opisuje on w niej dzieje pięknej miłości, która chyli się ku upadkowi i dla której nie ma ratunku...

Riccardo jest młodym literatem szczęśliwie żonatym z Emilią. Są dwuletnim małżeństwem, które ma już ustalone swoje regułu: podczas gdy Emilia stara się być wzorową żoną, opiekunką domowego ogniska i oddaną kochanką, Riccardo Molteni ma być prawdziwym mężczyzną, który zarobi na ten dom i na swoją żoną. Nie jest to niestety proste zadanie dla młodego, żyjącego marzeniam i ideałami literata, którego pociąga teatr.
Widząc niezadowolenie swojej żony z panującej sytuacji życiowej Riccardo postanawia zrobić wszystko by to zmienić i podejmuje się pracy scenarzysty. Jego pracodawcą zostaje producent filmowy, Battista, który potrzebuje dobrego scenarzysty, który będzie pisał scenariusze mające przynosić zyski. Dla Riccarda taka sytuacja znaczy tyle samo co pisanie złych scenariuszy do złych filmów, które będą bardzo opłacalne i kasowe. W żadnym wypadku nie jest to dla niego wymarzona praca, ale czego nie robi się dla ukochanej żony, która tak bardzo cieszy się z nowego mieszkania obarczonego tak wielkim kredytem...

Wydaje się, że wszystko zaczyna się układać. Emilia jest zadowolona, Riccardo czuje, że sprawdza się w nowej roli (dlatego też poznaje Battistę z Emilią), pomimo niespełnionych marzeń o teatrze, wie, że to właśnie film pozwoli mu spłacić mieszkanie. Niestety właśnie w momencie gdy Riccardo zaczyna czuć grunt pod nogami, Emilia i jej stosunek do niego się zmienia. Nie ma już wyznań miłości, nie ma czułych spojrzeń, nie ma częstych rozmów, nawet sex staje się dla niej niechcianą koniecznością. Riccardo widzi przed sobą ogromny znak zapytania, bo po pierwsze nie wie co się dzieje, a po drugie nie wie dlaczego! Gdy stawia Emilię pod murem ta wyznaje mu, że go już nie kocha... Młody mąż, nie może sobie poradzić z tą świadomością, no bo co on takiego zrobił, czym sobie na takie słowa zasłużył?! Gdy chce tego dociec, Emilia nie tylko nie tłumaczy mu dlaczego przestała go kochać, ale wbija mu drugi sztylet w serce mówiąc mu, że nim pogardza...

Zrozpaczony mężczyzna, który nic nie rozumie z tego co się między nim a jego żoną właśnie dzieje, dostaje propozycję dalszej pracy u Battisty. Tym razem miałby pracować ze znanym niemieckim reżyserem Rheingoldem nad scenariuszem "Odyseji" Homera, a praca ta miałaby się głównie odbywać w willi Battisty na Capri. Riccardo na początku nie wie co począć, ale postanawia jednak podjąć się tego projektu, z tego prostego powodu, iż widzi pobyt na Capri z żoną jako możliwość odzyskania choćby w części, nie tyle jej miłości, co szacunku...

Wydaje mi się, że ten krótki opis fabuły wystarczy by was zachęcić do sięgnięcia po tą książkę i odkrycia, co naprawdę stało się między tym dwojgiem młodych, kochających się ludzi.
Jak dla mnie książka jest świetna! Narracja prowadzona przez Riccardo, który snuje swoje wspomnienia i przypuszczenia dotyczące wydzrzeń między nim a Emilią, pozwala na dogłębne wcielenie się w sytuację. Widzimy wszystkie wydzrzenia jego oczami, przeżywamy to co się dzieje w tym samym momencie próbując rozwiłać, jakimi motywami kieruje się Emilia, mówiąc swojemu mężowi takie, a nie inne słowa... Z drugiej strony ja, jako kobieta widząc tą całą sytuację oczami Riccarda, kilka razy miałam ochotę nie tyle krzyknąć, co bardzo pożądnie nim potrząsnąć, żeby otworzył wreszcie swoje oczy, żeby zrobił to co do niego należy, żeby zadziałał we właściwy sposób! Uważam, że książka w genialny sposób pokazuje w jak brak prawdziwej rozmowy między dwojgiem ludzi, może prowadzić do zguby ich związku. "Pogarda" prosto w oczy przedstawia, jak nie warto czasami uparcie trzymać się swojego utartego toku postępowań, jak może czasami warto zminić kierunek swoich myśli, sposób reakcji, sposób działania. Książka również w świetny sposób pokazuje, że często domysły kierują niepotrzebnie naszym życiem, sprowadzając je na manowce i jak w związku potrzebna jest rozmowa, nie tylko o pierdołach, ale naszych oczekiwaniach względem siebie, naszych wizjach siebie nawzajem...

Jestem pod tak wielkim wrażeniem tej książki, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym was do jej przeczytania nie zachęcać! Ja wiem, że Alberto Moravia stał się teraz dla mnie pisarzem po którego będę sięgać z wielką przyjemnością i niecierpliwością i wam życzę tego samego... Mam nadzieję, że przeżyjecie tą książkę tak jak ja:)))

Ps. Dziękuję Niebieskiej za tak udany prezent:)

Ps2. Może wiecie co to znaczy, gdy takiej blogerce jak np. ja, śni się blogowanie, spotkanie z innymi blogerami i wymiana książek?!!! Czy to już choroba???:P:D


A. Moravia, Pogarda, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2005, s.226.