2012-10-18

"Shame".

Lubię takie filmy. Przemyślane, niespieszne, dojrzałe kino. "Shame" to świetne studium życia mężczyzny uzależnionego od seksu oraz poruszający obraz ludzi nie potrafiących radzić sobie z własnym życiem, demonami z przeszłości i samotnością. Warto zobaczyć.



2012-10-16

Olga Tokarczuk, "Prawiek i inne czasy".

Do teraz nie znałam twórczości Olgi Tokarczuk. Dużo o niej słyszałam i ciekawość na jej temat mnie zżerała, ale przyznaję, że miałam również obawy, bo jak gdzieś wyczytałam jest to jedna z tych autorek, których styl pisania albo się pokocha, albo znienawidzi. Po przeczytaniu "Prawieku i innych czasów" z wielką przyjemnością głoszę Wam, że zaliczam się do grupy pierwszej. Tokarczuk niewątpliwie mnie do siebie przekonała, a jej styl, tak prosty, lekki, momentami wręcz potoczny z pewnością potrafi od siebie uzależnić, zwłaszcza, gdy sama powieść do najłatwiejszych nie należy. Już po raz kolejny okazuje się, że w ambitnych książkach, takich których celem jest zmuszenie czytelnika do refleksji, przystopowania i zastanowienia się nad światem, prostota języka sprawdza się najlepiej. Tokarczuk to wie!




Gdzieś wyczytałam, że tytułowy Prawiek (czyli wieś, w której toczy się akcja) jest metaforą świata, ale ja od samego początku odebrałam go jako metaforę Polski, przecinanej przez rzeki, gdzie "niebezpieczeństwem zachodniej granicy jest popadnięcie w pychę", a wschodniej "głupota, która bierze się z chęci mędrkowania". Możliwe, że nie mam racji, ale takie rozumienie Prawieku nasunęło mi się na myśl już przy czytaniu pierwszego mini-rozdziału i nie opuściło mnie do samego końca. No cóż, najwyżej się mylę... A nawet jeśli tak, to nie uważam by takie rozumienie Prawieku zaszkodziło w jakikolwiek sposób mojemu odbiorowi tej powieści.
Warto podkreślić, że Prawiek jest zamkniętą częścią świata (otoczoną niewidzialną dla jego mieszkańców granicą) z której niewielu udaje się tak naprawdę wyrwać, a do której wielka polityka i historia wkradają się niepostrzeżenie wywierając niemały wpływ na życie jego mieszkańców, ale jednak nie niszcząc głównego nurtu ich życia, które mimo zmian toczy się ciągle jednym rytmem wyznaczanym przez samą społeczność Prawieku. W ogóle mam wrażenie, że Prawiek z tą swoją hermetycznością i skupieniem na sobie doskonale charakteryzuje prawdopodobnie każdą mniejszą polską miejscowość i jeśli mam być szczera to właśnie tak wyobrażam sobie przeszłość wsi z której sama pochodzę.

"Prawiek i inne czasy" składa się w moim mniemaniu z trzech głównych 'warstw', jeśli można tak to nazwać. Pierwszą z pewnością jest 'warstwa ludzka', a to znaczy, że powieść Tokarczuk to po pierwsze saga, czyli akurat w tym przypadku, oszczędnie, acz poruszająco spisane dzieje dwóch rodów: Niebieskich i Boskich. Losy tych rodzin splatają się ze sobą za sprawą małżeństwa ukochanej córki Genowefy i Michała Niebieskich - Misi z jedynym synem starego Boskiego - Pawłem.
Po drugie, "Prawiek i inne czasy" to tzw. powieść - rzeka. W swojej książce Tokarczuk opisuje bowiem nie tylko wiejskie życie dwóch rodzin, ale również skupia się na życiu innych mieszkańców tej małej społeczności jaką jest Prawiek, opisuje ich zawiłe losy, które wpływają na siebie nawzajem, nie stroni również od wydarzeń historycznych, które często w bardzo widoczny sposób kształtują życie mieszkańców Prawieku.
Po trzecie i chyba po ostatnie, korci mnie by napisać, że jest to również powieść w jakimś sensie filozoficzna, symboliczna, fantastyczna i magiczna w jednym. Tokarczuk pisze trochę o Bogu, trochę o magii działającej we wszechświecie, trochę o prymitywnych, pierwotnych instynktach uśpionych, ale jednak istniejących w człowieku, trochę o zbawiennej lub niszczącej sile natury.

Autorka z pewną pobłażliwością pisze o tym co się dzieje ze światem. Nie przywiązuje zbytniej uwagi do tego by w jak najbardziej obrazowy sposób przedstawić nam choćby okrucieństwa wojenne, raczej przechodzi nad nimi do porządku dziennego skupiając się na samych ludziach, którzy są jej punktami zaczepnymi oraz których działania i próby podążania ku lepszemu życiu i lepszej przyszłości stanowią chyba główny sens tej powieści. O tak, walka o to 'coś' lepszego, o to by nadać sens swojemu życiu są w tej powieści bardzo widoczne!

"Prawiek i inne czasy" czyta się doskonale. Szybko, z zainteresowaniem, lekko. Wiem, że będę do niej jeszcze wracać, głównie dlatego, iż wydaje mi się, że dla tak ambitnej książki, tak wielowarstwowej powieści jeden raz to za mało by w pełni ją zrozumieć. 
Cieszę się, że autorka mnie do siebie przekonała. Nabrałam jeszcze większej ochoty na "Biegunów":)


O. Tokarczuk, Prawiek i inne czasy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s.302.

2012-10-10

Jest! Niczym powrót do domu. "McDusia" Małgorzaty Musierowicz.

Połknęłam ze smakiem, ogromną przyjemnością i jak zwykle, z ochotą na dokładkę. Chyba tak mogę nazwać to co zaszło między mną a "McDusią", bo ja już Jeżycjady nie czytam od dłuższego czasu, ja kolejne książki wchodzące w skład serii połykam i nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze, bym z powodu tej swojej łapczywości miała po nich jakąś zgagę. Jestem bowiem w stosunku do tworów literackich Małgorzaty Musierowicz niemal bezkrytyczna, a każdy mój książkowy powrót na Jeżyce to tym samym powrót do mojego domu rodzinnego, do czasów wczesnej młodości, do swojego innego, już na zawsze zmienionego, życia. I nie ma znaczenia, że nie mam już 13 lat, że akcja "McDusi" też toczy się już w całkiem innym świecie niż ten opisywany, dajmy na to, w "Kwiecie kalafiora". Ważne, że autorka nadal umie w swoich kolejnych książkach odtworzyć atmosferę, którą znajdowałam w częściach najwcześniejszych, że nadal perypetie młodych, dorastających bohaterów cieszą mnie, rozczulają, wywołują ciepło w sercu i pozwalają na niektóre sprawy z mojego własnego życia spojrzeć z innej, Borejkowej perspektywy. Taka trochę magia i czar.




"McDusię" kupiłam dopiero w ostatnią sobotę, podczas swojego bardzo krótkiego pobytu w Polsce, i dlatego też wcześniej o oczy obiła mi się recenzja tej książki, która pojawiła się na jednym z blogów. Ponieważ z założenia nie czytam opinii o książkach, których lekturę mam w najbliższych planach (nie chcę sobie zaburzać swojego własnego odbioru danej powieści) to z mojego bardzo pobieżnego jej prześledzenia w pamięci utkwiło mi zdanie nawiązujące w kontekście "McDusi" do telenoweli. Przyznam, że zagnieździły się te słowa w mojej głowie do tego stopnia, że zaczynając czytać "McDusię" szukałam w niej tych telenowelowych elementów, które by mnie denerwowały, drażniły i które pomogły by mi się uporać z tym porównaniem, jak dla mnie pejoratywnym (choć recenzji nie czytałam i jeszcze raz to podkreślam, to są tylko moje własne odczucia co do zastosowanych słów:)). 

Zaczęło się od przyjazdu Magdusi Ogorzałek do Poznania. Dziewczyna miała się zająć uporządkowaniem mieszkania swojego zmarłego pradziadka, profesora Dmuchawca, a ponieważ Borejkowie nigdy nie zostawiliby córki Kreski samej sobie, Magdusia (z powodu swojego uwielbienia dla tłustego jedzenia zwana przez Idę McDusią lub McDonaldusią) zamieszkała razem z nimi przy Roosevelta. I wtedy to właśnie w jej otoczeniu pojawiają się dwaj bardzo młodzi mężczyźni, Ignacy Grzegorz Stryba i Józef Pałys, z których jeden jest bezgranicznie oczarowany młodą panną, a drugi wydaje się jej nawet nie lubić, aczkolwiek ona zwraca na niego swoją uwagę. W tym właśnie początkowym momencie książki pomyślałam, że może ta część naprawdę jest trochę jak telenowela, bo jedna kobieta i dwóch mężczyzn może niczego dobrego ani nowego nie wróżyć:P Autorka poradziła sobie jednak z tym niezwykłym trójkątem w sposób bardzo mnie zadowalający, a sama historia osnuta wokół tej trójki młodych ludzi została wzbogacona o piękne i wzruszające wspomnienie o profesorze Dmuchawcu, przy którym nie raz i nie dwa 'oczy zaszły mi mgłą' oraz o postać Trolli bez której Józinek nie byłby takim Józinkiem jakim jest. Oczywiście, jak to u Małgorzaty Musierowicz, nie jednym wątkiem książka stoi. Pojawia się zatem drugi motyw w "McDusi", a jest nim ślub Laury i Adama zaplanowany na 27 grudnia. Panna Młoda i Pan Młody zakochani na amen, przygotowania w toku a jednak zdarzają się 'mniejsze zachmurzenia' i 'większe burze' pomiędzy poszczególnymi uczestnikami tych nadchodzących uroczystości, nie wszystko ma również ochotę iść zgodnie z planem. Nudno zatem nie jest. 
Jest za to ciepło, serdecznie i refleksyjnie, jak to w Jeżycjadzie. Warto zaznaczyć, że z całej serii jest to chyba część najbardziej obfitująca w tą, wspomnianą przeze mnie, refleksyjność, rozważania nad przemijaniem, zmianami, upływającym czasem... Można przy niej pomyśleć. Telenoweli brak, a jeśli nawet jest, to za taką jej formę jestem gotowa 'się pokroić' i jak to ktoś kiedyś powiedział, Jeżycjadę będę czytać wciąż i wciąż od nowa 'do końca świata i o jeden dzień dłużej'! "McDusia" to moim zdaniem jedna z topowych części Jeżycjady:)))

I teraz pozostaje mi jedynie czekać i modlić się, by kolejna część serii zatytułowana "Wnuczka do orzechów" pojawiła się na księgarnianych półkach szybciej niż "McDusia"...


M. Musierowicz, McDusia, Wydawnictwo Akapit Press, Łódź, s.292.

2012-10-02

Tomáš Zmeškal i jego "List miłosny pismem klinowym".

Czuję coraz większą sympatię i szacunek do czeskich pisarzy i czeskiej literatury. "List miłosny pismem klinowym" jest już kolejną w mojej 'karierze' książką napisaną przez Czecha i przyznaję, że 'apetyt rośnie w miarę jedzenia':) Marzy mi się teraz przeczytać coś Bohumila Hrabala (jakieś sugestie?). Może powinnam również w końcu sięgnąć po 'coś' Mariusza Szczygła, który Czechem nie jest ale o nich pisze, podobno świetnie?




"List miłosny pismem klinowym", debiutancka powieść Tomáša Zmeškala skupia się, ogólnie rzecz biorąc, na historii małżeństwa Josefa i Kwiety Czernych. Takie podsumowywanie tej książki jest jednak dla niej krzywdzące, bo autor stworzył tutaj świetnie skonstruowaną, wielowątkową powieść obyczajowo - psychologiczną, której każdy kolejny element doskonale wpasowuje się do tej poruszającej układanki jaką los zgotował małżeństwu Czernych. "List miłosny pismem klinowym" to moim zdaniem głównie powieść o tym jak Historia, pisana przez duże H, potrafi wkraść się w czyjeś całkiem zwyczajne życie i je zniszczyć, pozbawić magii, która scalała rodziny, pozbawić szansy na dalszy rozwój i rozkwit uczuć, które niegdyś łączyły ze sobą ich członków. Właśnie to mnie w tej książce poruszyło najbardziej, ten stopień zniszczeń emocjonalnych, z którymi zwykli ludzie nie potrafili sobie poradzić, które wypaliły wszystko co wartościowe w małżeństwie. Dodatkowo, ponieważ książka ta opiera się na wydarzeniach, które począwszy od II Wojny Światowej, poprzez rok 1968, 1981, aż po współczesność kreowały dzisiejsze Czechy można ją również w dużym stopniu zaliczyć do nurtu literatury rozliczeniowej. Co jak co, ale rozważań nad przeszłością i teraźniejszością Czech w tej książce nie brakuje.

Główni bohaterowie książki, Kwieta i Josef poznali się przed II Wojną Światową na wykładach profesora Hroznego, który znany był z tego, iż odczytał napisane pismem klinowym teksty hetyckie. Josef, który urodził się w roku przetłumaczenia tekstów uważał taki bieg zdarzeń za znak i dlatego sam również marzył o odkryciu i rozszyfrowaniu nieznanego języka. Chciał w ten sposób zaimponować swojej ukochanej Kwiecie. Niestety nadchodzi rok 1948, Josef zostaje aresztowany za działalność na szkodę swego państwa i osadzony w więzieniu na 13 lat, które to lata jednak ostatecznie zostają zniwelowane do 10-ciu. Młoda żona i kilkumiesięczna córka zostają same. Kwieta, kochająca swojego męża całym sercem szuka jakiegokolwiek sposobu na to by mu pomóc. W końcu matka przypomina jej o Hynku, przyjacielu Josefa, który dawniej ubiegał się o rękę Kwiety, a teraz jest prawnikiem i liczącą się osobistością. Kobieta postanawia się do niego zwrócić o pomoc nie podejrzewając nawet, że to on, ten 'przyjaciel' właśnie, stoi za aresztowaniem jej ukochanego. Hynek okazuje się człowiekiem oddanym  'sprawie' swojego kraju oraz ogarniętym chęcią zemsty na dwójce ludzi, która w jego mniemaniu go zdradziła...
Josef wraca na łono swojej rodziny po 10 latach pobytu w więzieniu. Niestety, krótko po powrocie mężczyzna odkrywa trudną prawdę o relacji jaka łączyła jego żonę i Hyneka. W jednej chwili wszystko się zmienia. Śledząc dalsze losy małżeństwa odkrywamy, że to co się stało wpłynęło nie tylko na ich życie, ale również na życie ich jedynej córki Alicji i w konsekwencji wnuka Krzysztofa.

Książka "List miłosny pismem klinowym" napisana jest prostym językiem, co moim zdaniem doskonale współgra ze skomplikowaną fabułą, która składa się z retrospekcji, wtrąceń w postaci pozornie nie powiązanych ze sprawą bohaterów i ich przeżyć, snów czy opowieści. W takiej sytuacji język pozbawiony niepotrzebnych ozdobników sprawdza się najlepiej, bo pozwala czytelnikowi skupić się na akcji, która w wypadku tej powieści bardzo skłania do refleksji. 
Przyznaję, że mnie samą ta książka poruszyła bardzo. Nie potrafię przejść obojętnie i bez jakiegoś bólu w sercu, gdy czytam o czymś, co było tak piękne i czyste jak miłość Kwiety i Josefa, a co z powodu nie tylko zawirowań historycznych, ale również złych intencji innych, uległo zniszczeniu. Chyba najdramatyczniejsze w tej powieści jest jednak to, że uczucie ich łączące nigdy nie wygasło, zostało natomiast przytłumione, przysypane całym tym złem, niesprawiedliwością i podłością, która ich spotkała i z którą nie mogli sobie poradzić.  Piękna i smutna jest to książka. Polecam:)


T. Zmeškal, List miłosny pismem klinowym, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s.397.

2012-10-01

"W ciemności".

Najpierw były książki. Dwie. Obie niesamowicie wciągające, doskonale się uzupełniające, obie bardzo dobre. I chyba dlatego nie mogłam się zabrać za oglądanie filmu. Podświadomie czułam, że nie będzie on tak dobry jak te książki i nie byłam pewna, czy w takim razie w ogóle go oglądać. Wygrała jednak ciekawość, zwłaszcza gry Roberta Więckiewicza.

Na jednym z blogów ktoś mądrze napisał, że jest różnica pomiędzy dobrym filmem, a poruszającą historią. I ten film jest moim zdaniem właśnie przykładem poruszającej historii, która broni się doskonale bez filmu. Jak dla mnie "W ciemności" wypada blado przy spisanych wspomnieniach Krystyny i Ignacego Chigerów. Od książek nie mogłam się oderwać, film natomiast trochę mnie nudził, denerwowały mnie jego niedociągnięcia, zmiany fabuły i tylko do Więckiewicza nic nie mam, bo był po prostu świetny! Podejrzewam, że gdybym wcześniej nie czytała książek zrobiłby na mnie większe wrażenie, a tak swoje bijące serce i łzy zostawiłam książkom, a film po prostu oglądnęłam i już. I tylko zastanawiałam się za co został nominowany do Oscara? Doszłam do wniosku, że chyba za tą poruszającą historię właśnie, bo na pewno nie za to, że jest tak dobry. W Polsce kręci się moim zdaniem lepsze filmy, dużo lepsze.
Zdecydowanie bardziej polecam książki: "Dziewczynka w zielonym sweterku" i "Świat w mroku".